24.06.2025, 14:32 ✶
Nie znała mężczyzny na tyle dobrze, by stwierdzić czy normalnie tak wyglądał. W zasadzie to widziała go zaledwie kilka razy, ale nawet ślepy zorientowałby się, że coś tu było nie tak. Przede wszystkim wyglądał jak kupka nieszczęścia. No i jeszcze ten unieruchomiony palec... Nie wspominając o tym, że gdy tylko wparowała do Rejwachu, to okazało się, że przyczyniła się częściowo do zniszczeń, bo rozjebała drzwi.
Ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Czy rozjebany Rejwach, obolały Woody, ona sama oblana farbą, której do tej pory nie zmyła - czy to wszystko miało jakiekolwiek znaczenie w obliczu faktu, że Faye była oszalała z bólu serca. Nie, nie myślała jasno, nawet rozmowa z Leviathanem jej nie uspokoiła. Nigdy nie była egoistką i teraz też nie kierowały nią własne, egoistyczne pobudki (chociaż być może jednak? W końcu szukała swojego ukochanego i nie zwracała uwagi na to, w jakim stanie znajdowali się inni).
- Um... Sorry - opanowała się nieco, bo przecież nie chciała. Bolało ją serce, rozum krzyczał, że ma stąd wypierdalać i szukać Maddoxa, ale jednocześnie ta maleńka część rozsądku mówiła, że NIE WIE gdzie ten cholernik może być. Jego braci również nie potrafiła zlokalizować, podobnie jak jego ojca, nikogo ze Sfory. Woody jako osoba, która prowadziła knajpę na Nokturnie i przechwalała się, że zna różnych ludzi, wydawał jej się więc najodpowiedniejszym obiektem do wprowadzenia jej planu w życie.
A jaki to był plan? Kurwa sprytny - bo żaden.
Faye nie miała planu, tak po prostu tu przyszła z jednym maleńkim celem: odnaleźć ukochanego. Tylko tyle i aż tyle.
- Chudy, wysoki. Szatyn, z reguły nieogolony, ale mogły go liznąć płomienie. Zielone oczy - zaczęła wyliczać, omiatając tylko wzrokiem to, co się odjebało w Rejwachu. Będzie musiała tu wrócić i jakoś pomóc w ogarnięciu tego syfu, ale najpierw musiała się upewnić, że Maddox żyje i nie jest ranny. - Wygląda jak bezdomny, bo w sumie taki jest. Maddox Greyback.
Nie miała pojęcia o tym, co odjebał w Rejwachu. Nie miała pojęcia o tym, że Woody miał z nim na pieńku. Nie miała pojęcia o Asenie, która się tu schroniła. Miała ZERO pojęcia o czymkolwiek, co działo się na Nokturnie i nie zostało jej przekazane przez kogokolwiek. Błogosławione przekleństwo, jeżeli chciało się zejść na Ścieżki.
- Nie wiem, gdzie jest. Chcę wiedzieć, czy jest bezpieczny. Nie wiem gdzie jest Sfora, nie wiem jak się z nim skontaktować. Pomóż mi, proszę - dodała nieco ciszej, być może niepotrzebnie, bo przecież Woody już wyszedł na ulice Nokturnu. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie poprosiła. W końcu nie była w pozycji, by komukolwiek rozkazywać, bo sama nigdy nie znajdzie Sfory ani Maddoxa. Zwłaszcza że gnojek mógł się szwendać gdziekolwiek.
Ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Czy rozjebany Rejwach, obolały Woody, ona sama oblana farbą, której do tej pory nie zmyła - czy to wszystko miało jakiekolwiek znaczenie w obliczu faktu, że Faye była oszalała z bólu serca. Nie, nie myślała jasno, nawet rozmowa z Leviathanem jej nie uspokoiła. Nigdy nie była egoistką i teraz też nie kierowały nią własne, egoistyczne pobudki (chociaż być może jednak? W końcu szukała swojego ukochanego i nie zwracała uwagi na to, w jakim stanie znajdowali się inni).
- Um... Sorry - opanowała się nieco, bo przecież nie chciała. Bolało ją serce, rozum krzyczał, że ma stąd wypierdalać i szukać Maddoxa, ale jednocześnie ta maleńka część rozsądku mówiła, że NIE WIE gdzie ten cholernik może być. Jego braci również nie potrafiła zlokalizować, podobnie jak jego ojca, nikogo ze Sfory. Woody jako osoba, która prowadziła knajpę na Nokturnie i przechwalała się, że zna różnych ludzi, wydawał jej się więc najodpowiedniejszym obiektem do wprowadzenia jej planu w życie.
A jaki to był plan? Kurwa sprytny - bo żaden.
Faye nie miała planu, tak po prostu tu przyszła z jednym maleńkim celem: odnaleźć ukochanego. Tylko tyle i aż tyle.
- Chudy, wysoki. Szatyn, z reguły nieogolony, ale mogły go liznąć płomienie. Zielone oczy - zaczęła wyliczać, omiatając tylko wzrokiem to, co się odjebało w Rejwachu. Będzie musiała tu wrócić i jakoś pomóc w ogarnięciu tego syfu, ale najpierw musiała się upewnić, że Maddox żyje i nie jest ranny. - Wygląda jak bezdomny, bo w sumie taki jest. Maddox Greyback.
Nie miała pojęcia o tym, co odjebał w Rejwachu. Nie miała pojęcia o tym, że Woody miał z nim na pieńku. Nie miała pojęcia o Asenie, która się tu schroniła. Miała ZERO pojęcia o czymkolwiek, co działo się na Nokturnie i nie zostało jej przekazane przez kogokolwiek. Błogosławione przekleństwo, jeżeli chciało się zejść na Ścieżki.
- Nie wiem, gdzie jest. Chcę wiedzieć, czy jest bezpieczny. Nie wiem gdzie jest Sfora, nie wiem jak się z nim skontaktować. Pomóż mi, proszę - dodała nieco ciszej, być może niepotrzebnie, bo przecież Woody już wyszedł na ulice Nokturnu. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie poprosiła. W końcu nie była w pozycji, by komukolwiek rozkazywać, bo sama nigdy nie znajdzie Sfory ani Maddoxa. Zwłaszcza że gnojek mógł się szwendać gdziekolwiek.