25.06.2025, 19:31 ✶
Cassian uśmiechnął się lekko, słysząc jej uwagę o dopadnięciu Bagshota. Nie odezwał się od razu, bo w myślach aż za dobrze zobaczył tę scenę: Brenna z miną pełną determinacji, uzbrojona w worek cukierków zamiast różdżki, próbująca przekupić któregoś z tych nieco oderwanych od rzeczywistości mapotwórców. Uśmiech znikł jednak szybko, gdy wspomniała o zapominaniu. Skinął głową, jakby przyjmował jej słowa za oczywistą prawdę, choć w duchu czuł, że pewnych obrazów nie da się tak łatwo wymazać. Sam miał już w głowie ten pusty schowek i dziwną ciszę, jaka po nim zapadła.
Kiedy Brenna chwyciła za ramę portretu, zatrzymał się tuż obok niej, unosząc brwi z lekkim zaskoczeniem — choć właściwie powinien się tego spodziewać.
– W sumie… masz rację. Sprawdzić nie zaszkodzi – mruknął, przesuwając palcami po chłodnym kamieniu obok obrazu. Jego dłoń odruchowo szukała jakiegoś śladu, rysy, szczeliny – czegokolwiek, co mogłoby zdradzić tajemnicę muru.
Rama portretu zaskrzypiała, a potem, ku ich zdziwieniu, odchyliła się kawałek wraz z fragmentem ściany, ukazując przejście. Powiało od niego chłodem, suchym i pachnącym kurzem tak starym, że wydawał się częścią samego zamku. Strużka powietrza omiotła ich twarze, jakby zapraszała do środka. W ciemności majaczył wąski korytarz, ledwie szerszy niż ramię Cassiana, ginący gdzieś dalej w mroku.
Nachylił się, próbując dostrzec coś więcej.
– Wygląda na stare przejście służbowe... albo coś, czego dawno nikt nie używał – szepnął, czując, jak serce bije mu odrobinę szybciej. – Myślisz, że mogli tam wejść...?
Zerknął na nią kątem oka, cień uśmiechu drgnął mu w kąciku ust.
– I wtedy wstąpili w mrok, gdzie cisza miała głos, a cień znał ich imię – mruknął pod nosem, jakby bardziej do siebie niż do Brenny, przywołując słowa któregoś z dawnych poetów, których czytał nocami. A może własne?
– Mam iść przodem?
Kiedy Brenna chwyciła za ramę portretu, zatrzymał się tuż obok niej, unosząc brwi z lekkim zaskoczeniem — choć właściwie powinien się tego spodziewać.
– W sumie… masz rację. Sprawdzić nie zaszkodzi – mruknął, przesuwając palcami po chłodnym kamieniu obok obrazu. Jego dłoń odruchowo szukała jakiegoś śladu, rysy, szczeliny – czegokolwiek, co mogłoby zdradzić tajemnicę muru.
Rama portretu zaskrzypiała, a potem, ku ich zdziwieniu, odchyliła się kawałek wraz z fragmentem ściany, ukazując przejście. Powiało od niego chłodem, suchym i pachnącym kurzem tak starym, że wydawał się częścią samego zamku. Strużka powietrza omiotła ich twarze, jakby zapraszała do środka. W ciemności majaczył wąski korytarz, ledwie szerszy niż ramię Cassiana, ginący gdzieś dalej w mroku.
Nachylił się, próbując dostrzec coś więcej.
– Wygląda na stare przejście służbowe... albo coś, czego dawno nikt nie używał – szepnął, czując, jak serce bije mu odrobinę szybciej. – Myślisz, że mogli tam wejść...?
Zerknął na nią kątem oka, cień uśmiechu drgnął mu w kąciku ust.
– I wtedy wstąpili w mrok, gdzie cisza miała głos, a cień znał ich imię – mruknął pod nosem, jakby bardziej do siebie niż do Brenny, przywołując słowa któregoś z dawnych poetów, których czytał nocami. A może własne?
– Mam iść przodem?