26.06.2025, 14:36 ✶
Helloise bez wątpienia była ostatnią osobą, która oceniłaby Dægberhta za to, czy i jak opiekował się swoją córką. Choćby i wyjąć poza równanie wątpliwej jakości sądy moralne czarownicy, zwyczajnie niezbyt ją losy rodziny żeglarza obchodziły. Cóż, jej ograniczony horyzont sięgał niewiele dalej niż własny nos oraz ostatnie drzewo w Dolinie Godryka. Skoro zaś obowiązki ojcowskie nie stanęły Flintowi na drodze ich wspólnej aktywności tego dnia, to i nie istniały dla Heli w ogóle.
Samolubne to rzeczywiście dobre słowo. Nie myślała nigdy o powrocie do domu, zmitologizowała na wzór wizji piekielnych świat magicznych rodów i ich konwenansów, obwarowała się w ustroniu swojej chaty. Było jej tam przecież dobrze. Refleksja: a może to ja jestem problemem? nigdy nie była na tyle gorzką, aby nie zdołała jej zdominować gorzkość płytkiej łyżeczki laudanum. Wystarczyło tych kilkadziesiąt kropelek, żeby utopić przebłyski poczucia winy za problemy przysporzone rodzinie. Myśli wykąpane w opium nigdy nie bolały: lśniły niby boską matczyną łaską dostrajającą umysł do kojącego tętna ziemi, którego podobne drobnostki w najmniejszym stopniu nie zaburzały.
— Skoro nie od Pani Księżyca czerpią, to skądże by indziej? — odpowiedziała niemalże z wyrzutem, że coś takiego zasugerował. Nie podobała się Helloise idea, że coś mogłoby Bogini umykać czy wręcz odbywać się wbrew niej. — Myślisz, że to kwiat z ludzkiego bluźnierstwa? — Bo już poprzedniego dnia podobna myśl przeszła jej w tym miejscu przez głowę. Czarownica szukała w czarnych płatkach ręki człowieka, lecz nie śmiała przypuszczać, że ten potencjalny gwałt na przyrodzie mógłby się odbywać poza wszechogarniającym oglądem Bogini.
Trudno było jednakże zaprzeczyć temu nasuwającemu się obojgu wrażeniu agresji w intensywności, z jaką czarne róże rozpleniły się po Maida Vale. Również Hela widziała w nich znamiona chwastu, lecz nie usuwało to jej współczucia dla tego urokliwego czarnego drapieżcy. Jakakolwiek siła powołała go do życia, od razu oblekła go w żałobę, jakby już w chwili narodzin skazano go na koniec. Helloise nie wątpiła, że jeśli kwiat rozpanoszy się zbyt szeroko, zarząd ogrodu podejmie kroki, aby go wyplenić.
Tknięta żalem płynącym z tej wizji uklękła obok Flinta, aby przyjrzeć się oglądanej przez niego róży.
— Nie są tu na miejscu, masz rację. Znajdzie się wkrótce ktoś, kto uzna je za szkodnika... lecz skoro są tak rzadkie, szkoda by było, aby je całkiem wyplenili. — Rozsunęła palcami łodyżki ciężkie od czarnych główek, szukając czegoś pośród zielonych pędów, poniżej kwiatu. — A gdyby się nimi odpowiednio zająć, dać im spokojne miejsce w izolacji… — rozmarzyła się, w wyobraźni już dobierając im donice ze swojego składu.
Cofnęła jednak ręce, zanim wybrała łodyżkę najodpowiedniejszą do wycięcia i rozmnożenia krzewu. Na niewielu rzeczach zależało Helloise tak, jak zależało jej na swoim ogrodzie i terenach wokół. Choć więc co do zasady głęboko wierzyła w swoje możliwości, to biohazard z gatunkiem, który z dnia na dzień zainfekował całe Maida Vale według nieznanego mechanizmu, był krokiem zbyt ryzykownym nawet dla jej standardów.
— Może kiedyś… — wstała powoli zamyślona, gotowa iść dalej — kiedyś zabiorę którąś do siebie.
Samolubne to rzeczywiście dobre słowo. Nie myślała nigdy o powrocie do domu, zmitologizowała na wzór wizji piekielnych świat magicznych rodów i ich konwenansów, obwarowała się w ustroniu swojej chaty. Było jej tam przecież dobrze. Refleksja: a może to ja jestem problemem? nigdy nie była na tyle gorzką, aby nie zdołała jej zdominować gorzkość płytkiej łyżeczki laudanum. Wystarczyło tych kilkadziesiąt kropelek, żeby utopić przebłyski poczucia winy za problemy przysporzone rodzinie. Myśli wykąpane w opium nigdy nie bolały: lśniły niby boską matczyną łaską dostrajającą umysł do kojącego tętna ziemi, którego podobne drobnostki w najmniejszym stopniu nie zaburzały.
— Skoro nie od Pani Księżyca czerpią, to skądże by indziej? — odpowiedziała niemalże z wyrzutem, że coś takiego zasugerował. Nie podobała się Helloise idea, że coś mogłoby Bogini umykać czy wręcz odbywać się wbrew niej. — Myślisz, że to kwiat z ludzkiego bluźnierstwa? — Bo już poprzedniego dnia podobna myśl przeszła jej w tym miejscu przez głowę. Czarownica szukała w czarnych płatkach ręki człowieka, lecz nie śmiała przypuszczać, że ten potencjalny gwałt na przyrodzie mógłby się odbywać poza wszechogarniającym oglądem Bogini.
Trudno było jednakże zaprzeczyć temu nasuwającemu się obojgu wrażeniu agresji w intensywności, z jaką czarne róże rozpleniły się po Maida Vale. Również Hela widziała w nich znamiona chwastu, lecz nie usuwało to jej współczucia dla tego urokliwego czarnego drapieżcy. Jakakolwiek siła powołała go do życia, od razu oblekła go w żałobę, jakby już w chwili narodzin skazano go na koniec. Helloise nie wątpiła, że jeśli kwiat rozpanoszy się zbyt szeroko, zarząd ogrodu podejmie kroki, aby go wyplenić.
Tknięta żalem płynącym z tej wizji uklękła obok Flinta, aby przyjrzeć się oglądanej przez niego róży.
— Nie są tu na miejscu, masz rację. Znajdzie się wkrótce ktoś, kto uzna je za szkodnika... lecz skoro są tak rzadkie, szkoda by było, aby je całkiem wyplenili. — Rozsunęła palcami łodyżki ciężkie od czarnych główek, szukając czegoś pośród zielonych pędów, poniżej kwiatu. — A gdyby się nimi odpowiednio zająć, dać im spokojne miejsce w izolacji… — rozmarzyła się, w wyobraźni już dobierając im donice ze swojego składu.
Cofnęła jednak ręce, zanim wybrała łodyżkę najodpowiedniejszą do wycięcia i rozmnożenia krzewu. Na niewielu rzeczach zależało Helloise tak, jak zależało jej na swoim ogrodzie i terenach wokół. Choć więc co do zasady głęboko wierzyła w swoje możliwości, to biohazard z gatunkiem, który z dnia na dzień zainfekował całe Maida Vale według nieznanego mechanizmu, był krokiem zbyt ryzykownym nawet dla jej standardów.
— Może kiedyś… — wstała powoli zamyślona, gotowa iść dalej — kiedyś zabiorę którąś do siebie.
dotknij trawy