24.06.2025, 19:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2025, 20:01 przez Baldwin Malfoy.
Powód edycji: zapomniałam avka, przepraszam :(
)
Pozwól mi. Szeptał jak zjawa nad jej uchem, pozwalając by światło odbijało się wahadełku, leniwie kołyszącym się przed jej oświetloną setkami świec rozstawionych po kaplicy zakładu twarzą. Każda jedna płonęła ku pamięci innej duszy - wszystkie razem, śpiewały jej imię.
Wpuść mnie. Szeptał przeczesując jej włosy - każdy kosmyk cenniejszy od srebra, z którego je odlano.
Opowiedz mi historię swojego bólu. Pozwól mi go posmakować. Zdejm potworom maski, nazwij je. Przecież oboje znamy ich imiona tak dobrze.
Pokaż mi prawdziwy skruszały jadeitowy pałac. Nie ten ze snów Fridy, a ten który pozostawił na twojej duszy blizny trwalsze od stygmatów.
Oddaj mi cały strach. Ten, który zaklęłaś w spisanych krwią nutach. Wiesz kto cię ich nauczył. Znasz cenę jaką poniosłaś.
Zapłać mi swoją pamięcią, a ja obdarzę cię wiecznością.
Głos Baldwina nie był głosem Poety Podziemi. Ale w ciemne, ciche noce, gdy nawet wiatr nie śmiał zmącić pokoju ich dusz i umysłów, był mu najbliższym, bo drżał przepełniony podobną miłością.
Trwali w tym tańcu od lat.
Podejrzewał, że w swojej łaskawości Bogowie dbali, by rodzili się i umierali wspólnie, wcielenie za wcieleniem; dusza za duszą. Bez niej nie istniała ta rodzina. Nie istniał nawet on. Pamiętał czasy, gdy była Dziewicą, tak doskonałą w swojej czystości. Wiedział, że doczeka czasów, aż stanie się Staruchą, a jej drżące palce z trudem będą wystukiwać Nokturny Chopina na zdezelowanym pianinie w nędznym zaułku Podziemnych Ścieżek. Uczynił ją Matką, bo nikt inny nie miał na tyle odwagi, by to zrobić, choć dziecko, które jej ofiarował było równie martwe co ona.
Kochanie Lorraine było proste. Trochę jak kochanie bezpańskiego kota, najpiękniejszego i najdzikszego w całym miocie; takiego który przylezie, gdy będzie tego chciał; ucieknie, gdy spróbujesz wyciągnąć rękę. W gruncie rzeczy oswajanie kotów nie różniło się niczym od oswajania szczurów. Każde jedno pragnęło tego samego - kolan na których mogły złożyć się do snu.
Lorraine była jego domem, gdy dom ten płonął wczorajszej nocy.
Było w jej posłuszeństwie coś niemal świętego. Każdy jeden dogmat kobiecości zamknięty w prostym geście otwarcia oczu. Coś co przypominało mu słowa z zakazanych ksiąg, pogrzebanych w najstarszych grobowcach Katakumb. Tam, gdzie nawet Szczury Madame zapuszczały się niechętnie, a powietrze gęstniało od lepkiego zapachu czarnej magii. Takiej, która pamiętała czasy pierwszych kapłanów.
Niech Dziewica zapomni swych pieśni, bo w milczeniu tkwi jej jej czystość. Niech jej taniec służy duchowi i oku Oblubieńca. Mruczały zapomniane heretyckie wersety w zbutwiałych księgach. Niechaj Matka nie wspomina imienia, które nosiła przed połogiem. Tamto było dzikie - to święte, bo naznaczone pieczęcią Ojca. Szeptały grzeszną modlitwą fałszywe psalmy. Starucha, która przeżyła swojego Mędrca niechaj zostanie złożona na jego grobie - nie jako siew, lecz spłata długu, który Śmierć uczyniła światu. Roznosił się w podziemnych komnatach osąd splamionych grzechem pyszałków.
Bluźnierstwo.
Każde jedno słowo wypalone w jego pamięci było bluźnierstwem, z którego spowiadał się co dnia, całując ziemię po której stąpała Lorraine. Doszukując się w niej odkupienia, na które nie zasługiwał; Ale nie potrafił zapomnieć. Nie potrafił powstrzymać się przed wsunięciem palca pod zieloną aksamitkę, która otulała szyję jego umiłowanej siostry.
Powinien ją rozsupłać, odrzucić na bok, uwolnić. Chciał jej wolności, bo wolność i dzikość leżała w naturze wili. Nie kobiety. Wili. Nie zrobił tego.
Zamiast tego pozwolił jej patrzeć. W milczeniu, pozostawiając każde niezadane na głos przezeń pytanie tym bez odpowiedzi. Czy rozumiała? Czy dopiero przyjdzie jej zrozumieć, że biel włosów była wszystkim co mieli - wszystkim czego wyrzekał się w jej imię, gdy czuł się niegodny ich noszenia. Bluźnierstwo. Kącik ust drgnął w uśmiechu, gdy zabarwiła kosmyk sadzą.
Spuścił wzrok, chyląc czoło do czułego pocałunku. Jeśli wszystko było bluźnierstwem, nic nim nie było. Nie ona. Nigdy nie ona.
I oto byli. Dwójka zgubionych dla świata dzieci skryta za kaskadą jej włosów niczym za przenajświętszą ścianką konfesjonału.
- Ja jestem Ozymandias. Król królów.- Szepnął jej do ucha, gdy złożyła głowę na jego ramieniu. Objął ją ostrożnie.- Ty jesteś Nefertari. Świątynia wśród piasków.
Nie było już żadnego Malfoy Manor. Były ruiny, a pośród nich zbłąkani podróżni szukający wspomnienia potęgi. Odetchnął cicho. Z początku nie odpowiedział, nie chcąc burzyć ich słodkiego sacrum.
- Obawiam się, że czeka mnie malowanie ścian.- Oświadczył z głębokim, pełnym dramatycznego, wręcz żartobliwego cierpienia, jękiem. Umarł Malfoy, kapłan jej kościoła, ale za to do żywych wrócił Baldwin, okropny młodszy brat, z całą swoją ostentacyjną niechęcią do wszelkich remontowych usług w głosie.- Potrzaskało nam wszystkie okna od tego żaru.- Zaskakujące z jaką łatwością Scarlett przeniknęła do jego narracji. Osiadła miękko w życiu chłopaka, który zdawał się nie pamiętać tak nieodległych przecież czasów, gdy budził się przy boku bezimiennych trzpiotek. A przecież pamiętał, bo na pamięć był skazany. Najwyraźniej kochanie Scarlett przychodziło mu z równą wręcz łatwością.- Ale patrząc na to jak wygląda cała ulica to mieliśmy szczęście. Selwyn praktycznie szcza sadzą, takie skurwiałe coś mu się zalęgło w domu. Więc mogło być gorzej, chociaż Scar kurwicy dostaje, gdy pizga złem po kątach.
Pytanie o Oxfordshire było trudniejsze, a jego milczenie zdawało się zdradzać więcej niż wszystkie słowa modlitw, które wznosił ku Pani Księżyca. O zdrowie Calanthe. O jej życie. Czy wiedziałby, że umarła? Czy wybaczyłby sobie, gdyby to się stało?
- Nie wiem. Posłałem list do Matki. Jeśli nie dostanę odpowiedzi do wieczora, po prostu...- Zamilkł. Dlaczego proste “pojadę przekonać się na własne oczy” było tak przeraźliwie trudne do wypowiedzenia.
Eurydyka.
Pokręcił powoli głową, przesuwając dłonie na jej ramiona i odsuwając dziewczynę od siebie na tyle, by móc spojrzeć w jej jasne oczy.
- Ojciec jest bezpieczny.- Odpowiedział miękko. Przecież to chciała wiedzieć, prawda?
Wpuść mnie. Szeptał przeczesując jej włosy - każdy kosmyk cenniejszy od srebra, z którego je odlano.
Opowiedz mi historię swojego bólu. Pozwól mi go posmakować. Zdejm potworom maski, nazwij je. Przecież oboje znamy ich imiona tak dobrze.
Pokaż mi prawdziwy skruszały jadeitowy pałac. Nie ten ze snów Fridy, a ten który pozostawił na twojej duszy blizny trwalsze od stygmatów.
Oddaj mi cały strach. Ten, który zaklęłaś w spisanych krwią nutach. Wiesz kto cię ich nauczył. Znasz cenę jaką poniosłaś.
Zapłać mi swoją pamięcią, a ja obdarzę cię wiecznością.
Głos Baldwina nie był głosem Poety Podziemi. Ale w ciemne, ciche noce, gdy nawet wiatr nie śmiał zmącić pokoju ich dusz i umysłów, był mu najbliższym, bo drżał przepełniony podobną miłością.
Trwali w tym tańcu od lat.
Podejrzewał, że w swojej łaskawości Bogowie dbali, by rodzili się i umierali wspólnie, wcielenie za wcieleniem; dusza za duszą. Bez niej nie istniała ta rodzina. Nie istniał nawet on. Pamiętał czasy, gdy była Dziewicą, tak doskonałą w swojej czystości. Wiedział, że doczeka czasów, aż stanie się Staruchą, a jej drżące palce z trudem będą wystukiwać Nokturny Chopina na zdezelowanym pianinie w nędznym zaułku Podziemnych Ścieżek. Uczynił ją Matką, bo nikt inny nie miał na tyle odwagi, by to zrobić, choć dziecko, które jej ofiarował było równie martwe co ona.
Kochanie Lorraine było proste. Trochę jak kochanie bezpańskiego kota, najpiękniejszego i najdzikszego w całym miocie; takiego który przylezie, gdy będzie tego chciał; ucieknie, gdy spróbujesz wyciągnąć rękę. W gruncie rzeczy oswajanie kotów nie różniło się niczym od oswajania szczurów. Każde jedno pragnęło tego samego - kolan na których mogły złożyć się do snu.
Lorraine była jego domem, gdy dom ten płonął wczorajszej nocy.
Było w jej posłuszeństwie coś niemal świętego. Każdy jeden dogmat kobiecości zamknięty w prostym geście otwarcia oczu. Coś co przypominało mu słowa z zakazanych ksiąg, pogrzebanych w najstarszych grobowcach Katakumb. Tam, gdzie nawet Szczury Madame zapuszczały się niechętnie, a powietrze gęstniało od lepkiego zapachu czarnej magii. Takiej, która pamiętała czasy pierwszych kapłanów.
Niech Dziewica zapomni swych pieśni, bo w milczeniu tkwi jej jej czystość. Niech jej taniec służy duchowi i oku Oblubieńca. Mruczały zapomniane heretyckie wersety w zbutwiałych księgach. Niechaj Matka nie wspomina imienia, które nosiła przed połogiem. Tamto było dzikie - to święte, bo naznaczone pieczęcią Ojca. Szeptały grzeszną modlitwą fałszywe psalmy. Starucha, która przeżyła swojego Mędrca niechaj zostanie złożona na jego grobie - nie jako siew, lecz spłata długu, który Śmierć uczyniła światu. Roznosił się w podziemnych komnatach osąd splamionych grzechem pyszałków.
Bluźnierstwo.
Każde jedno słowo wypalone w jego pamięci było bluźnierstwem, z którego spowiadał się co dnia, całując ziemię po której stąpała Lorraine. Doszukując się w niej odkupienia, na które nie zasługiwał; Ale nie potrafił zapomnieć. Nie potrafił powstrzymać się przed wsunięciem palca pod zieloną aksamitkę, która otulała szyję jego umiłowanej siostry.
Powinien ją rozsupłać, odrzucić na bok, uwolnić. Chciał jej wolności, bo wolność i dzikość leżała w naturze wili. Nie kobiety. Wili. Nie zrobił tego.
Zamiast tego pozwolił jej patrzeć. W milczeniu, pozostawiając każde niezadane na głos przezeń pytanie tym bez odpowiedzi. Czy rozumiała? Czy dopiero przyjdzie jej zrozumieć, że biel włosów była wszystkim co mieli - wszystkim czego wyrzekał się w jej imię, gdy czuł się niegodny ich noszenia. Bluźnierstwo. Kącik ust drgnął w uśmiechu, gdy zabarwiła kosmyk sadzą.
Spuścił wzrok, chyląc czoło do czułego pocałunku. Jeśli wszystko było bluźnierstwem, nic nim nie było. Nie ona. Nigdy nie ona.
I oto byli. Dwójka zgubionych dla świata dzieci skryta za kaskadą jej włosów niczym za przenajświętszą ścianką konfesjonału.
- Ja jestem Ozymandias. Król królów.- Szepnął jej do ucha, gdy złożyła głowę na jego ramieniu. Objął ją ostrożnie.- Ty jesteś Nefertari. Świątynia wśród piasków.
Nie było już żadnego Malfoy Manor. Były ruiny, a pośród nich zbłąkani podróżni szukający wspomnienia potęgi. Odetchnął cicho. Z początku nie odpowiedział, nie chcąc burzyć ich słodkiego sacrum.
- Obawiam się, że czeka mnie malowanie ścian.- Oświadczył z głębokim, pełnym dramatycznego, wręcz żartobliwego cierpienia, jękiem. Umarł Malfoy, kapłan jej kościoła, ale za to do żywych wrócił Baldwin, okropny młodszy brat, z całą swoją ostentacyjną niechęcią do wszelkich remontowych usług w głosie.- Potrzaskało nam wszystkie okna od tego żaru.- Zaskakujące z jaką łatwością Scarlett przeniknęła do jego narracji. Osiadła miękko w życiu chłopaka, który zdawał się nie pamiętać tak nieodległych przecież czasów, gdy budził się przy boku bezimiennych trzpiotek. A przecież pamiętał, bo na pamięć był skazany. Najwyraźniej kochanie Scarlett przychodziło mu z równą wręcz łatwością.- Ale patrząc na to jak wygląda cała ulica to mieliśmy szczęście. Selwyn praktycznie szcza sadzą, takie skurwiałe coś mu się zalęgło w domu. Więc mogło być gorzej, chociaż Scar kurwicy dostaje, gdy pizga złem po kątach.
Pytanie o Oxfordshire było trudniejsze, a jego milczenie zdawało się zdradzać więcej niż wszystkie słowa modlitw, które wznosił ku Pani Księżyca. O zdrowie Calanthe. O jej życie. Czy wiedziałby, że umarła? Czy wybaczyłby sobie, gdyby to się stało?
- Nie wiem. Posłałem list do Matki. Jeśli nie dostanę odpowiedzi do wieczora, po prostu...- Zamilkł. Dlaczego proste “pojadę przekonać się na własne oczy” było tak przeraźliwie trudne do wypowiedzenia.
Eurydyka.
Pokręcił powoli głową, przesuwając dłonie na jej ramiona i odsuwając dziewczynę od siebie na tyle, by móc spojrzeć w jej jasne oczy.
- Ojciec jest bezpieczny.- Odpowiedział miękko. Przecież to chciała wiedzieć, prawda?