27.06.2025, 08:00 ✶
Zaciągnął się papierosem, zerkając na Scarlett. To była miła odmiana, że nie szczebiotała jak jakiś ptaszek i nie pierdoliła głupot, szczególnie w obliczu zagrożenia. Wydawała się skołowana, owszem, ale nie zachowywała się jak większość panien z Londynu. Nazwisko Mulciber wiele mu mówiło, ale podskórnie czuł, że ta kobieta nie jest stąd. Może to jej akcent, a może wygląd... Wyglądała surowo, jakby była z północy.
- Oczywiście, że zamierzam go szukać - odpowiedział tak, jakby opowiadał jej o tym, co zjadł na śniadanie. Jajecznicę, tak swoją drogą. - A ty nie? Chociaż w sumie pewnie masz do obskoczenia swoją rodzinę, prawda?
Baldwin Baldwinem, ale teraz chyba każdy miotał się i szukał swoich bliskich. Nie winił ich w żaden sposób - gdyby nie to, że Parkinsonowie nie płonęli, to sam by pędził do domu. Co prawda matka była z Malfoyów, ale przecież ojciec nie był aż takim przemocowcem, by wrzucić ją w ogień, prawda? Prawda...?
- W razie czego możesz schronić się w bibliotece Parkinsonów. I na przyszłość nie podawaj się za Malfoyównę, są czystej krwi, jakbyś nie wiedziała. Na dodatek wyglądasz jak jedna z nich, więc każdy to łyknie. A teraz mam wrażenie, że czystokrwiści są z jakiegoś powodu obwiniani za ten syf - z jakiegoś powodu... Aidan znowu spojrzał w niebo. Wszyscy wiedzieli, jaki był ten powód, ale mało kto odważył się wypowiedzieć to na głos. Chłopak wypuścił dym nosem i westchnął. - Zmykaj, bycie brygadzistą jest istotnie upierdliwe. A ja nie mogę teraz pozwolić sobie na przerwę. Wszystko płonie i trzeba uratować owieczki ze stada, czaisz.
Wcisnął Scarlett do połowy opróżnioną paczkę papierosów w dłoń (spokojnie, miał w kieszeni drugą!), a potem po chwili wahania poczochrał ją po włosach.
- Jeżeli przeżyjemy to piekło, to się jeszcze spotkamy. Jak spotkam Baldwina, powiem mu że wszystko z tobą w porządku. A jak znajdziesz go pierwsza, powiedz mu że ma wpierdol - uniósł dwa palce do skroni, jakby jej salutował, a potem oddalił się, zgrywać bohatera dalej. Bo wzywał go obowiązek i trochę własna duma.
- Oczywiście, że zamierzam go szukać - odpowiedział tak, jakby opowiadał jej o tym, co zjadł na śniadanie. Jajecznicę, tak swoją drogą. - A ty nie? Chociaż w sumie pewnie masz do obskoczenia swoją rodzinę, prawda?
Baldwin Baldwinem, ale teraz chyba każdy miotał się i szukał swoich bliskich. Nie winił ich w żaden sposób - gdyby nie to, że Parkinsonowie nie płonęli, to sam by pędził do domu. Co prawda matka była z Malfoyów, ale przecież ojciec nie był aż takim przemocowcem, by wrzucić ją w ogień, prawda? Prawda...?
- W razie czego możesz schronić się w bibliotece Parkinsonów. I na przyszłość nie podawaj się za Malfoyównę, są czystej krwi, jakbyś nie wiedziała. Na dodatek wyglądasz jak jedna z nich, więc każdy to łyknie. A teraz mam wrażenie, że czystokrwiści są z jakiegoś powodu obwiniani za ten syf - z jakiegoś powodu... Aidan znowu spojrzał w niebo. Wszyscy wiedzieli, jaki był ten powód, ale mało kto odważył się wypowiedzieć to na głos. Chłopak wypuścił dym nosem i westchnął. - Zmykaj, bycie brygadzistą jest istotnie upierdliwe. A ja nie mogę teraz pozwolić sobie na przerwę. Wszystko płonie i trzeba uratować owieczki ze stada, czaisz.
Wcisnął Scarlett do połowy opróżnioną paczkę papierosów w dłoń (spokojnie, miał w kieszeni drugą!), a potem po chwili wahania poczochrał ją po włosach.
- Jeżeli przeżyjemy to piekło, to się jeszcze spotkamy. Jak spotkam Baldwina, powiem mu że wszystko z tobą w porządku. A jak znajdziesz go pierwsza, powiedz mu że ma wpierdol - uniósł dwa palce do skroni, jakby jej salutował, a potem oddalił się, zgrywać bohatera dalej. Bo wzywał go obowiązek i trochę własna duma.
Koniec sesji