23.06.2025, 15:38 ✶
Cassian kroczył obok Brenny, a ich kroki rozbrzmiewały głucho na kamiennych płytach korytarza, ginąc w głębokiej ciszy zamku. Światło pochodni tańczyło na ścianach, rzucając migotliwe cienie, które zdawały się poruszać tuż poza granicą wzroku. Zamek wokół nich milczał, jakby obserwował ich wędrówkę, czekając, aż sami zgubią drogę w labiryncie jego sekretów.
Słowa Brenny o mapkach i książeczkach odbiły się echem w tej ciszy, wypełniając przestrzeń między jednym a drugim skrzypnięciem starej podłogi. Cassian przystanął na moment, przesunął wzrokiem po wysokich sklepieniach i zgaszonych oknach, za którymi czaiła się noc. Kurz, chłód kamienia i aromat wypalonych świec unosiły się w powietrzu, mieszając się z zapachem starych ksiąg skrytych gdzieś za zamkniętymi drzwiami.
– Mapy w Hogwarcie… chyba każda jest trochę jak pisanie po wodzie – mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej. – Ten zamek lubi zmieniać zasady, gdy tylko próbujesz je uchwycić. Ale może właśnie na tym polega jego urok.
Zatrzymali się przy kolejnym zakręcie. Cassian uniósł głowę, wciągając głęboko zapach zamku, jakby chciał zapamiętać ten moment: chłód nocnego powietrza, delikatny smużek dymu z oddalonego kandelabru, cichy trzask drewna w jednej z belek sufitu. Głos Brenny przywołał wspomnienia – nocnych patroli, echa kroków na schodach ze znikającym stopniem, ciszy tak głębokiej, że każde skrzypnięcie własnych butów wydawało się zdradą.
– Choć… masz rację. Może warto próbować. Nawet jeśli mapa nie zatrzyma ruchomych schodów, to zawsze coś, od czego można zacząć – dodał, tym razem zwracając się już wprost do niej.
Szli dalej, mijając rząd zniszczonych zbroi, które stały w niszach niczym strażnicy dawno zapomnianych dni. Jedna z nich trzymała miecz przekrzywiony, jakby znudzona wiecznym czuwaniem. Cassian przesunął palcami po poręczy schodów, czując pod dłonią chłód wyślizganego kamienia.
– Puchoni to mają zmysł praktyczny – rzucił półżartem. – Pewnie już siedzą przy ciasteczkach, a my będziemy tu krążyć do świtu.
Gdy Brenna wspomniała o Szarej Damie, Cassian zatrzymał się na chwilę, spojrzał w stronę ciemnego korytarza, gdzie w głębi coś drgnęło w mroku – może cień, może tylko gra świateł.
– Może się uda. Z duchami nigdy nic nie wiadomo, ale spróbować warto – powiedział spokojnie, jakby bardziej stwierdzając fakt niż rozważając szanse. - Jeszcze nie miałem okazji by z nią porozmawiać, ale słyszałem, że jest to doświadczenie iście... unikatowe. - dodał jeszcze, wcześniej ważąc w myślach dobór odpowiedniego słowa.
Cassian odruchowo zerknął ponad ramieniem Brenny, gdy uchyliła drzwi, a widok, który się ukazał, wyrwał go z zadumy jak dobrze wymierzony cios zaklęciem. Para uczniów w objęciach, oderwana od świata, nieświadoma, że oto właśnie nadeszła ich chwila wstydu. Krukon zamarł, a potem gwałtownie odwrócił wzrok, jakby nagle najbardziej fascynująca na świecie stała się pajęczyna w rogu korytarza. Jego policzki zasnuły się różem, nie przesadnie intensywnym, ale dość mocno kontrastującym z jego blada skórą. Tym samym obraz poważnego, zadumanego prefekta nieco się załamał, a głos, gdy próbował coś powiedzieć, zabrzmiał zaskakująco niezręcznie.
– Eee… no cóż, przynajmniej wiemy, że nie wszyscy pierwszoroczni się zgubili... chociaż... to znaczy... oni chyba... to nie są ci, których szukamy, prawda?
Odchrząknął i przez chwilę studiował intensywnie wzór na kamiennej ścianie, jakby właśnie dostrzegł w nim tajemne runy, które umknęły badaczom od wieków.
– Może lepiej... zostawmy ich... w spokoju. Tak, zdecydowanie. Szukajmy dalej.
I ruszył przed siebie odrobinę za szybko, jakby chciał uciec przed własnym zażenowaniem.
Gdy dotarli do schodów ze znikającym stopniem, Cassian pochylił się, jakby chciał dostrzec coś więcej w szarości kamienia. Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę, którą przerywało jedynie dalekie kapanie wody i szelest czegoś drobnego, co przemknęło między ścianami.
– Te schody… no, mamy stare rachunki do wyrównania. Raz mnie już zatrzymały na dobre pół nocy – mruknął, bardziej do siebie. – Chodźmy, sprawdźmy. Mogli się tu zaplątać, jak nic.
Już miał ruszyć, gdy z góry doszedł ich głuchy stuk — dźwięk ciężkiego przedmiotu upadającego na kamień, stłumiony, ale wyraźny w tej ciszy. Cassian uniósł głowę, napięty, czujny. Przez moment zdawało się, że zamek wstrzymał oddech wraz z nimi.
– Słyszałaś? – zapytał cicho.
Słowa Brenny o mapkach i książeczkach odbiły się echem w tej ciszy, wypełniając przestrzeń między jednym a drugim skrzypnięciem starej podłogi. Cassian przystanął na moment, przesunął wzrokiem po wysokich sklepieniach i zgaszonych oknach, za którymi czaiła się noc. Kurz, chłód kamienia i aromat wypalonych świec unosiły się w powietrzu, mieszając się z zapachem starych ksiąg skrytych gdzieś za zamkniętymi drzwiami.
– Mapy w Hogwarcie… chyba każda jest trochę jak pisanie po wodzie – mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej. – Ten zamek lubi zmieniać zasady, gdy tylko próbujesz je uchwycić. Ale może właśnie na tym polega jego urok.
Zatrzymali się przy kolejnym zakręcie. Cassian uniósł głowę, wciągając głęboko zapach zamku, jakby chciał zapamiętać ten moment: chłód nocnego powietrza, delikatny smużek dymu z oddalonego kandelabru, cichy trzask drewna w jednej z belek sufitu. Głos Brenny przywołał wspomnienia – nocnych patroli, echa kroków na schodach ze znikającym stopniem, ciszy tak głębokiej, że każde skrzypnięcie własnych butów wydawało się zdradą.
– Choć… masz rację. Może warto próbować. Nawet jeśli mapa nie zatrzyma ruchomych schodów, to zawsze coś, od czego można zacząć – dodał, tym razem zwracając się już wprost do niej.
Szli dalej, mijając rząd zniszczonych zbroi, które stały w niszach niczym strażnicy dawno zapomnianych dni. Jedna z nich trzymała miecz przekrzywiony, jakby znudzona wiecznym czuwaniem. Cassian przesunął palcami po poręczy schodów, czując pod dłonią chłód wyślizganego kamienia.
– Puchoni to mają zmysł praktyczny – rzucił półżartem. – Pewnie już siedzą przy ciasteczkach, a my będziemy tu krążyć do świtu.
Gdy Brenna wspomniała o Szarej Damie, Cassian zatrzymał się na chwilę, spojrzał w stronę ciemnego korytarza, gdzie w głębi coś drgnęło w mroku – może cień, może tylko gra świateł.
– Może się uda. Z duchami nigdy nic nie wiadomo, ale spróbować warto – powiedział spokojnie, jakby bardziej stwierdzając fakt niż rozważając szanse. - Jeszcze nie miałem okazji by z nią porozmawiać, ale słyszałem, że jest to doświadczenie iście... unikatowe. - dodał jeszcze, wcześniej ważąc w myślach dobór odpowiedniego słowa.
Cassian odruchowo zerknął ponad ramieniem Brenny, gdy uchyliła drzwi, a widok, który się ukazał, wyrwał go z zadumy jak dobrze wymierzony cios zaklęciem. Para uczniów w objęciach, oderwana od świata, nieświadoma, że oto właśnie nadeszła ich chwila wstydu. Krukon zamarł, a potem gwałtownie odwrócił wzrok, jakby nagle najbardziej fascynująca na świecie stała się pajęczyna w rogu korytarza. Jego policzki zasnuły się różem, nie przesadnie intensywnym, ale dość mocno kontrastującym z jego blada skórą. Tym samym obraz poważnego, zadumanego prefekta nieco się załamał, a głos, gdy próbował coś powiedzieć, zabrzmiał zaskakująco niezręcznie.
– Eee… no cóż, przynajmniej wiemy, że nie wszyscy pierwszoroczni się zgubili... chociaż... to znaczy... oni chyba... to nie są ci, których szukamy, prawda?
Odchrząknął i przez chwilę studiował intensywnie wzór na kamiennej ścianie, jakby właśnie dostrzegł w nim tajemne runy, które umknęły badaczom od wieków.
– Może lepiej... zostawmy ich... w spokoju. Tak, zdecydowanie. Szukajmy dalej.
I ruszył przed siebie odrobinę za szybko, jakby chciał uciec przed własnym zażenowaniem.
Gdy dotarli do schodów ze znikającym stopniem, Cassian pochylił się, jakby chciał dostrzec coś więcej w szarości kamienia. Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę, którą przerywało jedynie dalekie kapanie wody i szelest czegoś drobnego, co przemknęło między ścianami.
– Te schody… no, mamy stare rachunki do wyrównania. Raz mnie już zatrzymały na dobre pół nocy – mruknął, bardziej do siebie. – Chodźmy, sprawdźmy. Mogli się tu zaplątać, jak nic.
Już miał ruszyć, gdy z góry doszedł ich głuchy stuk — dźwięk ciężkiego przedmiotu upadającego na kamień, stłumiony, ale wyraźny w tej ciszy. Cassian uniósł głowę, napięty, czujny. Przez moment zdawało się, że zamek wstrzymał oddech wraz z nimi.
– Słyszałaś? – zapytał cicho.