25.06.2025, 23:20 ✶
Stałem obok Geraldine, oparty o reling, z rękami luźno skrzyżowanymi na piersi, i przysłuchiwałem się rozmowie. Nie miałem dziś ochoty na rozmowy - zresztą, w gronie nieznajomych rzadko kiedy ją miewałem - wolałem słuchać, obserwować. Tylko czasem unosiłem wzrok znad pokładu, gdzieś ponad głowy zgromadzonych, tam, gdzie niebo zlewało się z morzem, a horyzont jaśniał od światła wschodzącego słońca.
Kiedy pojawił się kapitan, odruchowo spojrzałem w jego stronę. Nie wyprostowałem się przesadnie, nie zrobiłem żadnego teatralnego gestu - przez krótką chwilę pozwoliłem sobie przyjrzeć się jego sylwetce, gestom, mimice, podskórnie sprawdzając, czy ten człowiek naprawdę wie, co robi, czy tylko nosi wzniosły tytuł. Wreszcie skinąłem głową - z uznaniem i bez przesady - ponieważ mężczyzna miał w sobie ten rodzaj powściągliwego autorytetu, który rozpoznaje się od razu. Słuchałem go uważnie, tylko lekko poruszyłem brwiami. Sugestia, by wybrać spośród nas kogoś na dowódcę wyprawy - tak, by kapitan formalnie pozostał tylko dowódcą jednostki, ale nie odpowiadał za decyzje na wodach objętych zagrożeniem - była zrozumiała, sensowna, logiczna. Nie był to zły pomysł, ale dopóki nie przeszliśmy do faktycznego rozdzielania ról, nie widziałem sensu, by wtrącać się z moimi spostrzeżeniami dotyczącymi tego, kto powinien objąć jaką rolę. Zarejestrowałem to, przyjąłem do wiadomości, ale nie odezwałem się ani słowem. Dyskusja jeszcze się nie zaczęła, a póki nie przechodziliśmy do konkretów, nie zamierzałem się wtrącać.
Zresztą - odruchowo zanotowałem sobie przy tym jedną rzecz w głowie - zainteresowało mnie, do kogo kapitan mówił, kiedy wspomniał o dowództwie. Zmrużyłem oczy - nie dlatego, że poraziło mnie słońce, ale raczej przez nawyk, oznakę uważnego śledzenia niuansów - McGregory spoglądał głównie na Victorię. Może nie było w tym nic zaskakującego - w końcu była rozpoznawalnym przedstawicielem Ministerstwa, jednak to była akcja z ramienia Artemis, a statek powinien być w dużej mierze kontrolowany przez klub. Jeszcze do chwili wcześniej, to Geraldine, jako zastępczyni głowy Artemis, była tu dla mnie niejako gospodarzem, a Ministerstwo tylko się przyglądało i osłaniało specjalistów takich, jak Laurent i drugi mężczyzna, którego imienia ani roli nie wyłapałem, lecz który wypowiadał się, jak ktoś, kto znał temat.
Czyżby kapitan nie wierzył w łowców, mając więcej zaufania do władz? Wolałem, kiedy ludzie okazywali rzeczy bardziej wprost, ale znałem ten typ sytuacji aż za dobrze. Nie było sensu się nad tym rozwodzić - przynajmniej nie teraz. Zresztą zaraz potem Laurent podjął o wiele ważniejszy temat. Mówił rzeczowo, precyzyjnie, i nawet jeśli nie znałem go zbyt dobrze, to brzmiał jak ktoś, kogo warto słuchać. Nie dodawałem nic od siebie - po prostu nie miałem jeszcze dość danych, ostatnie lata spędziłem daleko od kraju, a teraz, chociaż wracałem, robiłem to raczej bokiem, i wolałem nie wyskakiwać z półwiedzą. Nie miałem dość faktów, by coś dopowiadać, przynajmniej nie teraz, lepiej było słuchać.
Drgnąłem dopiero wtedy, gdy Hestia zwróciła się do mnie w sposób, który odruchowo sprawił, że uniosłem wzrok. Nieznacznie uniosłem kącik ust, gdy poprawiła formę, w jakiej się do mnie zwróciła. Nie lubiłem, gdy mówiono do mnie „pan” - nigdy nie czułem się panem - zdecydowanie wolałem to krótkie „Benjy”. Skwitowałem to spojrzeniem - może bardziej życzliwym, niż zamierzałem, bo przez chwilę coś we mnie drgnęło - nasuwała mi skojarzenie z moją siostrą, sprzed lat, zanim wszystko się posypało. Miałem do niej odruchową sympatię, nawet jeśli do końca nie rozumiałem, czemu to właśnie ją Ministerstwo wysłało na coś takiego, ale skoro tu była, najwyraźniej ktoś uznał, że sobie poradzi... Oby miał rację, bo po wzroku Yaxley - na który mimowolnie odpowiedziałem tym samym spojrzeniem - widziałem, że Geraldine miała te same wnioski.
- S tego, co wiem... - Odezwałem się wreszcie, potwierdzając słowa towarzyszki. Mówiłem spokojnie, neutralnie, z lekkim skinieniem głowy w jej stronę, jakby na znak, że jesteśmy w tej sprawie zgodni. - Statek powinien byś balso dobsze zabespieczony. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym przesunąłem wzrokiem po zebranych, zatrzymując spojrzenie także na kapitanie. - Ale, oczywiście, mogę to dodatkowo splawdziś. W mialę moszliwości, jeśli sądzicie, sze walto. - Na koniec znowu przeniosłem wzrok na Geraldine i kiwnąłem głową - tak, jej wersja była też moją, wyjątkowo.
Kiedy pojawił się kapitan, odruchowo spojrzałem w jego stronę. Nie wyprostowałem się przesadnie, nie zrobiłem żadnego teatralnego gestu - przez krótką chwilę pozwoliłem sobie przyjrzeć się jego sylwetce, gestom, mimice, podskórnie sprawdzając, czy ten człowiek naprawdę wie, co robi, czy tylko nosi wzniosły tytuł. Wreszcie skinąłem głową - z uznaniem i bez przesady - ponieważ mężczyzna miał w sobie ten rodzaj powściągliwego autorytetu, który rozpoznaje się od razu. Słuchałem go uważnie, tylko lekko poruszyłem brwiami. Sugestia, by wybrać spośród nas kogoś na dowódcę wyprawy - tak, by kapitan formalnie pozostał tylko dowódcą jednostki, ale nie odpowiadał za decyzje na wodach objętych zagrożeniem - była zrozumiała, sensowna, logiczna. Nie był to zły pomysł, ale dopóki nie przeszliśmy do faktycznego rozdzielania ról, nie widziałem sensu, by wtrącać się z moimi spostrzeżeniami dotyczącymi tego, kto powinien objąć jaką rolę. Zarejestrowałem to, przyjąłem do wiadomości, ale nie odezwałem się ani słowem. Dyskusja jeszcze się nie zaczęła, a póki nie przechodziliśmy do konkretów, nie zamierzałem się wtrącać.
Zresztą - odruchowo zanotowałem sobie przy tym jedną rzecz w głowie - zainteresowało mnie, do kogo kapitan mówił, kiedy wspomniał o dowództwie. Zmrużyłem oczy - nie dlatego, że poraziło mnie słońce, ale raczej przez nawyk, oznakę uważnego śledzenia niuansów - McGregory spoglądał głównie na Victorię. Może nie było w tym nic zaskakującego - w końcu była rozpoznawalnym przedstawicielem Ministerstwa, jednak to była akcja z ramienia Artemis, a statek powinien być w dużej mierze kontrolowany przez klub. Jeszcze do chwili wcześniej, to Geraldine, jako zastępczyni głowy Artemis, była tu dla mnie niejako gospodarzem, a Ministerstwo tylko się przyglądało i osłaniało specjalistów takich, jak Laurent i drugi mężczyzna, którego imienia ani roli nie wyłapałem, lecz który wypowiadał się, jak ktoś, kto znał temat.
Czyżby kapitan nie wierzył w łowców, mając więcej zaufania do władz? Wolałem, kiedy ludzie okazywali rzeczy bardziej wprost, ale znałem ten typ sytuacji aż za dobrze. Nie było sensu się nad tym rozwodzić - przynajmniej nie teraz. Zresztą zaraz potem Laurent podjął o wiele ważniejszy temat. Mówił rzeczowo, precyzyjnie, i nawet jeśli nie znałem go zbyt dobrze, to brzmiał jak ktoś, kogo warto słuchać. Nie dodawałem nic od siebie - po prostu nie miałem jeszcze dość danych, ostatnie lata spędziłem daleko od kraju, a teraz, chociaż wracałem, robiłem to raczej bokiem, i wolałem nie wyskakiwać z półwiedzą. Nie miałem dość faktów, by coś dopowiadać, przynajmniej nie teraz, lepiej było słuchać.
Drgnąłem dopiero wtedy, gdy Hestia zwróciła się do mnie w sposób, który odruchowo sprawił, że uniosłem wzrok. Nieznacznie uniosłem kącik ust, gdy poprawiła formę, w jakiej się do mnie zwróciła. Nie lubiłem, gdy mówiono do mnie „pan” - nigdy nie czułem się panem - zdecydowanie wolałem to krótkie „Benjy”. Skwitowałem to spojrzeniem - może bardziej życzliwym, niż zamierzałem, bo przez chwilę coś we mnie drgnęło - nasuwała mi skojarzenie z moją siostrą, sprzed lat, zanim wszystko się posypało. Miałem do niej odruchową sympatię, nawet jeśli do końca nie rozumiałem, czemu to właśnie ją Ministerstwo wysłało na coś takiego, ale skoro tu była, najwyraźniej ktoś uznał, że sobie poradzi... Oby miał rację, bo po wzroku Yaxley - na który mimowolnie odpowiedziałem tym samym spojrzeniem - widziałem, że Geraldine miała te same wnioski.
- S tego, co wiem... - Odezwałem się wreszcie, potwierdzając słowa towarzyszki. Mówiłem spokojnie, neutralnie, z lekkim skinieniem głowy w jej stronę, jakby na znak, że jesteśmy w tej sprawie zgodni. - Statek powinien byś balso dobsze zabespieczony. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym przesunąłem wzrokiem po zebranych, zatrzymując spojrzenie także na kapitanie. - Ale, oczywiście, mogę to dodatkowo splawdziś. W mialę moszliwości, jeśli sądzicie, sze walto. - Na koniec znowu przeniosłem wzrok na Geraldine i kiwnąłem głową - tak, jej wersja była też moją, wyjątkowo.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)