27.06.2025, 17:08 ✶
Nie zamierzałem się podkradać. Nie podchodziłem do niej po cichu z premedytacją. To nie był jeden z tych momentów, gdy rozważałem, czy jej nie wystraszę, czy nie zaskoczę - a może powinienem. Wystarczyło już napięcia na dziś, a może i na cały pieprzony tydzień. Nie podchodziłem do Prudence ostrożnie, przynajmniej nie z zamysłem, nie próbowałem być dyskretny, skradać się - nie tym razem. Po prostu podszedłem tak, jak zawsze chodziłem - cicho, równo, trochę za bezszelestnie, jak na faceta mojej postury. Od lat tak się poruszałem - bez zastanowienia, bez robienia z tego sprawy, w szkole mnie to bawiło, potem już nie, teraz było mi to kompletnie obojętne. Może to dlatego, że większość życia spędziłem ucząc się nie wchodzić nikomu w drogę, dopóki nie chciałem, żeby mnie zauważono. Nie zależało mi na teatralnym efekcie, nie próbowałem nikomu niczego udowodnić, ukradkiem wyjść z obrazka, właściwie - miałem to wszystko głęboko w dupie. Byłem po prostu sobą - zmęczonym, wkurwionym, gotowym zamknąć za nami to parszywe przedstawienie. Jeśli ktoś jeszcze wierzył, że z Bletchley trzymamy się dla zasady na dwóch końcach boiska, to może powinien odrobinę uważniej czytać sytuację. Ja już nie zamierzałem robić uniku, ani udawać, że nic mnie to nie obchodzi. Stanąłem przy niej, obok, nie spiesząc się z gestem, ale też nie odkładając go na potem.
Prudence uniosła się z ziemi, dołączając do mnie, bez wahania - zrobiła to tak naturalnie, jakbyśmy robili to od lat i... Może nie robiliśmy, ale cholera, nie miałem nic przeciwko, żeby robić to od teraz. Jej ruch był równie pewny jak mój - Prue po prostu się do mnie dostosowała, znalazła miejsce tuż przy moim boku, rękę pod ramieniem. A ja? Nie zamierzałem tego komentować i raczej nie musiałem. Nie znosiliśmy się - jasne. Kiedyś, ale to wypaliło się tak samo, jak zaczął płonąć Londyn - niespostrzeżenie, bez naszego udziału. Stało się. Zresztą, ci, co mieli wiedzieć - czyli wszyscy - już wiedzieli. Pomogłem jej wtedy, podczas pożarów, nie dlatego, że byłem dobrym człowiekiem - nigdy się za takiego nie uważałem - tylko dlatego, że miała w oczach coś, czego nie potrafiłem wtedy zostawić. I została, i ja też zostałem. Zostaliśmy przyjaciółmi... Na całe kilka godzin, rozbite na parę dni, a teraz nie było już sensu udawać, że byliśmy tylko tymczasową pożarową koalicją.
Czułem, jak opiera się lekko o moje ramię - ten ciężar, już nie mentalny, tylko fizyczny, niewielki gest zaznaczający obecność - mówił mi więcej niż wszystkie słowa, których nie wypowiedzieliśmy od momentu, gdy to wszystko się rozpieprzyło. Była blisko - to wystarczyło. Próbowałem się do niej uśmiechnąć - może i technicznie się udało, bo kącik ust uniósł mi się o milimetr, ale raczej wyglądało to bardziej tak, jakby coś mnie nadal uwierało pod żebrami.
Nie spojrzałem na nikogo - ani na Corneliusa, który jeszcze próbował ratować resztki sytuacji i odzyskać kontrolę, ani na Ambroise’a, który udawał, że stoi opanowany, nic się nie dzieje, chociaż z pewnością był wściekły, ani na Eliasa-Prudence... Ani tym bardziej na Romulusa, który mógłby się dla mnie w tej chwili stoczyć po trawniku i utopić w jeziorze, i nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Może na początku wieczoru jeszcze coś w środku trzymało mnie na dystans, nakazywało mi obserwować sytuację, lecz teraz - po tym wszystkim, po tym jak wyglądał ten wieczór, po tym, co pozwoliłem, żeby mnie spotkało z rąk kogoś, komu ufałem - nie miałem już wątpliwości, po czyjej stronie stoję.
Nie odezwałem się od razu, tylko patrzyłem jeszcze przez moment na ścieżkę, która zaczynała się tuż za ostatnim kręgiem światła bijącego od ogniska. Spojrzałem na Prue - przelotnie, z ukosa, kątem oka, i ponownie spróbowałem się uśmiechnąć... Nic z tego, wyszedł mi raczej półgrymas, i to niezbyt przekonujący - uśmiech polegający na wygięciu warg tylko z jednej strony, jedno przymrużone oko z głębszą zmarszczką w kąciku, którą wyhodowałem tam sobie przez lata ukrywania cynizmu i braku cierpliwości - ale mimo to, gdy się odezwałem, odpowiedziałem bez goryczy i ostrości w głosie.
- Jak najdalej od Pottela. - Rzuciłem wprost. - Ustalimy po dlodze. - Nie czekałem, aż ktoś nas zatrzyma, nie patrzyłem, czy ktokolwiek ma coś jeszcze do powiedzenia - nie interesowało mnie to. Po prostu ruszyliśmy ścieżką w głąb ogrodu - w ciemność, która, o dziwo, wcale nie wydawała się nieprzyjazna. Nie po tym, co stało się ze strony kogoś, kto powinien być przyjazny... Odeszliśmy - nie szybkim marszem, nie biegiem, ale zdecydowanym krokiem.
@Prudence Bletchley
Prudence uniosła się z ziemi, dołączając do mnie, bez wahania - zrobiła to tak naturalnie, jakbyśmy robili to od lat i... Może nie robiliśmy, ale cholera, nie miałem nic przeciwko, żeby robić to od teraz. Jej ruch był równie pewny jak mój - Prue po prostu się do mnie dostosowała, znalazła miejsce tuż przy moim boku, rękę pod ramieniem. A ja? Nie zamierzałem tego komentować i raczej nie musiałem. Nie znosiliśmy się - jasne. Kiedyś, ale to wypaliło się tak samo, jak zaczął płonąć Londyn - niespostrzeżenie, bez naszego udziału. Stało się. Zresztą, ci, co mieli wiedzieć - czyli wszyscy - już wiedzieli. Pomogłem jej wtedy, podczas pożarów, nie dlatego, że byłem dobrym człowiekiem - nigdy się za takiego nie uważałem - tylko dlatego, że miała w oczach coś, czego nie potrafiłem wtedy zostawić. I została, i ja też zostałem. Zostaliśmy przyjaciółmi... Na całe kilka godzin, rozbite na parę dni, a teraz nie było już sensu udawać, że byliśmy tylko tymczasową pożarową koalicją.
Czułem, jak opiera się lekko o moje ramię - ten ciężar, już nie mentalny, tylko fizyczny, niewielki gest zaznaczający obecność - mówił mi więcej niż wszystkie słowa, których nie wypowiedzieliśmy od momentu, gdy to wszystko się rozpieprzyło. Była blisko - to wystarczyło. Próbowałem się do niej uśmiechnąć - może i technicznie się udało, bo kącik ust uniósł mi się o milimetr, ale raczej wyglądało to bardziej tak, jakby coś mnie nadal uwierało pod żebrami.
Nie spojrzałem na nikogo - ani na Corneliusa, który jeszcze próbował ratować resztki sytuacji i odzyskać kontrolę, ani na Ambroise’a, który udawał, że stoi opanowany, nic się nie dzieje, chociaż z pewnością był wściekły, ani na Eliasa-Prudence... Ani tym bardziej na Romulusa, który mógłby się dla mnie w tej chwili stoczyć po trawniku i utopić w jeziorze, i nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia. Może na początku wieczoru jeszcze coś w środku trzymało mnie na dystans, nakazywało mi obserwować sytuację, lecz teraz - po tym wszystkim, po tym jak wyglądał ten wieczór, po tym, co pozwoliłem, żeby mnie spotkało z rąk kogoś, komu ufałem - nie miałem już wątpliwości, po czyjej stronie stoję.
Nie odezwałem się od razu, tylko patrzyłem jeszcze przez moment na ścieżkę, która zaczynała się tuż za ostatnim kręgiem światła bijącego od ogniska. Spojrzałem na Prue - przelotnie, z ukosa, kątem oka, i ponownie spróbowałem się uśmiechnąć... Nic z tego, wyszedł mi raczej półgrymas, i to niezbyt przekonujący - uśmiech polegający na wygięciu warg tylko z jednej strony, jedno przymrużone oko z głębszą zmarszczką w kąciku, którą wyhodowałem tam sobie przez lata ukrywania cynizmu i braku cierpliwości - ale mimo to, gdy się odezwałem, odpowiedziałem bez goryczy i ostrości w głosie.
- Jak najdalej od Pottela. - Rzuciłem wprost. - Ustalimy po dlodze. - Nie czekałem, aż ktoś nas zatrzyma, nie patrzyłem, czy ktokolwiek ma coś jeszcze do powiedzenia - nie interesowało mnie to. Po prostu ruszyliśmy ścieżką w głąb ogrodu - w ciemność, która, o dziwo, wcale nie wydawała się nieprzyjazna. Nie po tym, co stało się ze strony kogoś, kto powinien być przyjazny... Odeszliśmy - nie szybkim marszem, nie biegiem, ale zdecydowanym krokiem.
Postacie opuszczają sesję
@Prudence Bletchley
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)