24.06.2025, 22:50 ✶
– Nie potrafię uwierzyć, że dałeś ugasić w sobie wspomnienie mnie. Mów mi o zakrzywieniu percepcji ile chcesz, zwykliśmy się przepychać na teorie godzinami, więc mnie nawet cieszy, że nie zatraciłeś jakiejś części siebie – a to, że ta część stanowiła jedną z największych jego zalet, pozostawił niedopowiedzeniem – ale Morfeuszu, konkluzją zawsze będzie to, że się powinieneś czołgać do hipnotyzera w worku pokutnym. – Wypowiedział te słowa tak samo arogancko jak zawsze i nie wybrzmiewał w tym nawet najmniejszy cień fałszu.
Pieprzony Morfeusz, który zawsze miał we wszystkim rację. Prawdziwą karą boską była nie impotencja – kara boska, jaka na niego spadła była tą, z jaką zmagało się wielu geniuszy jego pokroju – umysł przeżerało mu szaleństwo.
– Bogowie istnieją. – Skwitował, nie pozostając w tym szaleństwie w tyle. – Tworzą ich ludzie. – Interpretując rzeczywistość w sposób nadający pewnym osobom i zjawiskom o wiele większe znaczenie niż powinni. – I gwarantuję ci, że o to dbam. – Bogowie mieli to do siebie, że jako byty stworzone w ludzkiej wyobraźni, posiadali wiele ludzkich cech. Dolohov na przykład nieszczególnie dobrze panował nad emocjami. Im dłużej Longbottom mówił i zabierał go przez te zagmatwane, pokrętne ścieżki pełne dystansu, jakiego nie spodziewał się poczuć, tym mocniej biło mu serce. Już teraz łopotało niczym chorągiew na wichurze, ale za chwilę... Nie – nie istniał na tym świecie nikt, kto potrafiłby wywołać w nim tak głębokie uczucie gniewu. Morpheus zabierał go na jego wyżyny – dokładnie tam, gdzie rosły najbardziej cierpkie owoce jego desperacji.
– Oh pierdol się, naprawdę. To musi być katastrofa dla żywego człowieka z krwi i kości, kiedy akurat ja mu to wytykam. Wygląda na to, że nasza kłótnia z Hogwartu nauczyła cię pisać przepraszam na końcu listów, ale wciąż są momenty, w których nie widzisz niczego więcej niż czubek własnego nosa. Trzysta dwadzieścia jeden słów. Trzysta dwadzieścia jeden słów o tym jak mnie kochasz i za mną tęsknisz, a teraz mi mówisz, że nie chciałeś wysyłać odpowiedzi?! Jakaś część ciebie marzy o tym, żebym o tobie zapomniał? Ty skończony bucu, ta firma miała być nasza! Powinienem ci odgryźć ten palec, jak mieliśmy szesnaście lat, żebyś nie mógł rzucić zaklęcia bez myślenia o tym, kogo zostawiłeś za plecami. – Tak, był wzburzony. No bo dlaczego ta część nie wpadła na to, żeby zapytać JEGO o zdanie? Pękał dokładnie tak jak kiedyś, kiedy nie dostawał dokładnie tego, czego chciał – a siedział naprzeciwko króla nabierania wody w usta i podchodzenia do wszystkiego tak ostrożnie, że huragan, jakim był Dolohov miał ochotę wydrapać sobie oczy. Będzie mu teraz mówił o brodzie? Usłyszał to wyraźnie i najgorsze było to, że miał w tej sprawie jakąś opinię: łatwo wyhaczał to, jak broda dobrze podkreślała to, co w nim najbardziej lubił – olbrzymią wiedzę, mądrość, inteligencję i co najważniejsze – dojrzałość, w której nigdy nie dorastał mu do pięć. Momentami czuł się, jakby dzieliły ich lata. Pieprzony dziad, który zawsze miał rację! Pieprzony dziad, który zawsze wszystko widział i wiedział i wcale nie potrzebował do opisywania tego matematyki. To naprawdę było przekleństwo. Nie potrafił wyrzucić z pamięci stroju, w jakim przyjechał do przeklętego Oxfordshire, a on miał nadzieję, że tak po prostu zapomni o kilku latach swojego życia?! Niewątpliwie, mimo pięknych słów i marzeń o otworzeniu Instytutu bez podziałów, to nie Morpheus musiał martwić się rewanżem. To zmartwienie było dedykowane komukolwiek, kto położyłby się na zimnej pościeli obok niego. – Czego od ciebie chcę? Siedzisz w piątek wieczorem przy kolacji ze swoim byłym partnerem po wysłaniu mu listu miłosnego, po tym jak sporządził dokument na rolkę pergaminu, który cię z nim wiąże umową na przynajmniej sześć akademickich semestrów i się mnie pytasz, czego od ciebie chcę?! – Gdzieś w połowie tego podniósł się z miejsca, odkładając kieliszek na stół i już gestykulował rękoma w ten chaotyczny sposób zwiastujący krzyk, kiedy nagle – kompletnie dla siebie niespodziewanie – pisnął jak baba i odskoczył w bok.
– Ał! – I chociaż nie było to łatwe, na moment naprawdę zapomniał o tej kłótni, o narastającym w gardle krzyku. Spojrzał na rękę przypaloną od kawałka popiołu i w panice strzepnął go ze swojej skóry. Rozejrzał się wokół, bo przecież żadne z nich nie korzystało teraz z różdżki. Rozejrzał się po oknach. Nie było tam nic. Zresztą – jak którykolwiek z nich miałby tego nie przewidzieć? Palący kawałek czegoś, a na niebie brak łuny pożaru czy dymu. Zacząłby samego siebie podejrzewać o zwidy, gdyby identyczna rzecz nie wpadła mu do szampana ledwie kilka sekund później.
Pieprzony Morfeusz, który zawsze miał we wszystkim rację. Prawdziwą karą boską była nie impotencja – kara boska, jaka na niego spadła była tą, z jaką zmagało się wielu geniuszy jego pokroju – umysł przeżerało mu szaleństwo.
– Bogowie istnieją. – Skwitował, nie pozostając w tym szaleństwie w tyle. – Tworzą ich ludzie. – Interpretując rzeczywistość w sposób nadający pewnym osobom i zjawiskom o wiele większe znaczenie niż powinni. – I gwarantuję ci, że o to dbam. – Bogowie mieli to do siebie, że jako byty stworzone w ludzkiej wyobraźni, posiadali wiele ludzkich cech. Dolohov na przykład nieszczególnie dobrze panował nad emocjami. Im dłużej Longbottom mówił i zabierał go przez te zagmatwane, pokrętne ścieżki pełne dystansu, jakiego nie spodziewał się poczuć, tym mocniej biło mu serce. Już teraz łopotało niczym chorągiew na wichurze, ale za chwilę... Nie – nie istniał na tym świecie nikt, kto potrafiłby wywołać w nim tak głębokie uczucie gniewu. Morpheus zabierał go na jego wyżyny – dokładnie tam, gdzie rosły najbardziej cierpkie owoce jego desperacji.
– Oh pierdol się, naprawdę. To musi być katastrofa dla żywego człowieka z krwi i kości, kiedy akurat ja mu to wytykam. Wygląda na to, że nasza kłótnia z Hogwartu nauczyła cię pisać przepraszam na końcu listów, ale wciąż są momenty, w których nie widzisz niczego więcej niż czubek własnego nosa. Trzysta dwadzieścia jeden słów. Trzysta dwadzieścia jeden słów o tym jak mnie kochasz i za mną tęsknisz, a teraz mi mówisz, że nie chciałeś wysyłać odpowiedzi?! Jakaś część ciebie marzy o tym, żebym o tobie zapomniał? Ty skończony bucu, ta firma miała być nasza! Powinienem ci odgryźć ten palec, jak mieliśmy szesnaście lat, żebyś nie mógł rzucić zaklęcia bez myślenia o tym, kogo zostawiłeś za plecami. – Tak, był wzburzony. No bo dlaczego ta część nie wpadła na to, żeby zapytać JEGO o zdanie? Pękał dokładnie tak jak kiedyś, kiedy nie dostawał dokładnie tego, czego chciał – a siedział naprzeciwko króla nabierania wody w usta i podchodzenia do wszystkiego tak ostrożnie, że huragan, jakim był Dolohov miał ochotę wydrapać sobie oczy. Będzie mu teraz mówił o brodzie? Usłyszał to wyraźnie i najgorsze było to, że miał w tej sprawie jakąś opinię: łatwo wyhaczał to, jak broda dobrze podkreślała to, co w nim najbardziej lubił – olbrzymią wiedzę, mądrość, inteligencję i co najważniejsze – dojrzałość, w której nigdy nie dorastał mu do pięć. Momentami czuł się, jakby dzieliły ich lata. Pieprzony dziad, który zawsze miał rację! Pieprzony dziad, który zawsze wszystko widział i wiedział i wcale nie potrzebował do opisywania tego matematyki. To naprawdę było przekleństwo. Nie potrafił wyrzucić z pamięci stroju, w jakim przyjechał do przeklętego Oxfordshire, a on miał nadzieję, że tak po prostu zapomni o kilku latach swojego życia?! Niewątpliwie, mimo pięknych słów i marzeń o otworzeniu Instytutu bez podziałów, to nie Morpheus musiał martwić się rewanżem. To zmartwienie było dedykowane komukolwiek, kto położyłby się na zimnej pościeli obok niego. – Czego od ciebie chcę? Siedzisz w piątek wieczorem przy kolacji ze swoim byłym partnerem po wysłaniu mu listu miłosnego, po tym jak sporządził dokument na rolkę pergaminu, który cię z nim wiąże umową na przynajmniej sześć akademickich semestrów i się mnie pytasz, czego od ciebie chcę?! – Gdzieś w połowie tego podniósł się z miejsca, odkładając kieliszek na stół i już gestykulował rękoma w ten chaotyczny sposób zwiastujący krzyk, kiedy nagle – kompletnie dla siebie niespodziewanie – pisnął jak baba i odskoczył w bok.
– Ał! – I chociaż nie było to łatwe, na moment naprawdę zapomniał o tej kłótni, o narastającym w gardle krzyku. Spojrzał na rękę przypaloną od kawałka popiołu i w panice strzepnął go ze swojej skóry. Rozejrzał się wokół, bo przecież żadne z nich nie korzystało teraz z różdżki. Rozejrzał się po oknach. Nie było tam nic. Zresztą – jak którykolwiek z nich miałby tego nie przewidzieć? Palący kawałek czegoś, a na niebie brak łuny pożaru czy dymu. Zacząłby samego siebie podejrzewać o zwidy, gdyby identyczna rzecz nie wpadła mu do szampana ledwie kilka sekund później.
with all due respect, which is none