11.02.2023, 16:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2023, 19:58 przez Cathal Shafiq.)
Patrick miał sporo racji. Cathal zdecydowanie był gotów złoić Edgarowi skórę. W tym przypadku jego wygląd ani trochę nie mylił. Może gdyby miał przed sobą piętnastolatka, po prostu dałby mu po uchu i puścił, ale dwudziestoletni młodzieniec powinien albo pomyśleć, zanim ukradnie, albo przynajmniej staranniej wybrać cel kradzieży. Aura Shafiqa – w której dominowała jasna zieleń, przetykana odrobiną żółtego – była subtelnie zabarwiona także odcieniami świadczącymi o tym, że był zagniewany. Nie rozwścieczony, ale z całą pewnością cała sytuacja nie wywołała u nim ani odrobiny rozbawienia.
Westchnął w duchu na widok odznaki.
Auror.
Czy mógł mieć większego pecha?
Cathal nie przepadał za aurorami. Po trochu dlatego, że miał jedną albo dwie rzeczy do ukrycia, nawet jeśli przynajmniej jeden z tych sekretów był tak dobrze zagrzebany, że nigdy nie powinien wyjść na światło dzienne. Po trochu po prostu, choć wiedział, że są potrzebni w społeczeństwie – Shafiq uważał, że spacerowanie ulicami, gdy na każdym kroku walczą ze sobą czarodzieje byłoby bardzo niewygodnie, a bez praw i służb porządkowych często to się tak kończyło – sam uważał, że większość stróżów prawa to nadmierni służbiści. A to, co prawnie słuszne, nie zawsze było tym właściwym rozwiązaniem.
Na przykład wolałby osobiście lekko przetrzepać gówniarzowi skórę. Zapamiętałby to jego zdaniem znacznie lepiej niż wizytę w Biurze Brygady Uderzeniowej, z której najwyraźniej już raz go puszczono.
Nie wspominając już o prywatnych, marnych doświadczeniach z jednym aurorem, który był pewny, że Cathal popełnił poważną zbrodnię (i nawet miał rację, ale akurat nie tę, o którą go oskarżał). I z innymi przedstawicielami prawa, którzy bardzo lubili utrudniać życie wyprawom archeologicznym, zwłaszcza jeśli ich organizatorami nie było Ministerstwo Magii.
- Zdaje się, że nie mam wyboru, jeśli nie chcę, żeby po prostu stąd odmaszerował – stwierdził. Gniew opadł. Nie było sensu marnować energii na złoszczenie się na coś, z czym nie mógł w tej chwili niczego zrobić. Ostatecznie to były tylko pieniądze, a przynajmniej dzieciak nie wywinie się tak zupełnie. – W środku są dwa złote galeony, osiemdziesiąt sześć sykli i piętnaście knutów – wyrecytował. Dawało to w sumie trochę ponad osiem galeonów. Nie był to może nieprawdopodobny majątek, ale za tę sumę spokojnie można było kupić choćby doskonałej jakości różdżkę.
- Tak, mam takie hobby. Rzucam sakiewkę pełną monet na ziemię, a potem czekam na pierwszą osobę, która ją podniesie, żeby sprawdzić, które z nas szybciej biega. Lubię rywalizację – stwierdził Cathal zgryźliwym tonem. – Recydywista? Chyba lubi wyzwania, skoro na cel nie wybiera bezbronnych staruszek. Masz szczęście, że wpadłeś na aurora, inaczej bym cię spetryfikował.
…a raczej prawdopodobnie rąbnął drętowotą, albo poderwał w górę zaklęciem i potem popatrzył, co wypadnie z jego kieszeni, jeśli bardzo porządnie potrząśnie. Ale do tego nie miał zamiaru przyznawać się przed aurorem. Myśl sprawiła jednak, że sięgnął po różdżkę.
- Accio sakiewka – powiedział, celując w Edgara.
I rzeczywiście, z jego kieszeni wyskoczyła sakiewka. Najpierw jedna, potem druga…
– To moje! To po prostu moja sakiewka! – wydarł się Edgar.
– Chłopak ma intrygujący gust. Jestem pewny, że to najnowszy krzyk mody wśród angielskich młodzieńców – powiedział Cathal, rzucając Stewardowi najpierw jedną, potem drugą sakiewkę. W tej pierwszej były głównie knuty i wyglądała zupełnie normalnie. Ta druga była różowa i haftowana w jednorożce. – Może jednak one też leżały na ziemi, bo upuścili je właściciele?
– To… to mojej babki! Tak, to jej.
– I jeszcze okrada własną babcię – westchnął Shafiq z fałszywym ubolewaniem.
Westchnął w duchu na widok odznaki.
Auror.
Czy mógł mieć większego pecha?
Cathal nie przepadał za aurorami. Po trochu dlatego, że miał jedną albo dwie rzeczy do ukrycia, nawet jeśli przynajmniej jeden z tych sekretów był tak dobrze zagrzebany, że nigdy nie powinien wyjść na światło dzienne. Po trochu po prostu, choć wiedział, że są potrzebni w społeczeństwie – Shafiq uważał, że spacerowanie ulicami, gdy na każdym kroku walczą ze sobą czarodzieje byłoby bardzo niewygodnie, a bez praw i służb porządkowych często to się tak kończyło – sam uważał, że większość stróżów prawa to nadmierni służbiści. A to, co prawnie słuszne, nie zawsze było tym właściwym rozwiązaniem.
Na przykład wolałby osobiście lekko przetrzepać gówniarzowi skórę. Zapamiętałby to jego zdaniem znacznie lepiej niż wizytę w Biurze Brygady Uderzeniowej, z której najwyraźniej już raz go puszczono.
Nie wspominając już o prywatnych, marnych doświadczeniach z jednym aurorem, który był pewny, że Cathal popełnił poważną zbrodnię (i nawet miał rację, ale akurat nie tę, o którą go oskarżał). I z innymi przedstawicielami prawa, którzy bardzo lubili utrudniać życie wyprawom archeologicznym, zwłaszcza jeśli ich organizatorami nie było Ministerstwo Magii.
- Zdaje się, że nie mam wyboru, jeśli nie chcę, żeby po prostu stąd odmaszerował – stwierdził. Gniew opadł. Nie było sensu marnować energii na złoszczenie się na coś, z czym nie mógł w tej chwili niczego zrobić. Ostatecznie to były tylko pieniądze, a przynajmniej dzieciak nie wywinie się tak zupełnie. – W środku są dwa złote galeony, osiemdziesiąt sześć sykli i piętnaście knutów – wyrecytował. Dawało to w sumie trochę ponad osiem galeonów. Nie był to może nieprawdopodobny majątek, ale za tę sumę spokojnie można było kupić choćby doskonałej jakości różdżkę.
- Tak, mam takie hobby. Rzucam sakiewkę pełną monet na ziemię, a potem czekam na pierwszą osobę, która ją podniesie, żeby sprawdzić, które z nas szybciej biega. Lubię rywalizację – stwierdził Cathal zgryźliwym tonem. – Recydywista? Chyba lubi wyzwania, skoro na cel nie wybiera bezbronnych staruszek. Masz szczęście, że wpadłeś na aurora, inaczej bym cię spetryfikował.
…a raczej prawdopodobnie rąbnął drętowotą, albo poderwał w górę zaklęciem i potem popatrzył, co wypadnie z jego kieszeni, jeśli bardzo porządnie potrząśnie. Ale do tego nie miał zamiaru przyznawać się przed aurorem. Myśl sprawiła jednak, że sięgnął po różdżkę.
- Accio sakiewka – powiedział, celując w Edgara.
I rzeczywiście, z jego kieszeni wyskoczyła sakiewka. Najpierw jedna, potem druga…
– To moje! To po prostu moja sakiewka! – wydarł się Edgar.
– Chłopak ma intrygujący gust. Jestem pewny, że to najnowszy krzyk mody wśród angielskich młodzieńców – powiedział Cathal, rzucając Stewardowi najpierw jedną, potem drugą sakiewkę. W tej pierwszej były głównie knuty i wyglądała zupełnie normalnie. Ta druga była różowa i haftowana w jednorożce. – Może jednak one też leżały na ziemi, bo upuścili je właściciele?
– To… to mojej babki! Tak, to jej.
– I jeszcze okrada własną babcię – westchnął Shafiq z fałszywym ubolewaniem.