26.06.2025, 21:15 ✶
Nie dało się ukryć, że w towarzystwie składającym się z takich a nie innych osób bywało...
...różnie. Naprawdę różnie. Szczególnie, gdy w grę wchodziło spędzanie ze sobą naprawdę dużych ilości czasu w okresie szkolnym. Zwłaszcza w przypadku tej części ze zgromadzonych, która dzieliła dormitorium, czyli poniekąd większości zamieszanych w to, co działo się w tej chwili.
Jedynie Elias trzymał się nieco z boku, choć Roise nie bez zaniepokojenia dostrzegł, że to też właśnie zaczęło ulegać zmianie. I to bardzo, bardzo dosłownej.
No cóż. Czemu się dziwić? Ten wieczór zdecydowanie wymknął się wszystkim spod kontroli. Tyle tylko, że nie w tym dobrym sensie. Nie tak jak zazwyczaj. Nie. To był jeden wielki narastający pierdolnik.
Różnice w charakterach i w wychowaniu, odrębne światopoglądy, prywatne doświadczenia i pobudki. Cała masa naprawdę różnorakich czynników a oni jakimś cudem jeszcze dalej trzymali się ze sobą nawzajem. Czyżby do tej nocy? Czy to, co miało miejsce, rzeczywiście mogło być gwoździem do trumny, którą nieświadomie zbijali przez lata? Do masowej mogiły? Zawsze udawało im się dojść do porozumienia. Czasami prędzej, czasem później, jednak nie dało się nie dostrzec, w jaki sposób tym razem eskalowała cała sytuacja. Zdecydowanie wykroczyła bowiem poza ich standardową grupę, teraz dotyczyła już znacznie szerszego grona ludzi.
Ich ludzi. Jego ludzi. Ludzi Ambroisa i...
...co dodatkowo nadawało temu większe znaczenie...
...planów, jakie miał wobec nich. Wizji nie tylko na początek wieczoru. Nie tyle na rozwój ogniska. Nawet nie na następne godziny bądź też dni, ale wręcz na lata. Długofalowych założeń i zamiarów, jakie miał Greengrass. A które właśnie zaczęły walić się niczym domek z kart. Choć w jego przypadku, być może naturalniej byłoby przyrównać to do zamku z piasku, który nie miał dotrwać do końca dnia.
Jednakże Roise nie czuł się jak król. Nad niczym nie panował. Już nie. Nie teraz. Nie w tej chwili. Jeszcze zaledwie kilka godzin wcześniej miał wrażenie, że może podbić świat. Wszystko zaczęło się układać, zmierzało ku dobremu, nawet jeśli świat dookoła nich temu nie sprzyjał. Patrząc na to, co działo się tuż przed jego oczami, teraz czuł jednak głównie chęć rwania włosów na głowie. Nie, nie z powodu załamania. Po to, aby nie zrobić nic gorszego.
Naprawdę próbował zapanować nad narastającą frustracją. Nad wrażeniem, że kolejny raz utracił kontrolę nad czymś, co miało dla niego cholernie dużo znaczenia. Ba! Że ktoś mu ją odebrał. Ktoś, kto był dla niego ważny. Kogo traktował jak rodzonego brata i komu zaufał w tak wielu kwestiach. Obecnie coraz bardziej dochodząc do wniosku, że niesłusznie.
Sam nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął nerwowo obracać sygnet na palcach, nieświadomie ciskając gromami z oczu w kierunku współtwórcy zamieszania.
Tak, nie zapomniał o swoim udziale w całym tym przedstawieniu. Za to Romulus najwyraźniej zrobił coś zupełnie przeciwnego, całkowicie ignorując fakt, że to Greengrass, nie Bletchley, odpowiadał za podniebny pokaz prowadzący do spektakularnego upadku na leżaki i wszystkiego, co wydarzyło się dalej.
Naprawdę usiłował wyglądać spokojnie. Starał się pamiętać, z kim ma do czynienia. Wewnątrz własnego umysłu powtarzał sobie, że przecież nie raz, nie dwa dochodziło do absurdalnych sytuacji i jeszcze wszystko mogło wrócić na właściwe tory. Wystarczyło tylko, żeby każdy tutaj tego chciał.
Tyle tylko, że nawet on nie miał w sobie aż takich pokładów...
...no, właśnie...
...czego? Nie był to bowiem optymizm. Nie była to ślepa wiara. Nie do końca byłaby to akceptacja, tak naprawdę czegokolwiek. Nie wyparcie. Krótko mówiąc: czymkolwiek by to nie było, Roise tego nie miał. Nie w sobie. I nie zamierzał mieć. Szczególnie w momencie, w którym to i tak zupełnie nic by nie zmieniło.
Nikt inny najwyraźniej też nie zamierzał wykazywać się nadmiernymi chęciami dalszego ratowania sytuacji. Przynajmniej nie do tego momentu. Romulus zemdlał, skrzaty zawinęły się ze świniakiem. Ognisko nadal płonęło jasnym, niemalże karykaturalnie trzaskającym, ciepłym płomieniem. Roise stał całkiem daleko od ognia, ale w tym momencie było mu aż nazbyt gorąco.
Sam nie wiedział, ile czasu stał w miejscu tuż obok Geraldine, oczekując... ...chuj wie, czego tak właściwie. Może zresztą tak było lepiej? No cóż. Wszystkie oczekiwania, jakie miał do tej pory, tąpnęły. Sięgnęły dna. Zupełnie tak jak atmosfera. Nie, nie było już czego ratować.
Wystarczyło jedno przelotne spojrzenie w kierunku każdego z uczestników ogniska, by Ambroise obrócił się na pięcie, sięgając nie po jedną a po trzy butelki mocniejszego alkoholu i posyłając wymowne spojrzenie w kierunku Yaxleyówny.
- Idziemy? - Rzucił krótko, używając przy tym możliwie jak najbardziej opanowanego tonu, co w rzeczywistości wyszło mu dosyć umiarkowanie.
Nawet nie próbował rozwijać tematu. Nie usiłował pokrzepiać nikogo z otoczenia, co zresztą nie byłoby w jego naturze. Nie przejął się także koniecznością wygaszania ogniska ani niczym, co zostało przygotowane. Po namyśle odchrząknął tylko pod nosem, kiwając głową w stronę stołu z jedzeniem.
- Weźmiesz? - Spytał, wskazując podbródkiem na dosyć niewiele mówiący pakunek.
Mięsny jeż. Ich naczelne danie. Ich wersja tortu przeznaczonego na celebrację czegoś, co właśnie brało w łeb. Był wściekły, poirytowany, naprawdę zły. Robiąc dwa kroki w kierunku ścieżki, zatrzymał się w oczekiwaniu aż Geraldine zgarnie niedoszły hit wieczoru i będą mogli opuścić towarzystwo. Nie żegnał się. Po prawdzie, nie chciał zbyt wiele mówić. Nie dlatego, że obawiał się, że coś palnie (umówmy się: nie dało się bardziej zjebać), lecz przez to, że nadal usiłował zachować jakąkolwiek klasę. Nawet w obliczu całego tego cyrku.
...różnie. Naprawdę różnie. Szczególnie, gdy w grę wchodziło spędzanie ze sobą naprawdę dużych ilości czasu w okresie szkolnym. Zwłaszcza w przypadku tej części ze zgromadzonych, która dzieliła dormitorium, czyli poniekąd większości zamieszanych w to, co działo się w tej chwili.
Jedynie Elias trzymał się nieco z boku, choć Roise nie bez zaniepokojenia dostrzegł, że to też właśnie zaczęło ulegać zmianie. I to bardzo, bardzo dosłownej.
No cóż. Czemu się dziwić? Ten wieczór zdecydowanie wymknął się wszystkim spod kontroli. Tyle tylko, że nie w tym dobrym sensie. Nie tak jak zazwyczaj. Nie. To był jeden wielki narastający pierdolnik.
Różnice w charakterach i w wychowaniu, odrębne światopoglądy, prywatne doświadczenia i pobudki. Cała masa naprawdę różnorakich czynników a oni jakimś cudem jeszcze dalej trzymali się ze sobą nawzajem. Czyżby do tej nocy? Czy to, co miało miejsce, rzeczywiście mogło być gwoździem do trumny, którą nieświadomie zbijali przez lata? Do masowej mogiły? Zawsze udawało im się dojść do porozumienia. Czasami prędzej, czasem później, jednak nie dało się nie dostrzec, w jaki sposób tym razem eskalowała cała sytuacja. Zdecydowanie wykroczyła bowiem poza ich standardową grupę, teraz dotyczyła już znacznie szerszego grona ludzi.
Ich ludzi. Jego ludzi. Ludzi Ambroisa i...
...co dodatkowo nadawało temu większe znaczenie...
...planów, jakie miał wobec nich. Wizji nie tylko na początek wieczoru. Nie tyle na rozwój ogniska. Nawet nie na następne godziny bądź też dni, ale wręcz na lata. Długofalowych założeń i zamiarów, jakie miał Greengrass. A które właśnie zaczęły walić się niczym domek z kart. Choć w jego przypadku, być może naturalniej byłoby przyrównać to do zamku z piasku, który nie miał dotrwać do końca dnia.
Jednakże Roise nie czuł się jak król. Nad niczym nie panował. Już nie. Nie teraz. Nie w tej chwili. Jeszcze zaledwie kilka godzin wcześniej miał wrażenie, że może podbić świat. Wszystko zaczęło się układać, zmierzało ku dobremu, nawet jeśli świat dookoła nich temu nie sprzyjał. Patrząc na to, co działo się tuż przed jego oczami, teraz czuł jednak głównie chęć rwania włosów na głowie. Nie, nie z powodu załamania. Po to, aby nie zrobić nic gorszego.
Naprawdę próbował zapanować nad narastającą frustracją. Nad wrażeniem, że kolejny raz utracił kontrolę nad czymś, co miało dla niego cholernie dużo znaczenia. Ba! Że ktoś mu ją odebrał. Ktoś, kto był dla niego ważny. Kogo traktował jak rodzonego brata i komu zaufał w tak wielu kwestiach. Obecnie coraz bardziej dochodząc do wniosku, że niesłusznie.
Sam nie wiedział, kiedy dokładnie zaczął nerwowo obracać sygnet na palcach, nieświadomie ciskając gromami z oczu w kierunku współtwórcy zamieszania.
Tak, nie zapomniał o swoim udziale w całym tym przedstawieniu. Za to Romulus najwyraźniej zrobił coś zupełnie przeciwnego, całkowicie ignorując fakt, że to Greengrass, nie Bletchley, odpowiadał za podniebny pokaz prowadzący do spektakularnego upadku na leżaki i wszystkiego, co wydarzyło się dalej.
Naprawdę usiłował wyglądać spokojnie. Starał się pamiętać, z kim ma do czynienia. Wewnątrz własnego umysłu powtarzał sobie, że przecież nie raz, nie dwa dochodziło do absurdalnych sytuacji i jeszcze wszystko mogło wrócić na właściwe tory. Wystarczyło tylko, żeby każdy tutaj tego chciał.
Tyle tylko, że nawet on nie miał w sobie aż takich pokładów...
...no, właśnie...
...czego? Nie był to bowiem optymizm. Nie była to ślepa wiara. Nie do końca byłaby to akceptacja, tak naprawdę czegokolwiek. Nie wyparcie. Krótko mówiąc: czymkolwiek by to nie było, Roise tego nie miał. Nie w sobie. I nie zamierzał mieć. Szczególnie w momencie, w którym to i tak zupełnie nic by nie zmieniło.
Nikt inny najwyraźniej też nie zamierzał wykazywać się nadmiernymi chęciami dalszego ratowania sytuacji. Przynajmniej nie do tego momentu. Romulus zemdlał, skrzaty zawinęły się ze świniakiem. Ognisko nadal płonęło jasnym, niemalże karykaturalnie trzaskającym, ciepłym płomieniem. Roise stał całkiem daleko od ognia, ale w tym momencie było mu aż nazbyt gorąco.
Sam nie wiedział, ile czasu stał w miejscu tuż obok Geraldine, oczekując... ...chuj wie, czego tak właściwie. Może zresztą tak było lepiej? No cóż. Wszystkie oczekiwania, jakie miał do tej pory, tąpnęły. Sięgnęły dna. Zupełnie tak jak atmosfera. Nie, nie było już czego ratować.
Wystarczyło jedno przelotne spojrzenie w kierunku każdego z uczestników ogniska, by Ambroise obrócił się na pięcie, sięgając nie po jedną a po trzy butelki mocniejszego alkoholu i posyłając wymowne spojrzenie w kierunku Yaxleyówny.
- Idziemy? - Rzucił krótko, używając przy tym możliwie jak najbardziej opanowanego tonu, co w rzeczywistości wyszło mu dosyć umiarkowanie.
Nawet nie próbował rozwijać tematu. Nie usiłował pokrzepiać nikogo z otoczenia, co zresztą nie byłoby w jego naturze. Nie przejął się także koniecznością wygaszania ogniska ani niczym, co zostało przygotowane. Po namyśle odchrząknął tylko pod nosem, kiwając głową w stronę stołu z jedzeniem.
- Weźmiesz? - Spytał, wskazując podbródkiem na dosyć niewiele mówiący pakunek.
Mięsny jeż. Ich naczelne danie. Ich wersja tortu przeznaczonego na celebrację czegoś, co właśnie brało w łeb. Był wściekły, poirytowany, naprawdę zły. Robiąc dwa kroki w kierunku ścieżki, zatrzymał się w oczekiwaniu aż Geraldine zgarnie niedoszły hit wieczoru i będą mogli opuścić towarzystwo. Nie żegnał się. Po prawdzie, nie chciał zbyt wiele mówić. Nie dlatego, że obawiał się, że coś palnie (umówmy się: nie dało się bardziej zjebać), lecz przez to, że nadal usiłował zachować jakąkolwiek klasę. Nawet w obliczu całego tego cyrku.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down