24.06.2025, 11:59 ✶
Dla innych przegięciem było wahadełko. Dla mnie – przewaga fizyczna. Wciąż czułem w ciele to nieprzyjemne szarpnięcie, kiedy Benjy uniósł mnie nad ziemię, próbując siłą zmusić mnie do czegokolwiek. Pamiętałem, jak pchnął mnie w kierunku Prudence, chociaż sam nie chciałem się do niej zbliżać. Zrobił to wbrew mojej woli.
Więc... w mojej głowie byłem usprawiedliwiony. Przymus za przymus. Może tylko groziłem, może ostatecznie nie planowałem zostawiać w jego umyśle trwałych śladów, ale... fajnie byłoby popatrzeć, jak przez pół godziny udaje kurę. Albo bazyliszka.
Niestety, właśnie kiedy poczułem nad nim przewagę, kiedy w jego oczach zaczynało się pojawiać to znajome poddanie, cały plan poszedł w pizdu. Za sprawą Corneliusa, o czym miałem się zaraz przekonać.
Jak na razie to mnie odbiło zaklęcie. Próbowałem złapać oddech, poleciałem w jedną stronę, Benjy w drugą. W piersi paliło, jakby ktoś mi ją wypełnił popiołem. Ale członki miałem całe. Oddychałem. Powoli. Brakowało tylko różdżki i mojego wahadełka, które zacząłem trzymać przy sobie, odkąd Prudence znowu była w pobliżu. Obawiałem się jej. Obawiałem się, co jeszcze może jej przyjść do głowy.
Chciałem coś powiedzieć. Wyjaśnić. Odpowiedzieć na zarzuty Corneliusa, bo przecież to nie był zły dzień. Oni nie rozumieli. Może nawet nie wiedzieli wszystkiego. Może Prudence opowiedziała im to wszystko w swoim ubarwionym stylu? Dla niej to nie było nic wielkiego, a dla mnie... Poza tym... Gdybym oddał Benjy’emu z pięści, to też byłaby taka afera? To było cholernie niesprawiedliwe.
I najgorsze – Cornelius powiedział to wprost. Prudence znaczyła dla niego więcej niż ja. Więcej niż moje wewnętrzne dziecko. Czyli ja. Tak określił mnie i moje działania.
Gorycz ścisnęła mnie w gardle. A przecież to była moja paczka. Mój dom. Dom cioci Ulki, w którym spędziliśmy dziesiątki wieczorów. Nie będzie już wspólnych imprez. Nie będzie mieszkania w jednej kamienicy. Nie będzie nawet pożegnalnego nekrologu napisanego z czułością.
Zacisnąłem dłonie. Marnie. Drżały. Powstrzymałem łzy. Ledwo.
Chciałem coś powiedzieć, ale żadne słowo nie mogło mnie uratować. Wszystko, co chciałem wyznać, miało mnie jedynie bardziej pogrążyć. Nie miałem już nic. Żadnego wsparcia, żadnej różdżki, nawet Znajomczak się nie odezwał. Pewnie stał gdzieś z boku, bierny. Pewnie nie chciał podnosić ręki na moich przyjaciół. Na moich przyjaciół.
– Ja... Naprawdę jesteś w stanie się ode mnie odwrócić? – wydukałem w końcu, patrząc na Corneliusa z przerażeniem. Nie podnosiłem się, tylko leżałem, wgnieciony w ziemię. – Wyrzucić? Mnie...?
Rozejrzałem się, powoli podnosząc głowę. Chciałem ujrzeć twarze reszty ekipy, ale... Wtedy ją zobaczyłem. Prudence. Siedziała na hamaku. I... była obok Benjy’ego? Spojrzałem raz. Potem drugi. Nie mogłem uwierzyć. Była tu i tu. Na hamaku taka sama jak wtedy, w jeżynowych krzakach. Odcięta, blada, w szoku. A jednocześnie stała obok niego. Przytomna, zatroskana.
Nie. Nie... To niemożliwe. Mrugałem. Śledziłem wzrokiem obie wersje. Gdzieś pomiędzy moje spojrzenie padło na ogień, usłyszałem szepty i zapach dymu. Zrobiło mi się zimno. Zimno i ciemno. Nie wiedziałem, czy to od tej wizji, czy od upadku, czy od Corneliusa. Może tak naprawdę za wszystkim stała Prudence. Ale w końcu po prostu odpłynąłem, straciłem przytomność.
Chyba naprawdę potrzebowałem kąpieli w zimnej wodzie.
Więc... w mojej głowie byłem usprawiedliwiony. Przymus za przymus. Może tylko groziłem, może ostatecznie nie planowałem zostawiać w jego umyśle trwałych śladów, ale... fajnie byłoby popatrzeć, jak przez pół godziny udaje kurę. Albo bazyliszka.
Niestety, właśnie kiedy poczułem nad nim przewagę, kiedy w jego oczach zaczynało się pojawiać to znajome poddanie, cały plan poszedł w pizdu. Za sprawą Corneliusa, o czym miałem się zaraz przekonać.
Jak na razie to mnie odbiło zaklęcie. Próbowałem złapać oddech, poleciałem w jedną stronę, Benjy w drugą. W piersi paliło, jakby ktoś mi ją wypełnił popiołem. Ale członki miałem całe. Oddychałem. Powoli. Brakowało tylko różdżki i mojego wahadełka, które zacząłem trzymać przy sobie, odkąd Prudence znowu była w pobliżu. Obawiałem się jej. Obawiałem się, co jeszcze może jej przyjść do głowy.
Chciałem coś powiedzieć. Wyjaśnić. Odpowiedzieć na zarzuty Corneliusa, bo przecież to nie był zły dzień. Oni nie rozumieli. Może nawet nie wiedzieli wszystkiego. Może Prudence opowiedziała im to wszystko w swoim ubarwionym stylu? Dla niej to nie było nic wielkiego, a dla mnie... Poza tym... Gdybym oddał Benjy’emu z pięści, to też byłaby taka afera? To było cholernie niesprawiedliwe.
I najgorsze – Cornelius powiedział to wprost. Prudence znaczyła dla niego więcej niż ja. Więcej niż moje wewnętrzne dziecko. Czyli ja. Tak określił mnie i moje działania.
Gorycz ścisnęła mnie w gardle. A przecież to była moja paczka. Mój dom. Dom cioci Ulki, w którym spędziliśmy dziesiątki wieczorów. Nie będzie już wspólnych imprez. Nie będzie mieszkania w jednej kamienicy. Nie będzie nawet pożegnalnego nekrologu napisanego z czułością.
Zacisnąłem dłonie. Marnie. Drżały. Powstrzymałem łzy. Ledwo.
Chciałem coś powiedzieć, ale żadne słowo nie mogło mnie uratować. Wszystko, co chciałem wyznać, miało mnie jedynie bardziej pogrążyć. Nie miałem już nic. Żadnego wsparcia, żadnej różdżki, nawet Znajomczak się nie odezwał. Pewnie stał gdzieś z boku, bierny. Pewnie nie chciał podnosić ręki na moich przyjaciół. Na moich przyjaciół.
– Ja... Naprawdę jesteś w stanie się ode mnie odwrócić? – wydukałem w końcu, patrząc na Corneliusa z przerażeniem. Nie podnosiłem się, tylko leżałem, wgnieciony w ziemię. – Wyrzucić? Mnie...?
Rozejrzałem się, powoli podnosząc głowę. Chciałem ujrzeć twarze reszty ekipy, ale... Wtedy ją zobaczyłem. Prudence. Siedziała na hamaku. I... była obok Benjy’ego? Spojrzałem raz. Potem drugi. Nie mogłem uwierzyć. Była tu i tu. Na hamaku taka sama jak wtedy, w jeżynowych krzakach. Odcięta, blada, w szoku. A jednocześnie stała obok niego. Przytomna, zatroskana.
Nie. Nie... To niemożliwe. Mrugałem. Śledziłem wzrokiem obie wersje. Gdzieś pomiędzy moje spojrzenie padło na ogień, usłyszałem szepty i zapach dymu. Zrobiło mi się zimno. Zimno i ciemno. Nie wiedziałem, czy to od tej wizji, czy od upadku, czy od Corneliusa. Może tak naprawdę za wszystkim stała Prudence. Ale w końcu po prostu odpłynąłem, straciłem przytomność.
Chyba naprawdę potrzebowałem kąpieli w zimnej wodzie.