11.02.2023, 01:41 ✶
- Wiem. Nie chciałam ci truć – to było przyzwyczajenie, w którym automatycznie zadziałała i odpowiedziała dość mechanicznie, zanim do mózgu doszedł zdrowy rozsądek i mu nie powiedział „ej, nie musisz mu tego mówić, bo to NIC NIE ZMIENI”. Bo nie zmieni – a Victorii nie chodziło o to, by w ten sposób chcieć zmienić Sauriela. Wzajemny wpływ na siebie był nie do pominięcia i była pewna, że oboje go będą mieli w jakiś sposób, zresztą już byli na etapie docierania się i nakreślania granic. I przesuwania ich. Ale na pewno nie chciała zmieniać tego, kim był. Czyli kimś, kto nie zwraca uwagi na kwiaty w ten sposób… bo wiedziała, że zanotował w głowie pewne wiadomości o niej i się… postarał. A przecież nie musiał. - Podoba mi się, naprawdę. Dziękuję – ten samodzielnie zebrany i skomponowany bukiet znaczył znacznie więcej niż taki zrobiony przez profesjonalną florystkę. I to mimo tego, że nic nie kosztował – a przynajmniej nie pieniędzy, bo na pewno czasu i wielu myśli, by jakoś go ułożyć. A kolorystycznie do siebie pasował wręcz zaskakująco! Victoria się uśmiechnęła, wydobyła z kieszeni różdżkę, i tak jak podczas ich pierwszego spotkania, wyczarowała wazonik z wodą, do którego wsadziła kwiatki, za nic nie chcąc, by jej tutaj coś zaczęło więdnąć.
- Ach tak? – wyglądała na lekko ubawioną, ale tak naprawdę to była zaskoczona i trochę rozczulona jednocześnie, że Sauriel w ogóle zadawał sobie trud związany z testowaniem co lubi, a czego nie. Co jej bardziej smakuje, a co mniej. Nie sądziła, by była w tym zła wola. - W porządku. Tylko nie przynoś mi lukrecji, nie znoszę jej – odpowiedziała mu od razu, przyjmując od niego te pralinki. I nawet się do nich uśmiechnęła.
- Miałeś w zanadrzu plan B albo C? – zapytała zaciekawiona, bo to brzmiało, jakby brał pod uwagę, że kwiaty i przeprosiny nie wystarczą i że będzie się musiał bardziej nagimnastykować – a to oznaczało, że zajmie mu to czas. Posłała mu jeden dodatkowy uśmiech i odwróciła się do niego plecami, trzymając w ręce wazonik i czekoladki, łokciem otworzyła drzwi z saloniku na resztę domu – ten kawałek już znał – i poprowadziła go korytarzem obok większego, otwartego pokoju, nawet nie spojrzała na Isabellę, która siedziała tam i czytała książkę (chociaż teraz to zerkała na nich zza okularów do czytania). Popchnęła jeszcze jedne drzwi i poprowadziła go schodami w dół. Tutaj było już o wiele chłodniej. Jeszcze jeden korytarz, trzecie już drzwi i znaleźli się w średniej wielkości pomieszczeniu wypełnionym od podłogi po sufit szafkami i gablotkami – z pudełkami, słoikami itd. z różnymi, najpewniej, składnikami. Był tutaj mały, okrągły stolik w rogu i dwa wygodne fotele, najpewniej po to, by można było gdzieś odsapnąć, czekając na różne etapy warzenia eliksirów. No i – właśnie. Stało tutaj kilka różnej wielkości kociołków, pod którymi palił się ogień. W pomieszczeniu zapach bulgoczących cieczy mieszał się ze sobą.
Victoria od razu podeszła do stolika, na którym położyła (równiutko, na samym środku!) wazonik, obróciła go też odrobinę, by stał idealnie, obok położyła czekoladki i wtedy odwróciła się też do Sauriela. Na stoliku leżały też książki, wszystkie równo ułożone i zamknięte. Zresztą w pokoju było kilkanaście ksiąg na półkach.
- Tego lepiej nie tykaj – Lestrange założyła fartuszek, który jeszcze chwilę temu leżał przewieszony przez fotel, zapięła guziczki i podeszła do jednego z kociołków. - To mój eliksir nasenny – oto co tu gotowała. Ale reszta eliksirów wyglądała inaczej, więc spokojnie można było założyć, że nie wszystkie z nich były nasennym, by poradzić sobie z jej bezsennością. - Mam tu jeszcze eliksir odporności na ogień, pozwalający oddychać pod wodą… - zaczęła wymieniać, po czym zatrzymała się i zapatrzyła na Sauriela. - Ciekawe. Czy eliksir odporności na ogień pozwoliłby ci wytrzymać na słońcu – powiedziała i przekrzywiła głowę. Ona tego na ogień nie potrzebowała, ale wolała mieć zapas, w razie gdyby potrzebował go ktoś inny.
Victoria naprawdę miała milion myśli na sekundę w głowie. I miała mnóstwo pomysłów. Jakoś wcześniej jednak nie pomyślała o tym, by połączyć wampira i taki eliksir. Wiaodmo, nie działałby ciagle, tylko określony czas, ale… może…
- Ach tak? – wyglądała na lekko ubawioną, ale tak naprawdę to była zaskoczona i trochę rozczulona jednocześnie, że Sauriel w ogóle zadawał sobie trud związany z testowaniem co lubi, a czego nie. Co jej bardziej smakuje, a co mniej. Nie sądziła, by była w tym zła wola. - W porządku. Tylko nie przynoś mi lukrecji, nie znoszę jej – odpowiedziała mu od razu, przyjmując od niego te pralinki. I nawet się do nich uśmiechnęła.
- Miałeś w zanadrzu plan B albo C? – zapytała zaciekawiona, bo to brzmiało, jakby brał pod uwagę, że kwiaty i przeprosiny nie wystarczą i że będzie się musiał bardziej nagimnastykować – a to oznaczało, że zajmie mu to czas. Posłała mu jeden dodatkowy uśmiech i odwróciła się do niego plecami, trzymając w ręce wazonik i czekoladki, łokciem otworzyła drzwi z saloniku na resztę domu – ten kawałek już znał – i poprowadziła go korytarzem obok większego, otwartego pokoju, nawet nie spojrzała na Isabellę, która siedziała tam i czytała książkę (chociaż teraz to zerkała na nich zza okularów do czytania). Popchnęła jeszcze jedne drzwi i poprowadziła go schodami w dół. Tutaj było już o wiele chłodniej. Jeszcze jeden korytarz, trzecie już drzwi i znaleźli się w średniej wielkości pomieszczeniu wypełnionym od podłogi po sufit szafkami i gablotkami – z pudełkami, słoikami itd. z różnymi, najpewniej, składnikami. Był tutaj mały, okrągły stolik w rogu i dwa wygodne fotele, najpewniej po to, by można było gdzieś odsapnąć, czekając na różne etapy warzenia eliksirów. No i – właśnie. Stało tutaj kilka różnej wielkości kociołków, pod którymi palił się ogień. W pomieszczeniu zapach bulgoczących cieczy mieszał się ze sobą.
Victoria od razu podeszła do stolika, na którym położyła (równiutko, na samym środku!) wazonik, obróciła go też odrobinę, by stał idealnie, obok położyła czekoladki i wtedy odwróciła się też do Sauriela. Na stoliku leżały też książki, wszystkie równo ułożone i zamknięte. Zresztą w pokoju było kilkanaście ksiąg na półkach.
- Tego lepiej nie tykaj – Lestrange założyła fartuszek, który jeszcze chwilę temu leżał przewieszony przez fotel, zapięła guziczki i podeszła do jednego z kociołków. - To mój eliksir nasenny – oto co tu gotowała. Ale reszta eliksirów wyglądała inaczej, więc spokojnie można było założyć, że nie wszystkie z nich były nasennym, by poradzić sobie z jej bezsennością. - Mam tu jeszcze eliksir odporności na ogień, pozwalający oddychać pod wodą… - zaczęła wymieniać, po czym zatrzymała się i zapatrzyła na Sauriela. - Ciekawe. Czy eliksir odporności na ogień pozwoliłby ci wytrzymać na słońcu – powiedziała i przekrzywiła głowę. Ona tego na ogień nie potrzebowała, ale wolała mieć zapas, w razie gdyby potrzebował go ktoś inny.
Victoria naprawdę miała milion myśli na sekundę w głowie. I miała mnóstwo pomysłów. Jakoś wcześniej jednak nie pomyślała o tym, by połączyć wampira i taki eliksir. Wiaodmo, nie działałby ciagle, tylko określony czas, ale… może…