24.06.2025, 12:48 ✶
Cassian szedł obok niej, wsłuchując się w jej głos, który rozpraszał ciszę korytarza niczym zaklęcie rozpraszające mrok. Migotliwe światło pochodni tańczyło na kamiennych ścianach, malując fantastyczne kształty na wyślizganych przez wieki płytach. Czasem wydawało mu się, że sam zamek słucha ich kroków, cierpliwie czekając, by podsunąć im kolejną zagadkę lub drobne niebezpieczeństwo.
Słysząc propozycję pomocy przy mapach, uniósł lekko brwi i uśmiechnął się blado, nieco z zakłopotaniem.
– Rysowanie map to chyba nie jest moje powołanie – przyznał półgłosem. – Ale jeśli będziesz czegoś potrzebować… wiesz, towarzystwa albo dodatkowej pary oczu… jestem do dyspozycji.
Nie patrzył na nią wprost, raczej śledził wzrokiem cienie poruszające się w rytmie ich kroków, jakby właśnie tam, w tańcu światła i ciemności, szukał odpowiednich słów.
Kiedy Brenna zatrzasnęła drzwi schowka i podzieliła się swoją obawą, jego twarz lekko pobladła, a spojrzenie uciekło gdzieś w bok. Odchrząknął, próbując odzyskać równowagę myśli, które nagle rozsypały się jak stos niedbale ułożonych pergaminów.
– Tak, oczywiście masz rację… to na pewno nie pierwszaki – wydusił, a potem zamilkł, czując, że każde kolejne słowo mogłoby go tylko bardziej pogrążyć. To nie tak, że wcześniej wierzył w wygłoszoną teorię, zwyczajnie plótł cokolwiek, żeby ukryć swoje zakłopotanie. Skupił się więc na kroku przed siebie, udając, że całe jego zainteresowanie pochłonęła faktura kamienia pod stopami
Szli dalej, mijając rząd starych zbroi, z których jedna zdawała się patrzeć na nich z wyrzutem spod podniesionej przyłbicy. Cassian przesunął dłonią po chłodnej poręczy schodów, przyjmując jej stabilność jak ciche zapewnienie, że cokolwiek czeka ich wyżej, nie są z tym sami. Potem padła uwaga o ostrzeżeniu i na chwilę się zadumał.
– Gdybyśmy naprawdę to zrobili? Myślę, że pani profesor znalazłaby sposób, by nas ukarać. A schody i tak by się obraziły i przeniosły na inne piętro – wygłosił nieco fatalistyczną wizje – Chociaż teraz zacząłem się zastanawiać, czy przez te wszystkie lata ktoś tego próbował. Byłoby nieco zaskakujące, gdybyś była pierwszą, która na to wpadła nie sądzisz?
Potem nastała cisza. Odgłos, który wcześniej wyłowił z mroku, powrócił — głuchy stuk, jakby coś ciężkiego przesunęło się po kamieniu. Cassian odruchowo uniósł głowę, spojrzenie przygasło, a twarz stężała w skupieniu.
– Coś stuknęło ale to chyba nie był przeciąg – rzucił zerkając w kierunku źródła dźwięku. Chwilę potem dźwiek się powtórzył.
Z wolna ruszyli przed siebie, kroki stawiając cicho, ostrożnie. Korytarz zdawał się jeszcze bardziej opustoszały, a mrok gęstniał wokół, rozcinany tylko nikłym światłem pochodni. Po kilkunastu metrach natknęli się na duży portret w ciężkiej, drewnianej ramie. Cassian przystanął, marszcząc brwi. Obraz przedstawiał elegancki gabinet, wysokie okna i rzeźbiony fotel... pusty. Po postaci gospodarza nie było śladu.
Cassian przybliżył się o krok, jakby chciał dostrzec coś więcej w cieniu malowidła.
– Hm. Czyj to był portret... – mruknął, bardziej do siebie niż do Brenny. – I gdzie zniknął... Akurat mógłby nam coś powiedzieć
Słysząc propozycję pomocy przy mapach, uniósł lekko brwi i uśmiechnął się blado, nieco z zakłopotaniem.
– Rysowanie map to chyba nie jest moje powołanie – przyznał półgłosem. – Ale jeśli będziesz czegoś potrzebować… wiesz, towarzystwa albo dodatkowej pary oczu… jestem do dyspozycji.
Nie patrzył na nią wprost, raczej śledził wzrokiem cienie poruszające się w rytmie ich kroków, jakby właśnie tam, w tańcu światła i ciemności, szukał odpowiednich słów.
Kiedy Brenna zatrzasnęła drzwi schowka i podzieliła się swoją obawą, jego twarz lekko pobladła, a spojrzenie uciekło gdzieś w bok. Odchrząknął, próbując odzyskać równowagę myśli, które nagle rozsypały się jak stos niedbale ułożonych pergaminów.
– Tak, oczywiście masz rację… to na pewno nie pierwszaki – wydusił, a potem zamilkł, czując, że każde kolejne słowo mogłoby go tylko bardziej pogrążyć. To nie tak, że wcześniej wierzył w wygłoszoną teorię, zwyczajnie plótł cokolwiek, żeby ukryć swoje zakłopotanie. Skupił się więc na kroku przed siebie, udając, że całe jego zainteresowanie pochłonęła faktura kamienia pod stopami
Szli dalej, mijając rząd starych zbroi, z których jedna zdawała się patrzeć na nich z wyrzutem spod podniesionej przyłbicy. Cassian przesunął dłonią po chłodnej poręczy schodów, przyjmując jej stabilność jak ciche zapewnienie, że cokolwiek czeka ich wyżej, nie są z tym sami. Potem padła uwaga o ostrzeżeniu i na chwilę się zadumał.
– Gdybyśmy naprawdę to zrobili? Myślę, że pani profesor znalazłaby sposób, by nas ukarać. A schody i tak by się obraziły i przeniosły na inne piętro – wygłosił nieco fatalistyczną wizje – Chociaż teraz zacząłem się zastanawiać, czy przez te wszystkie lata ktoś tego próbował. Byłoby nieco zaskakujące, gdybyś była pierwszą, która na to wpadła nie sądzisz?
Potem nastała cisza. Odgłos, który wcześniej wyłowił z mroku, powrócił — głuchy stuk, jakby coś ciężkiego przesunęło się po kamieniu. Cassian odruchowo uniósł głowę, spojrzenie przygasło, a twarz stężała w skupieniu.
– Coś stuknęło ale to chyba nie był przeciąg – rzucił zerkając w kierunku źródła dźwięku. Chwilę potem dźwiek się powtórzył.
Z wolna ruszyli przed siebie, kroki stawiając cicho, ostrożnie. Korytarz zdawał się jeszcze bardziej opustoszały, a mrok gęstniał wokół, rozcinany tylko nikłym światłem pochodni. Po kilkunastu metrach natknęli się na duży portret w ciężkiej, drewnianej ramie. Cassian przystanął, marszcząc brwi. Obraz przedstawiał elegancki gabinet, wysokie okna i rzeźbiony fotel... pusty. Po postaci gospodarza nie było śladu.
Cassian przybliżył się o krok, jakby chciał dostrzec coś więcej w cieniu malowidła.
– Hm. Czyj to był portret... – mruknął, bardziej do siebie niż do Brenny. – I gdzie zniknął... Akurat mógłby nam coś powiedzieć