Rozwiewanie duchów, które rujnują nasze życie. To nie powinno się tak nazywać, nie, gdy sam zgasił świecę tego egzorcyzmu, którym powinno być to spotkanie. Wysłanie ducha martwej relacji do Limbo nie działało, kiedy mimo wszystko każde z nich robiło zabiegi, żeby trup nie został pogrzebany. Ogień urazy nadal napędzał maszynerię jego trzewi. Żaden z nich nie musiał otwierać, czytać i odpisywać na wiadomości. Spotykać się. Siedzieć na przeciwko siebie. Morpheus nie musiał rzucać tortem przez trawnik Warowni, a Vasili pożerać automatonu bijącego serca. Wykonywali rezurekcję na przegniłych zwłokach, którym odpadały kończyny, zatruwając się trupim jadem. A jednak słodki zapach zgnilizny i familiarność rozpadającego się kształtu dowodziła ich od czystego ognia i całunu. Morpheus nie był gotowy na to, aby zdjąć tę historię z krosna, aby ułożyć stos pogrzebowy.
— To wynika z percepcji czasu. Jego połowę, gdy rosło twoje cierpienie, ja nie miałem pojęcia o tym, jak rzecz wyglądała prawdziwe, a późniejsza świadomość błędnych wspomnień nie czyni ich mniej prawdziwymi tutaj — postukał się palcem o skroń. — Wiesz o tamtym mnie więcej niż ja o tobie, bo nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to co jest w mojej głowie, to prawda. Skrucha może być tylko szczera, gdy nią jest. Dlatego teraz. Bo skonfrontowana. Emocja dołożona do narracji niezbrukanej fałszem.
Ludzka psychika była tak rozległa, a rama ego tak mała, że nigdy nie dało się poznać siebie w pełni. Można powiedzieć, że o ile byli ludźmi i nosili w sobie pełen zakres ludzkich możliwości, cech, złudzeń i całkowicie nieznanych przestrzeni. Wiele z tego niepoznanego świata wewnątrz stanowi to, co nazywa się cieniem, te części naszej osobowości, które są nam nieznane, ale które potajemnie odbijają się w świecie, lub te części, które po uświadomieniu są rozczarowujące, sprzeczne z wyznawanymi przez nas wartościami. Jak jego własna słabość.
Rzeczywiście, Morpheus dotrzymał umowy, nie spojrzał na pozbawione tarczy szkła okulary Vasilija, patrzył cały czas na literki, jakby były takie niesamowicie fascynujące. Po prawdzie częściowo były, kolejne paragrafy umowy przyjemnie głaskały zapomniane regiony jego psyche, gdy czarodziejskie prawo miał w jednym palcu. Widocznie zaś spadła jakaś forma nerwowość, gdy Morpheus odwrócił okulary tak, aby soczewki patrzyły pusto na ścianę, a nie na niego.
— Bogowie nie istnieją, Vasilij — powiedział Morpheus dziwnym tonem. — Na pewno nie w formie, która dba o czyny jednego idioty wobec drugiej istoty. Staram się akceptować swoją starość, aczkolwiek nadal jestem rozdarty nad brodą.
Zacisnął usta, bo miał wrażenie, że zaczynają mu stawać włoski na karku. Coś było nie tak, podpowiadał mu to szósty zmysł. Uniósł głowę górę, ku otwartej przestrzeni nieba, jeszcze nie zasłoniętej szklaną kopułą, ale trzecie oko niepokojąco milczało. Było zbyt cicho.
— Wcale nie chciałem wysyłać odpowiedzi, bo część mnie wolałaby, żebyś po prostu o mnie zapomniał. Druga za to chce na zawsze być głosem, od którego nie możesz się uwolnić. I twoja oferta. Mówisz te wszystkie rzeczy, a jednak ona padła. Więc jak jest?
Wiatr się wzmagał.
— Jak już wspomniałeś, masz kogoś lepszego, więc dlaczego chcesz mnie?
Z jakiegoś powodu brzmiało to jak ostatnie słowa spadającej gwiazdy.