28.06.2025, 14:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2025, 14:20 przez Benjy Fenwick.)
Przez dłuższą chwilę patrzyłem w morze, gdzie linia horyzontu znikała co jakiś czas w mglistym pasie chmur, które zakrywały fragmenty nieba, ale pomiędzy nimi wciąż prześwitywał księżyc. Przeniosłem wzrok na Prudence, kiedy się odezwała. Patrzyłem na nią chwilę z miną, której sam nie potrafiłbym do końca nazwać - to było coś pomiędzy zaciętą czułością a cichym sprzeciwem, chociaż wyrażanym bez jednego słowa i bez grymasu - pozwoliłem sobie przez moment patrzeć jej w oczy i nie komentować, zanim lekko pokręciłem głową. Nie dlatego, że miałem coś jeszcze do dodania albo zamierzałem ciągnąć temat - wręcz przeciwnie - nie chciałem w nim tkwić, ale nie zgadzałem się z nią - po prostu się nie zgadzałem.
- Mam szię nie pszejmowaś, jasne... - Mruknąłem w końcu, niemal pod nosem. Wolała, żebym się tym nie przejmował, ale właśnie to mnie drażniło - że miała w sobie tak naturalne, odruchowe przekonanie, iż z czymś takim powinna radzić sobie sama. Znowu powoli, niemal niedostrzegalnie, pokręciłem głową - nie, nie zgadzałem się z tym, co powiedziała, nawet jeśli byłoby mi łatwiej kiwnąć i wrócić do tej komfortowej iluzji, że wszyscy mamy się dobrze i nikt nie myśli o tym, co się wydarzyło, skoro to przecież była moja specjalność - udawać, że wszystko gra. Tak robiłem przez większość życia. Nigdy nie lubiłem się wdawać w emocjonalne rozmowy, które ciągnęły się w nieskończoność i nie wnosiły nic poza wzajemnym rozdrapywaniem ran, jednak kiedy już się za coś zabierałem, robiłem to do końca - bez zostawiania półsłówek, niedopowiedzeń. Nachyliłem się odrobinę bliżej, żeby nie musieć mówić głośno. Fale szumiały jednostajnie gdzieś pod nami. Późny wieczór przechodził w noc - albo to późna noc przechodziła w dzień? - wilgotną, pachnącą jodem, algami i odległym ogniskiem, które już pewnie dogasało albo ktoś je wygasił. W tle cykały owady, jakieś nocne ptaki krążyły gdzieś nisko nad wrzosowiskiem za naszymi plecami.
- Colnelius na pewno tak tego nie zostawi. - Powiedziałem to tak, jakbym mówił o pogodzie - to było po prostu coś, co nastąpi, bo tak trzeba, jak przypływ i odpływ. Nie byłem zły, nie byłem rozczarowany - nie miałem słowa na to, co czułem - ale coś mi się zacisnęło na wysokości żeber. Coś zadrgało na twarzy, pewnie ledwie dostrzegalnie - może brwi, może kąciki ust, może tylko wzrok. Patrzyłem na nią z jakąś trudną do zdefiniowania miną, i przez moment sam nie byłem pewien, co właściwie w tym było. - Wypieldoli Lomulusa s domu, gwalantuję ci, więs lasej szadne s nas nie będzie musiało jusz go tu oglądaś. - Wzruszyłem ramionami - to miało być ostatnie zdanie w tym temacie, nie kontynuowałem, nie rozwijałem, nie wbijałem szpilek w Pottera, mówiąc coś na temat jego zachowania - to była konkluzja, nie wymagała komentarza, nie potrzebowała łagodzenia. Nie powiedziałem nic więcej, bo nie chodziło też o przekonywanie Prudence o tym, że już będzie zupełnie dobrze. Nie chciałem wyciągać z niej niezdrowego optymizmu, nie robiłem tego - nigdy, ale to, iż nie drążyłem i nie kontynuowałem, nie znaczyło, że brałem to za dobrą monetę.
A potem, po chwili ciszy, bez żadnego większego przygotowania, zmieniłem ton - zupełnie, tak, jakbyśmy właśnie siedzieli tu po prostu dla samego siedzenia, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło. Zaczerpnąłem powietrza, tym razem płycej, spokojniej, i celowo, chociaż może odrobinę sztucznie, poruszyłem inny temat.
- Jak wygląda twój glafik w tym tygodniu? - Przeniosłem wzrok znów przed siebie, przez moment patrząc w morze, zanim odwróciłem głowę w jej stronę, i zapytałem tonem, który był... Prawie pogodny - jakbyśmy siedzieli przy stole w kuchni, robiąc plany, a nie łapali oddech po taplaniu się w bagnie, w które próbował nas wrzucić były towarzysz.
!Strach przed imieniem
- Mam szię nie pszejmowaś, jasne... - Mruknąłem w końcu, niemal pod nosem. Wolała, żebym się tym nie przejmował, ale właśnie to mnie drażniło - że miała w sobie tak naturalne, odruchowe przekonanie, iż z czymś takim powinna radzić sobie sama. Znowu powoli, niemal niedostrzegalnie, pokręciłem głową - nie, nie zgadzałem się z tym, co powiedziała, nawet jeśli byłoby mi łatwiej kiwnąć i wrócić do tej komfortowej iluzji, że wszyscy mamy się dobrze i nikt nie myśli o tym, co się wydarzyło, skoro to przecież była moja specjalność - udawać, że wszystko gra. Tak robiłem przez większość życia. Nigdy nie lubiłem się wdawać w emocjonalne rozmowy, które ciągnęły się w nieskończoność i nie wnosiły nic poza wzajemnym rozdrapywaniem ran, jednak kiedy już się za coś zabierałem, robiłem to do końca - bez zostawiania półsłówek, niedopowiedzeń. Nachyliłem się odrobinę bliżej, żeby nie musieć mówić głośno. Fale szumiały jednostajnie gdzieś pod nami. Późny wieczór przechodził w noc - albo to późna noc przechodziła w dzień? - wilgotną, pachnącą jodem, algami i odległym ogniskiem, które już pewnie dogasało albo ktoś je wygasił. W tle cykały owady, jakieś nocne ptaki krążyły gdzieś nisko nad wrzosowiskiem za naszymi plecami.
- Colnelius na pewno tak tego nie zostawi. - Powiedziałem to tak, jakbym mówił o pogodzie - to było po prostu coś, co nastąpi, bo tak trzeba, jak przypływ i odpływ. Nie byłem zły, nie byłem rozczarowany - nie miałem słowa na to, co czułem - ale coś mi się zacisnęło na wysokości żeber. Coś zadrgało na twarzy, pewnie ledwie dostrzegalnie - może brwi, może kąciki ust, może tylko wzrok. Patrzyłem na nią z jakąś trudną do zdefiniowania miną, i przez moment sam nie byłem pewien, co właściwie w tym było. - Wypieldoli Lomulusa s domu, gwalantuję ci, więs lasej szadne s nas nie będzie musiało jusz go tu oglądaś. - Wzruszyłem ramionami - to miało być ostatnie zdanie w tym temacie, nie kontynuowałem, nie rozwijałem, nie wbijałem szpilek w Pottera, mówiąc coś na temat jego zachowania - to była konkluzja, nie wymagała komentarza, nie potrzebowała łagodzenia. Nie powiedziałem nic więcej, bo nie chodziło też o przekonywanie Prudence o tym, że już będzie zupełnie dobrze. Nie chciałem wyciągać z niej niezdrowego optymizmu, nie robiłem tego - nigdy, ale to, iż nie drążyłem i nie kontynuowałem, nie znaczyło, że brałem to za dobrą monetę.
A potem, po chwili ciszy, bez żadnego większego przygotowania, zmieniłem ton - zupełnie, tak, jakbyśmy właśnie siedzieli tu po prostu dla samego siedzenia, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło. Zaczerpnąłem powietrza, tym razem płycej, spokojniej, i celowo, chociaż może odrobinę sztucznie, poruszyłem inny temat.
- Jak wygląda twój glafik w tym tygodniu? - Przeniosłem wzrok znów przed siebie, przez moment patrząc w morze, zanim odwróciłem głowę w jej stronę, i zapytałem tonem, który był... Prawie pogodny - jakbyśmy siedzieli przy stole w kuchni, robiąc plany, a nie łapali oddech po taplaniu się w bagnie, w które próbował nas wrzucić były towarzysz.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)