26.06.2025, 23:27 ✶
Wpatrywałem się w ciemność - we wrzosowisko, gasnącą łunę światła za horyzontem, w tę rozmazaną plamę, gdzie niebo stykało się z ziemią, i próbowałem przetrawić to wszystko, co się wydarzyło. Próbowałem uspokoić ten syf w głowie, ale im bardziej się starałem, tym bardziej czułem, że to nie odpuszcza. Przez chwilę milczałem, pozwalając, żeby dźwięki nocy wypełniły przestrzeń między nami - ognisko trzaskało cicho, rozpryskując drobne iskry, w oddali słychać było szelest liści. Wszystko to zdawało się spokojniejsze, mniej palące, niż to, co jeszcze siedziało w mojej piersi.
Teraz liczyło się tylko jedno - zrobić to, co trzeba, poskładać resztki tej poronionej nocy do kupy, i ruszyć dalej, nawet jeśli z ciężkim sercem i głową pełną nieprzyjemnych myśli. Nie żałowałem interwencji. Stanąłem po stronie Prue, bo to była jedyna rozsądna rzecz, jaką mogłem zrobić. Kto jak kto, ale ja wiedziałem, że Romulus nie miał prawa zachowywać się jak mały kutas, zwłaszcza wobec kogoś, kogo mógł nie lubić, ale powinien szanować, jako gościa Corneliusa. Nie robił tego, więc konfrontacja była nieunikniona, i jeśli trzeba byłoby zrobić - zainterweniować - to jeszcze raz, zrobiłbym bez mrugnięcia okiem. Nawet po tym, co mi zrobił.
Życie toczyło się dalej, a ja półeżałem, próbując pozbierać się z tego bałaganu emocji i myśli, które mąciły mi w głowie. Patrzyłem w dal - w to, co miało być dalekim, nieco rozmazanym tłem wieczoru, ogniska, gwiazd, kształtów rozmytych w półmroku. Wewnętrznie wrzałem, z całych sił trzymając się, żeby nie eksplodować, nie zacząć wyrzucać z siebie wszystkiego, co zebrało się w środku. Potrzebowałem tego czasu, tej przestrzeni, którą Prudence tak rozważnie i cicho mi dała. Nie dlatego, że czułem się teraz słaby - wręcz przeciwnie - bezradność odpuszczała. Po prostu było coś w tym, jak bardzo nie chciałem zaprzepaścić wszystkiego, co zaczęło się powoli tworzyć między nami.
Nie wiedziałem, ile minęło do momentu, gdy kątem oka dostrzegłem ruch - Geraldine i Ambroise przemieszczali się powoli, prowadzili rozmowę, najwidoczniej postanawiając, czy powinni się oddalić. To wystarczyło, żebym w końcu postanowił ruszyć się z miejsca. Powoli podniosłem się z ziemi, zaciskając mocniej zęby i prostując plecy. Kilka kroków wystarczyło, żeby znaleźć się obok Prudence. Wyciągnąłem rękę, by dotknąć jej ramienia, delikatnie, bez słowa - w tej chwili nie potrzebowaliśmy gadania. Byłem gotowy... Gotowy podnieść się z trawy - już tylko metaforycznie - wyprostować plecy - dosłownie - i ruszyć dalej z tym, co było, i z tym, co miało nadejść, bo na pieprzenie o tym, jak powinno być nie miałem dziś siły. Czułem, jak fala napięcia powoli opada, chociaż nie znikła - to nie była sprawa jednego wieczoru, jednego incydentu, to był ciąg zdarzeń, które wypalały coś w środku, a może i na zewnątrz.
- Zbielamy szię? - Już bez zbędnego szeptania, zapytałem normalnym tonem, z lekka zachrypniętym. Nie obchodziło mnie, kto usłyszy - co Elias o tym pomyśli, ani Cornelius, ani Ambroise, ani Geraldine, ani ten pojebany, przemocowy manipulant, którego jeszcze rano nazywałem przyjacielem - jeśli ktoś miał z tym problem, to mógł się nim udławić. W głębi duszy miałem gdzieś, co sobie uznają inni, czy to, że przyznaję się do tego, iż coś między nami jest. Teraz liczyło się tylko jedno - by wyrwać się z tego miejsca, zanim coś znów wybuchnie i będzie za późno na naprawę nie jednej, a kilku relacji.
To, co miało być dalej, zależało już od niej - no - od nas obojga, ale ja miałem dość tej całej szopki i postanowiłem to zasygnalizować. Potrzebowałem spokoju, ona też. Mogliśmy odzyskać go wspólnie, czy osobno - to niby nie miało znaczenia, lecz bez wątpienia byłoby miło nie kończyć wieczoru zupełnie samotnie. Nie chodziło o to, żeby być miłym i zostać tu na siłę, ani o to, żeby wywołać kolejną kłótnię albo rozmowę, która niczego nie zmieni. Po prostu chciałem ruszyć dalej, zamknąć ten rozdział i zrobić miejsce na coś, co chociaż trochę przypominało spokój. Musieliśmy się jakoś ogarnąć, a nie ciągnąć ten rozpierdol w nieskończoność. Niektóre granice należało ustalić na nowo, inne miały przestać istnieć, kolejne - dopiero się pojawić. Do tej pory wszyscy trzymaliśmy się pewnych reguł gry, a ja miałem swoje powody, by trzymać się z dala od publicznej manifestacji jakichkolwiek uczuć, ale to, co się stało - konfrontacja z Romulusem, jego atak - to nie było coś, co można by zignorować albo wymazać milczeniem. Stanąłem po stronie Prudence - po jej stronie, nie po stronie idiotycznych dramatów, manipulacji i rozlewu pretensji, i zrobiłbym to jeszcze raz, bez wahania. Tak jak wyszedłbym stąd razem, pod ramię, gdyby tylko wyraziła ochotę.
Teraz liczyło się tylko jedno - zrobić to, co trzeba, poskładać resztki tej poronionej nocy do kupy, i ruszyć dalej, nawet jeśli z ciężkim sercem i głową pełną nieprzyjemnych myśli. Nie żałowałem interwencji. Stanąłem po stronie Prue, bo to była jedyna rozsądna rzecz, jaką mogłem zrobić. Kto jak kto, ale ja wiedziałem, że Romulus nie miał prawa zachowywać się jak mały kutas, zwłaszcza wobec kogoś, kogo mógł nie lubić, ale powinien szanować, jako gościa Corneliusa. Nie robił tego, więc konfrontacja była nieunikniona, i jeśli trzeba byłoby zrobić - zainterweniować - to jeszcze raz, zrobiłbym bez mrugnięcia okiem. Nawet po tym, co mi zrobił.
Życie toczyło się dalej, a ja półeżałem, próbując pozbierać się z tego bałaganu emocji i myśli, które mąciły mi w głowie. Patrzyłem w dal - w to, co miało być dalekim, nieco rozmazanym tłem wieczoru, ogniska, gwiazd, kształtów rozmytych w półmroku. Wewnętrznie wrzałem, z całych sił trzymając się, żeby nie eksplodować, nie zacząć wyrzucać z siebie wszystkiego, co zebrało się w środku. Potrzebowałem tego czasu, tej przestrzeni, którą Prudence tak rozważnie i cicho mi dała. Nie dlatego, że czułem się teraz słaby - wręcz przeciwnie - bezradność odpuszczała. Po prostu było coś w tym, jak bardzo nie chciałem zaprzepaścić wszystkiego, co zaczęło się powoli tworzyć między nami.
Nie wiedziałem, ile minęło do momentu, gdy kątem oka dostrzegłem ruch - Geraldine i Ambroise przemieszczali się powoli, prowadzili rozmowę, najwidoczniej postanawiając, czy powinni się oddalić. To wystarczyło, żebym w końcu postanowił ruszyć się z miejsca. Powoli podniosłem się z ziemi, zaciskając mocniej zęby i prostując plecy. Kilka kroków wystarczyło, żeby znaleźć się obok Prudence. Wyciągnąłem rękę, by dotknąć jej ramienia, delikatnie, bez słowa - w tej chwili nie potrzebowaliśmy gadania. Byłem gotowy... Gotowy podnieść się z trawy - już tylko metaforycznie - wyprostować plecy - dosłownie - i ruszyć dalej z tym, co było, i z tym, co miało nadejść, bo na pieprzenie o tym, jak powinno być nie miałem dziś siły. Czułem, jak fala napięcia powoli opada, chociaż nie znikła - to nie była sprawa jednego wieczoru, jednego incydentu, to był ciąg zdarzeń, które wypalały coś w środku, a może i na zewnątrz.
- Zbielamy szię? - Już bez zbędnego szeptania, zapytałem normalnym tonem, z lekka zachrypniętym. Nie obchodziło mnie, kto usłyszy - co Elias o tym pomyśli, ani Cornelius, ani Ambroise, ani Geraldine, ani ten pojebany, przemocowy manipulant, którego jeszcze rano nazywałem przyjacielem - jeśli ktoś miał z tym problem, to mógł się nim udławić. W głębi duszy miałem gdzieś, co sobie uznają inni, czy to, że przyznaję się do tego, iż coś między nami jest. Teraz liczyło się tylko jedno - by wyrwać się z tego miejsca, zanim coś znów wybuchnie i będzie za późno na naprawę nie jednej, a kilku relacji.
To, co miało być dalej, zależało już od niej - no - od nas obojga, ale ja miałem dość tej całej szopki i postanowiłem to zasygnalizować. Potrzebowałem spokoju, ona też. Mogliśmy odzyskać go wspólnie, czy osobno - to niby nie miało znaczenia, lecz bez wątpienia byłoby miło nie kończyć wieczoru zupełnie samotnie. Nie chodziło o to, żeby być miłym i zostać tu na siłę, ani o to, żeby wywołać kolejną kłótnię albo rozmowę, która niczego nie zmieni. Po prostu chciałem ruszyć dalej, zamknąć ten rozdział i zrobić miejsce na coś, co chociaż trochę przypominało spokój. Musieliśmy się jakoś ogarnąć, a nie ciągnąć ten rozpierdol w nieskończoność. Niektóre granice należało ustalić na nowo, inne miały przestać istnieć, kolejne - dopiero się pojawić. Do tej pory wszyscy trzymaliśmy się pewnych reguł gry, a ja miałem swoje powody, by trzymać się z dala od publicznej manifestacji jakichkolwiek uczuć, ale to, co się stało - konfrontacja z Romulusem, jego atak - to nie było coś, co można by zignorować albo wymazać milczeniem. Stanąłem po stronie Prudence - po jej stronie, nie po stronie idiotycznych dramatów, manipulacji i rozlewu pretensji, i zrobiłbym to jeszcze raz, bez wahania. Tak jak wyszedłbym stąd razem, pod ramię, gdyby tylko wyraziła ochotę.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)