Magia oplotła spadającą belkę niewidzialną dłonią, na całe zresztą szczęście, bo Aidan i mężczyzna już zbliżali się do schodów. Victoria skierowała dłoń z różdżką jak najdalej od nich, a następnie delikatnym gestem osadziła belkę na podłodze, bez impetu, który ta – spadająca – nabierała wcześniej. Nie był to jednak koniec, bo zaraz na sapnięcie Aidana podbiegła do nich, by pomóc im zejść po schodach, co nie było takie łatwe z ranną nogą nieznajomego mężczyzny, ale we dwójkę, dwójka Parkinsonów jakoś sobie poradziła.
I za chwilę już w trójkę, wytoczyli się z płonącego budynku. Victoria cały czas starała się ich asekurować, mając wolną jedną, wiodącą dłoń dzierżącą różdżkę.
Odetchnęła dopiero, gdy zrobili kilka kroków od progu, już na ulicę. Odwróciła się wtedy gwałtownie, cała spięta, słysząc kolejne trzaski, gotując się na to, że zaraz coś się na nich zawali w syku i rygu ognia… lecz nic takiego się nie stało. Dopiero po chwili podeszła do kobiety, która poprosiła ich o pomoc i mężczyzny, którego dopiero co wyciągnęli z tej płonącej pułapki. O ile trudniej by było, gdyby nie krew płynąca w ich żyłach…
Victoria wiedziała już, że to nie będzie pierwszy dom, do którego dzisiaj wejdzie, by wyciągnąć stamtąd ludzi.
– Nie ma za co. Pani ojciec potrzebuje pomocy medycznej, mówił, że chyba złamał nogę – powiedziała do dziewczyny na wydechu, próbując zaraz zaczerpnąć powietrze. Niewiele więcej mogli tutaj pomóc tak naprawdę. Zresztą zaraz złapała Aidana za nadgarstek i pociągnęła go kilka kroków dalej.
– Dobra robota – rzuciła, przyglądając się mu znowu, jak ta starsza siostra, szukając oznak, że coś mu się stało po drodze. Nie stało. – I dzięki za pomoc tam na schodach – wcześniej, gdy się potknęła a wszystko płonęło.
Noc była jeszcze młoda, a wiele osób potrzebowało pomocy. Dlatego nie stali długo w miejscu.