27.06.2025, 12:43 ✶
W ostatnim czasie wielokrotnie powtarzał sobie z Geraldine, że mają ze sobą wyjątkową zgodność, czyż nie? Toteż żadnego z nich nie powinno zdziwić to, że i w tym wypadku była ona naprawdę zbieżna, wręcz wyśmienita. Bowiem ze wszystkich naprawdę paskudnych, parszywych i potencjalnie niegodziwych zachowań, o jakich tylko mógł pomyśleć Roise, nie stereotypowa czarna magia była dla niego najbardziej problematyczna. Nie, nie. Z nią nie miewał niemal żadnych problemów. Był wyjątkowo pojętnym uczniem.
Za to cholernie mocno gardził wszelkimi metodami zauroczenia i hipnozy, które były wykorzystywane bez cienia zastanowienia. Tych, które nie mogły nawet być skategoryzowane jako zło konieczne. Jako nie mam innego wyjścia czy też nawet jako najskuteczniejsze, niemal jedyne rozwiązanie, by spacyfikować wroga.
Być może nie obawiał się ich w ten sam sposób, co jego dziewczyna, nie czuł do nich aż tak głęboko wstrętu, jednak wydarzenia mające miejsce w ostatnim czasie bez wątpienia miały na niego wpływ. Nie mówił o tym na głos, nie zamierzał przyznawać się do swojej słabości, ale na widok wahadełka tak lekką ręką skierowanego wobec przyjaciela...
...poczuł coś, czego jeszcze nigdy nie czuł w stosunku do Romulusa. Mogli miewać z Potterem naprawdę różne sytuacje, spory, kłótnie i nieporozumienia. Szczególnie, że obaj mieli dosyć złożone (dla innych po prostu trudne) charaktery. Jednakże od wielu lat nie dopuszczał do siebie opcji, że przyjaciel mógłby kiedykolwiek złamać przysięgę, jaką złożył, gdy zaczynał wykazywać szersze zainteresowanie mentalną magią. Dziś przekroczył tę granicę.
Nie, Roise nie chciał zostawiać Corio samego z tym całym pierdolnikiem. Tyle tylko, że w tym momencie był wyjątkowo daleki od trzeźwego myślenia. Co prawda sam nigdy by tego nie powiedział, ale fakty pozostawały faktami. Czuł się jak ktoś, komu napluto w twarz a potem usiłowano dać w ryj.
Tyle tylko, że cios z pięści w mordę nie byłby tak upokarzający jak to, co odpierdolił Roman. Gdyby jego przyjaciel wybrał te rozwiązanie, biorąc pod uwagę okoliczności i to, że Greengrass postanowił przyznać się do bycia odpowiedzialnym za jego niekontrolowaną lewitację... ...no, niekontrolowaną przez lotnika... ...mogliby szarpnąć się kilka razy, ustawiając się do pionu, ewentualnie rzeczywiście uciec się do fizycznego załatwienia problemów z dominacją.
Później znowu usiedliby przy ognisku. Możliwe, że trochę dalej od siebie, łypiąc gniewnie, ale w przeciągu kilku godzin zapominając o konflikcie. Bo byli przyjaciółmi, prawda? Przyjaciółmi.
No właśnie...
...przyjaciółmi. Przyjaciele szanowali swoje granice. Przyjaciele wiedzieli, kiedy przestać. Przyjaciele pamiętali o tym, co jest najważniejsze. Przyjaciele nie robili sobie takich rzeczy. Pomagali sobie, nie tworzyli bagno i odmeldowywali się, chuj wie gdzie, teatralnie mdlejąc na trawę.
Spojrzał zatem w kierunku wspomnianego przyjaciela, odruchowo mocniej zaciskając szczękę, po czym przenosząc wzrok z powrotem na dziewczynę i bardzo powoli kiwając głową. Miała rację, nie mogli zostawić Corio z całym tym burdelem. Tyle tylko, że jednocześnie nie chciał i nie zamierzał robić więcej czegoś wbrew sobie w imię zachowywania się jak dobry kumpel. Miał dosyć.
- Zajmę się wygaszeniem ogniska. Później możemy spróbować rozproszyć resztę tymczasowych struktur - stwierdził powoli, patrząc w kierunku płonącej sterty drewna i bez słowa odkorkowując butelkę, żeby pociągnąć z niej głęboki łyk.
Pozostałe tymczasowo odstawił na miejsce, sięgając po różdżkę.
- Ale nie proś mnie o robienie czegokolwiek z tym - jednoznacznie machnął głową w kierunku części trawnika. - Jeśli w najbliższym czasie dotknę Pottera, to tylko po to, żeby dokończyć to, czego... ...z łaski swojej... ...nie zrobił Benjy - nie musiał mówić - i uwierz mi, naprawdę duża część mnie wyjątkowo mocno chce to zrobić - prawda?
To było dostatecznie wymowne. Wybrzmiewało może nie w słowach, ale zdecydowanie w tonie jego głosu albo w postawie, jaką teraz przyjmował. Oczywiście, nie chciał zostawiać przyjaciela na lodzie. Normalnie niemal od razu przeszedłby do rzeczy. Zainterweniowałby w konkretny, fizyczny sposób. Zająłby się doprowadzaniem sytuacji do względnego porządku i tak dalej.
Tyle tylko, że w tym momencie nic z tego, co miało miejsce nie było normalne. Nieważne jak bardzo by tego chciał, planując naprawdę przyjemny wieczór, łudząc się, że dopiął wszystko na ostatni guzik. Tak, aby to rzeczywiście mogło być przyjacielskie ognisko, przyjemne zwieńczenie raczej bardzo kiepskiego lata a także ostatecznie również celebracja, na której cholernie mocno mu zależało.
Nie eksplodował. Nie zaczął gnoić Romulusa. Nie uniósł się, nie dał przyjacielowi w twarz, nie kazał mu zamknąć ryja, ale to nie oznaczało, że tego nie chciał. Po prostu nad sobą panował. Miał ku temu bardzo konkretne powody, o których (ewidentnie w przeciwieństwie do Romka) doskonale pamiętał. W tej chwili może nawet odrobinę za dobrze, ponieważ ta wiedza zdecydowanie mu ciążyła. Ponownie czuł się zbyt odpowiedzialny, ograniczony nie tylko własnymi założeniami, lecz także cudzymi uczynkami. Nienawidził tego.
Jednakże zdawał sobie sprawę z tego, do czego doprowadziłaby go jego własna frustracja, gdyby pozwolił sobie wylać ją na zewnątrz. I właśnie: normalnie nie miałby w sobie na tyle opanowania, aby poprzestać na zdegustowanych spojrzeniach i wyjątkowo ambitnych komentarzach. Nie należał do najbardziej cierpliwych ani wyrozumiałych ludzi. Na szczęście dla Pottera, to też nie była normalna sytuacja.
Pierścionek zaręczynowy spoczywający w kieszeni Greengrassa był dla niego zdecydowanie ważniejszy niż chęć dania w mordę komuś, kto nie tylko nie uszanował jego zaufania, lecz także przedkładał własne dramaty nad prośby o wsparcie. O ironio. O zgrozo. W uczynieniu tego wieczoru czymś nie do zapomnienia. Czymś, co Roise miał wspominać prawdopodobnie do końca życia.
Cóż. Najwyraźniej musiał dużo jaśniej formułować swoje życzenia, bowiem Romulus miał w sobie coś z wyjątkowo zaciętego dżina. Być może rzeczywiście nic z tego nie było łatwo zapominalne. Ambroise z dużym prawdopodobieństwem faktycznie miał doskonale zapamiętać wszystkie wydarzenia. Jednakże zupełnie nie w taki sposób, w jaki mógłby tego pragnąć.
Za to cholernie mocno gardził wszelkimi metodami zauroczenia i hipnozy, które były wykorzystywane bez cienia zastanowienia. Tych, które nie mogły nawet być skategoryzowane jako zło konieczne. Jako nie mam innego wyjścia czy też nawet jako najskuteczniejsze, niemal jedyne rozwiązanie, by spacyfikować wroga.
Być może nie obawiał się ich w ten sam sposób, co jego dziewczyna, nie czuł do nich aż tak głęboko wstrętu, jednak wydarzenia mające miejsce w ostatnim czasie bez wątpienia miały na niego wpływ. Nie mówił o tym na głos, nie zamierzał przyznawać się do swojej słabości, ale na widok wahadełka tak lekką ręką skierowanego wobec przyjaciela...
...poczuł coś, czego jeszcze nigdy nie czuł w stosunku do Romulusa. Mogli miewać z Potterem naprawdę różne sytuacje, spory, kłótnie i nieporozumienia. Szczególnie, że obaj mieli dosyć złożone (dla innych po prostu trudne) charaktery. Jednakże od wielu lat nie dopuszczał do siebie opcji, że przyjaciel mógłby kiedykolwiek złamać przysięgę, jaką złożył, gdy zaczynał wykazywać szersze zainteresowanie mentalną magią. Dziś przekroczył tę granicę.
Nie, Roise nie chciał zostawiać Corio samego z tym całym pierdolnikiem. Tyle tylko, że w tym momencie był wyjątkowo daleki od trzeźwego myślenia. Co prawda sam nigdy by tego nie powiedział, ale fakty pozostawały faktami. Czuł się jak ktoś, komu napluto w twarz a potem usiłowano dać w ryj.
Tyle tylko, że cios z pięści w mordę nie byłby tak upokarzający jak to, co odpierdolił Roman. Gdyby jego przyjaciel wybrał te rozwiązanie, biorąc pod uwagę okoliczności i to, że Greengrass postanowił przyznać się do bycia odpowiedzialnym za jego niekontrolowaną lewitację... ...no, niekontrolowaną przez lotnika... ...mogliby szarpnąć się kilka razy, ustawiając się do pionu, ewentualnie rzeczywiście uciec się do fizycznego załatwienia problemów z dominacją.
Później znowu usiedliby przy ognisku. Możliwe, że trochę dalej od siebie, łypiąc gniewnie, ale w przeciągu kilku godzin zapominając o konflikcie. Bo byli przyjaciółmi, prawda? Przyjaciółmi.
No właśnie...
...przyjaciółmi. Przyjaciele szanowali swoje granice. Przyjaciele wiedzieli, kiedy przestać. Przyjaciele pamiętali o tym, co jest najważniejsze. Przyjaciele nie robili sobie takich rzeczy. Pomagali sobie, nie tworzyli bagno i odmeldowywali się, chuj wie gdzie, teatralnie mdlejąc na trawę.
Spojrzał zatem w kierunku wspomnianego przyjaciela, odruchowo mocniej zaciskając szczękę, po czym przenosząc wzrok z powrotem na dziewczynę i bardzo powoli kiwając głową. Miała rację, nie mogli zostawić Corio z całym tym burdelem. Tyle tylko, że jednocześnie nie chciał i nie zamierzał robić więcej czegoś wbrew sobie w imię zachowywania się jak dobry kumpel. Miał dosyć.
- Zajmę się wygaszeniem ogniska. Później możemy spróbować rozproszyć resztę tymczasowych struktur - stwierdził powoli, patrząc w kierunku płonącej sterty drewna i bez słowa odkorkowując butelkę, żeby pociągnąć z niej głęboki łyk.
Pozostałe tymczasowo odstawił na miejsce, sięgając po różdżkę.
- Ale nie proś mnie o robienie czegokolwiek z tym - jednoznacznie machnął głową w kierunku części trawnika. - Jeśli w najbliższym czasie dotknę Pottera, to tylko po to, żeby dokończyć to, czego... ...z łaski swojej... ...nie zrobił Benjy - nie musiał mówić - i uwierz mi, naprawdę duża część mnie wyjątkowo mocno chce to zrobić - prawda?
To było dostatecznie wymowne. Wybrzmiewało może nie w słowach, ale zdecydowanie w tonie jego głosu albo w postawie, jaką teraz przyjmował. Oczywiście, nie chciał zostawiać przyjaciela na lodzie. Normalnie niemal od razu przeszedłby do rzeczy. Zainterweniowałby w konkretny, fizyczny sposób. Zająłby się doprowadzaniem sytuacji do względnego porządku i tak dalej.
Tyle tylko, że w tym momencie nic z tego, co miało miejsce nie było normalne. Nieważne jak bardzo by tego chciał, planując naprawdę przyjemny wieczór, łudząc się, że dopiął wszystko na ostatni guzik. Tak, aby to rzeczywiście mogło być przyjacielskie ognisko, przyjemne zwieńczenie raczej bardzo kiepskiego lata a także ostatecznie również celebracja, na której cholernie mocno mu zależało.
Nie eksplodował. Nie zaczął gnoić Romulusa. Nie uniósł się, nie dał przyjacielowi w twarz, nie kazał mu zamknąć ryja, ale to nie oznaczało, że tego nie chciał. Po prostu nad sobą panował. Miał ku temu bardzo konkretne powody, o których (ewidentnie w przeciwieństwie do Romka) doskonale pamiętał. W tej chwili może nawet odrobinę za dobrze, ponieważ ta wiedza zdecydowanie mu ciążyła. Ponownie czuł się zbyt odpowiedzialny, ograniczony nie tylko własnymi założeniami, lecz także cudzymi uczynkami. Nienawidził tego.
Jednakże zdawał sobie sprawę z tego, do czego doprowadziłaby go jego własna frustracja, gdyby pozwolił sobie wylać ją na zewnątrz. I właśnie: normalnie nie miałby w sobie na tyle opanowania, aby poprzestać na zdegustowanych spojrzeniach i wyjątkowo ambitnych komentarzach. Nie należał do najbardziej cierpliwych ani wyrozumiałych ludzi. Na szczęście dla Pottera, to też nie była normalna sytuacja.
Pierścionek zaręczynowy spoczywający w kieszeni Greengrassa był dla niego zdecydowanie ważniejszy niż chęć dania w mordę komuś, kto nie tylko nie uszanował jego zaufania, lecz także przedkładał własne dramaty nad prośby o wsparcie. O ironio. O zgrozo. W uczynieniu tego wieczoru czymś nie do zapomnienia. Czymś, co Roise miał wspominać prawdopodobnie do końca życia.
Cóż. Najwyraźniej musiał dużo jaśniej formułować swoje życzenia, bowiem Romulus miał w sobie coś z wyjątkowo zaciętego dżina. Być może rzeczywiście nic z tego nie było łatwo zapominalne. Ambroise z dużym prawdopodobieństwem faktycznie miał doskonale zapamiętać wszystkie wydarzenia. Jednakże zupełnie nie w taki sposób, w jaki mógłby tego pragnąć.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down