27.06.2025, 17:34 ✶
No jasne, że z Baronem. Co ona, niewyraźnie mówiła?
Przecież nie proponowałaby Prawie-bezgłowego-sir-Nickiem-De-Mimiming-pinginga czy jak tam wołali na tego swojego ducha Gryfoni. Wyglądał na jakiegoś szlachcica bez knuta przy dup.. szy. W dodatku nie mógłby stracić głowy dla swojej panienki. Mnich był.. No mnichem. Takim chyba nie przystoi nawet po śmierci. Szara Dama? Mmmm, no jakoś to jej się nieszczególnie widziało. Ludzie mogliby dziwnie patrzeć. A Baron? Co że stary i nieszczególnie urodziwy i miał szalenie głupią perukę? Kogo to po śmierci obchodziło? Przynajmniej Baron! To nie pierwszy lepszy duszek, kto wie czy nie miał jakichś udziałów w ziemiach Hogwartu albo chociaż Zakazanego Lasu?
Mogłaby być Martą Baronessą!
Przez ułamek sekundy na twarzy Lorien pojawił się ten charakterystyczny, niemal rozmarzony błysk, jakby sama się nie zastanawiała czy się nie wziąć i nie utopić. Pani Lorien Crouch-yyyy. Nie miała pojęcia jak Baron miał na nazwisko. Na pewno jakieś szlacheckie. Jakie ona znała dobre nazwiska? Mulciber. Nie. Miały być dobre. Chociaż...
Baronessa Lorien Crouch-Mulciber żona Barona Donalda Mulcibera. Aż sobie westchnęła. To brzmiało dumnie.
Drgnęła wyrwana ze swoich marzeń na jawie, kiedy Marta wyraziła swoje szalone oburzenie jej genialnym pomysłem. Bezczelna niewdzięcznica!
Lorien skrzywiła się odrobinkę, gdy Marta weszła na coraz wyższe obroty i z każdym kolejnym słowem skrzeczała bardziej niż wyrwany z gniazda pisklę. W między czasie wycofywały się powolutku z tej dziwacznej pułapki.
NAJGORZEEEEEEJ.
I wtedy ostatecznie, na ostatniej prostej rzuciła się za McKinnówną do ucieczki. Wypadły z łazienki, a Lorien w przypływie geniuszu zatrzasnęła za sobą z hukiem drzwi. Idealnie w chwili zmasowanego ataku ducha. Zaklęła, kiedy przez szparę przy podłodze na korytarz wypłynęła ciurkiem woda, mocząc im buty.
- No wariatka. Kompletna wariatka. Nie dziwię się, że ją utopili w tym kiblu.- Przewróciła ostentacyjnie oczami, zupełnie jakby sama nie spowodowała tego wybuchu oburzenia. Co złego to nie Lorcia. Zastanowiła się nad czymś sekundę. W ogóle to jak ta smarkula umarła? Nie wiedziała. Ale w sumie, chyba jej to jakoś szczególnie nie obeszło. Dzień w którym nieżycie szkolnych trupów będzie ciekawszym od jej własnego będzie najsmutniejszym dniem w całym roku szkolnym.- Ja nie wiem po kiego grzyba ją tu trzymają.- Przeskoczyła zwinnie przez kałużę. Narzuciła na ramię porzuconą wcześniej torbę, ciesząc się, że chociaż ona nie ucierpiała w tej powodzi.
- A tak w ogóle, to jestem Lorien. Lorien Crouch.- Uśmiechnęła się serdecznie do blondynki.- Chcesz przejść się ze mną do biblioteki? Możemy poczytać jak zegzorcyzmować to głupie jękadło.- Równie dobrze mogła olać naukę na eliksiry i zająć się czymś równie pożytecznym. Komu kiedykolwiek w życiu się przydały do czegoś eliksiry? Na pewno nie tej bezcielesnej paskudzie.
Dopiero teraz do niej dotarło co się wydarzyło. Cały absurd dziwnej sytuacji i to, że raczej przez najbliższych kilka dni korytarz znów będzie zamknięty. Zaśmiała się ciepło, ani myśląc dać się teraz nowej koleżance wyrwać. Jeszcze by jej gdzieś uciekła. Dlatego właśnie radośnie ujęła ją pod ramię. Zniżyła głos do scenicznego szeptu. - Albo możemy poszukać Irytka i powiedzieć mu, że ma randkę z Martusią! Nie wiem które ucieszy się bardziej!
Nie czekając w sumie na decyzję Ambrosii pociągnęła ją za sobą w stronę schodów. Z pewnością czekało je szalenie udane popołudnie.
Przecież nie proponowałaby Prawie-bezgłowego-sir-Nickiem-De-Mimiming-pinginga czy jak tam wołali na tego swojego ducha Gryfoni. Wyglądał na jakiegoś szlachcica bez knuta przy dup.. szy. W dodatku nie mógłby stracić głowy dla swojej panienki. Mnich był.. No mnichem. Takim chyba nie przystoi nawet po śmierci. Szara Dama? Mmmm, no jakoś to jej się nieszczególnie widziało. Ludzie mogliby dziwnie patrzeć. A Baron? Co że stary i nieszczególnie urodziwy i miał szalenie głupią perukę? Kogo to po śmierci obchodziło? Przynajmniej Baron! To nie pierwszy lepszy duszek, kto wie czy nie miał jakichś udziałów w ziemiach Hogwartu albo chociaż Zakazanego Lasu?
Mogłaby być Martą Baronessą!
Przez ułamek sekundy na twarzy Lorien pojawił się ten charakterystyczny, niemal rozmarzony błysk, jakby sama się nie zastanawiała czy się nie wziąć i nie utopić. Pani Lorien Crouch-yyyy. Nie miała pojęcia jak Baron miał na nazwisko. Na pewno jakieś szlacheckie. Jakie ona znała dobre nazwiska? Mulciber. Nie. Miały być dobre. Chociaż...
Baronessa Lorien Crouch-Mulciber żona Barona Donalda Mulcibera. Aż sobie westchnęła. To brzmiało dumnie.
Drgnęła wyrwana ze swoich marzeń na jawie, kiedy Marta wyraziła swoje szalone oburzenie jej genialnym pomysłem. Bezczelna niewdzięcznica!
Lorien skrzywiła się odrobinkę, gdy Marta weszła na coraz wyższe obroty i z każdym kolejnym słowem skrzeczała bardziej niż wyrwany z gniazda pisklę. W między czasie wycofywały się powolutku z tej dziwacznej pułapki.
NAJGORZEEEEEEJ.
I wtedy ostatecznie, na ostatniej prostej rzuciła się za McKinnówną do ucieczki. Wypadły z łazienki, a Lorien w przypływie geniuszu zatrzasnęła za sobą z hukiem drzwi. Idealnie w chwili zmasowanego ataku ducha. Zaklęła, kiedy przez szparę przy podłodze na korytarz wypłynęła ciurkiem woda, mocząc im buty.
- No wariatka. Kompletna wariatka. Nie dziwię się, że ją utopili w tym kiblu.- Przewróciła ostentacyjnie oczami, zupełnie jakby sama nie spowodowała tego wybuchu oburzenia. Co złego to nie Lorcia. Zastanowiła się nad czymś sekundę. W ogóle to jak ta smarkula umarła? Nie wiedziała. Ale w sumie, chyba jej to jakoś szczególnie nie obeszło. Dzień w którym nieżycie szkolnych trupów będzie ciekawszym od jej własnego będzie najsmutniejszym dniem w całym roku szkolnym.- Ja nie wiem po kiego grzyba ją tu trzymają.- Przeskoczyła zwinnie przez kałużę. Narzuciła na ramię porzuconą wcześniej torbę, ciesząc się, że chociaż ona nie ucierpiała w tej powodzi.
- A tak w ogóle, to jestem Lorien. Lorien Crouch.- Uśmiechnęła się serdecznie do blondynki.- Chcesz przejść się ze mną do biblioteki? Możemy poczytać jak zegzorcyzmować to głupie jękadło.- Równie dobrze mogła olać naukę na eliksiry i zająć się czymś równie pożytecznym. Komu kiedykolwiek w życiu się przydały do czegoś eliksiry? Na pewno nie tej bezcielesnej paskudzie.
Dopiero teraz do niej dotarło co się wydarzyło. Cały absurd dziwnej sytuacji i to, że raczej przez najbliższych kilka dni korytarz znów będzie zamknięty. Zaśmiała się ciepło, ani myśląc dać się teraz nowej koleżance wyrwać. Jeszcze by jej gdzieś uciekła. Dlatego właśnie radośnie ujęła ją pod ramię. Zniżyła głos do scenicznego szeptu. - Albo możemy poszukać Irytka i powiedzieć mu, że ma randkę z Martusią! Nie wiem które ucieszy się bardziej!
Nie czekając w sumie na decyzję Ambrosii pociągnęła ją za sobą w stronę schodów. Z pewnością czekało je szalenie udane popołudnie.
Koniec sesji