Bogowie Morpheusa zawsze byli bóstwami okrutnymi.
Pełna zazdrości Atena, która przemieniła Arachne w pająka, by nie dopuścić do tego, aby śmiertelnik tkał piękniejsze materiały od niej. Całun pogrzebowy przygotowany pod jej okiem miałby w sobie każdą tragedię wyrysowaną czernią i pomarańczem tradycyjnych waz. Był Hefajstos, bóg ognia, którego dzieci to zdeformowani cyklopi, niewolnicy jego kuźni, Mildred, Ambrosia, Alexander. Nie jego własne, nie prawdziwie. Przygarnięte i nieszczególnie oddane. Był Apollo, najokrutniejszy z nich, przypominający o słonecznej młodości, pieśń nad pieśniami, słońce które pali. I ostatecznie bóstwo, którego imienia nie wypowiadał nawet w głowie, jeśli nie był sam. Vasilij. Prywatny bóg, który przyjmował formę cielesną, a przy tym nie mniej odległą. Bóg burzy w szklance, długich szyfrów, świętej geometrii, zimnych dłoni i kompletnego szaleństwa.
— To go kurwa odgryź, teraz! — warknął Morpheus, wyciągając w stronę Vasilija rękę. Tak rzadko przeklinał, że w końcu emocje uciekły w płomiennej emfazie wulgarnego słowa. I wszystko w twarzy Morpheusa mówiło, że by mu na to pozwolił, zagryźć zęby na skórze, przebić ją, jego krew pomalowałaby usta Vasilija na dziwkarską czerwień, a chrząstki chrupnęły między zębami, jak szkiełka z fałszywych diamentów. — Bo bałem się właśnie tego! Raz ta sama treść to kartka z sennika, a innym razem list miłosny. Bo miłość czyni mnie idiotą, który zrobiłby dla ciebie wszystko! Myślisz, że nigdy nie próbowałem cofnąć czasu? I co, przyjąłbyś moje przepraszam z uśmiechem, gdybym ci powiedział, tak, cofniemy czas, ale Lyssa nigdy się nie urodzi? Że wrócisz do punktu zero, bez Praw Czasu, fanów, asystentów, pieniędzy? Oczywiście, że je podpiszę, oczywiście, że zwiążę się z tobą układem, bo... Vasilij? — przerwał swój równie sfrustrowany monolog, patrząc najpierw na rękę Dolohova, a następnie na kieliszek, do którego wpadło to coś. Ton nagle się zmienił, jak obrócona moneta, z wypluwania z siebie zgagi pragnienia i zakazu, do łagodnej troski. I tak, jak żaden z nich nie wyciągnął różdżki, bo nawet obrażając siebie, gnębiąc, nie zniżali się do ataków magicznych, teraz całe ciało Morpheusa się spięło, a w dłoni pojawiła się cisowa różdżka. Podniósł się gwałtownie, krzesło, na którym siedział, uderzyło zbyt głośno o posadzkę. W tym momencie przestało mieć znaczenie dlaczego na jakimkolwiek poziomie.
Morpheus spojrzał w górę i sam syknął, momentalnie otrzepując policzek, gdy w powietrzu rozwinął się gryzący zapach palonych włosów. Wyminął stolik i stanął obok drugiego mężczyzny, odruchowo przyjmując obronną pozycję, jak pies warujący, czekający albo na rozkaz, albo na zagrożenie. Czwarty płatek opadł na serwetkę, która obudziła się na chwilę ogniem, ale zaraz zgasła. Tkanina nie pali się tak szybko, jak papier.
— Nie, nie, nie... Nie teraz, nie. — Morpheus zbladł. Rzeczywiście zbladł, nawet jego oliwkowa karnacja, przybrudzona egipskim słońcem kilka dni temu, nie mogła nie oddać wrażenia odpływającej z twarzy krwi. Serce w klatce piersiowej Longbottoma, a co za tym idzie astrolabium w żołądku Vasilija rozpoczęło paniczny taniec. Jeśli wcześniej wyglądał, jak ktoś, komu brakuje piątek klepki, teraz białka oczu błyskały kontrastem z ciemnymi źrenicami, jak wzrok zwierzęcia zamkniętego w klatce. Oczy obłąkańca. — To miała być jesień, nie teraz, jeszcze jest lato. Nie. Nie. O czym była twoja wizja w Lammas, Vasilij?
Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, całość drżała w pudle rezonansowym jego ciała, coraz ciszej i ciszej. Płomień w środku przygasł, a on obawiał się najgorszego.