28.06.2025, 18:47 ✶
No cóż, trudno byłoby mu powiedzieć, że Geraldine myliła się, co do swojego osądu. Po prawdzie mówiąc, jego dziewczyna rzadko kiedy nie miała racji w podobnych sytuacjach. W tym wypadku nie było inaczej. On także zresztą miał dokładnie takie same spostrzeżenia. Jedynym błędem, jaki oboje popełnili było...
...jakkolwiek nie zapiekły go te słowa, nawet jeśli nie posunął się do tego, aby je wypowiedzieć...
...zaufanie w to, że sztywno ustalone granice będą takie na zawsze. Im obojgu wydawało się, że zdolności i umiejętności Pottera są czymś, co nigdy nie obróci się przeciwko nikomu z szeroko pojętych nich. Oboje sądzili, że choć ich towarzysz posiada szeroką, bardzo zaawansowaną wiedzę na temat mentalnej magii, są całkowicie poza strefą ryzyka, jeśli chodzi o użycie na nich tych umiejętności.
W tym momencie, Roise czuł się zdradzony na wyjątkowo wiele sposobów. Nie na jednej, lecz na kilku różnych płaszczyznach. Co gorsza, wcale nie najmocniej przez Pottera, ale przez samego siebie. Romulus nie wymusił na nim bowiem tego, aby Ambroise darzył go zaufaniem (chyba, cholera jasna, chyba tego nie zrobił) to Greengrass sam (chyba, kurwa, chyba sam) podjął decyzję o tym, żeby uznać go za swojego przyjaciela i obdarzyć go kredytem ufności.
Mógł być zły głównie na siebie. A tego nader wszystko nie lubił czuć. Miał dostatecznie dużo wyrzutów sumienia, z którymi walczył, jeśli chodziło o inne tematy. W tym wypadku zdecydowanie nie potrzebował dokładać sobie kolejnych. Jego życie dopiero zaczęło wracać na właściwe tory.
To ognisko miało być czymś w rodzaju ostatecznego potwierdzenia, że od teraz wszystko zacznie nabierać odpowiedniego tempa. Mimo pożarów Londynu, wszechobecnego zniszczenia i lęku, wszyscy mieli spróbować odprężyć się i zrelaksować. To miał być ich czas. Nie czas jednej jedynej osoby. Gwiazdy ze spalonego teatru. Kogoś, kto zachowywał się tak, jakby uwzięła się na niego...
...cóż... ...dosłownie cała Ziemia. Z odchodzącą Prudence na czele.
Oczywiście, że Roise zauważył, że pozostała dwójka opuściła towarzystwo. Ani trochę nie dziwił się, że to zrobili. Może tylko lekko drgnął mu kącik oka, nieznacznie zmrużyła się powieka, jednak nijak nie skomentował tego, w jaki sposób Prue i Benjy ulotnili się z ogniska.
W gruncie rzeczy, koalicja tej dwójki nie zrobiła na nim zupełnie żadnego wrażenia. W końcu widział ich wtedy w Londynie. Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób wyglądało to w przeszłości. Po prawdzie, gdyby tak się zastanowił (a zupełnie o tym nie myślał) raczej uznałby to za całkiem logiczne. Może niezbyt naturalne, ale tak właściwie? Cholera wiedziała. To nie była jego sprawa.
On zdecydowanie nie miał w zwyczaju ingerować w cudze życie, dopóki naprawdę nie czuł potrzeby tego robić. Co działo się w tych nielicznych przypadkach, gdy zdecydowanie zależało mu na konkretnej osobie i widział, że ta całkowicie marnuje sobie życie. Ingerował wyłącznie w bardzo skrajnych przypadkach. Takich jak przypadek Nory. Takich jak sytuacja Romulusa z Britney, Brittany, Bettany, choć nawet wtedy nie przeszłoby mu przez myśl, aby robić coś podobnego do tego, co zrobił Roman.
Nie słyszał bowiem słów Pottera, jakie ten skierował do Benjy'ego, jednak był niemal w stu procentach pewien, że dotyczyły Prudence. W końcu cała sytuacja miała z nią bezpośredni związek. W tym momencie był także bardzo świadomy tego, że gdyby sytuacja dotyczyła jego dziewczyny, sam również nie próbowałby się powstrzymać.
Nie miał zielonego pojęcia, czy udałoby mu się tak po prostu pozostać z dupą na trawie a potem zwyczajnie odejść. Rozwścieczony, naprawdę nad sobą nie panował. Nie był wtedy zbyt wyrozumiały, odpalał się w przeciągu sekundy i myślał wyłącznie o tym, co zdecydowanie chciał zrobić.
To, że w tej chwili powstrzymywał wściekłość również musiało być związane z wnioskiem wysnutym przez Rinę. Roman miał cholernie duże szczęście, ponieważ obie osoby, które mogły mu wpierdolić miały zupełnie inne, ważniejsze priorytety. Ewidentnie umiały je wyznaczać. Cornelius też pozostawał zresztą jeszcze wyjątkowo łagodny.
Roise widział go w prawdziwym stanie furii, ten jeden jedyny raz, który w zupełności wystarczył mu do wyciągnięcia wniosku, że nigdy, przenigdy nie chciał rzeczywiście wkurwić przyjaciela. Nie dało się powiedzieć, że Romulus nie otrzymał notki. Tym bardziej, że dostał upomnienia. Po prostu zupełnie je zignorował. Ambroise nie zamierzał go bronić ani nijak komentować tego, co gospodarz domu właśnie egzekwował.
Po prawdzie, słowa Corio dotyczące wyjazdu Pottera z Exmoor zdecydowanie nie miały spotkać dezaprobatą że strony Greengrassa. Nie czuł nawet żadnej potrzeby, aby je skomentować. Po prostu kiwnął głową, obserwując jak skrzaty zabierają się do wykonania zadania.
Słysząc skierowane do niego słowa, ponownie przeniósł głos na Corneliusa, jeszcze raz kiwając głową.
- Jasne. Zaraz to zrobię - stwierdził, dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie powinien zająć się tym w pierwszej kolejności, jeszcze przed wygaszaniem ognia. - Jak najbardziej da się rozproszyć jezioro bez uszczerbku dla trawnika - zapewnił jeszcze dodatkowo, obracając głowę w kierunku Yaxleyówny i twierdząco poruszając podbródkiem.
Doskonale zdawał sobie sprawę z umiejętności jego dziewczyny w tym zakresie i zdecydowanie nie chciał bezcelowo odtrącać wyciągniętej dłoni.
- Mogłabyś zacząć od lewej części? Ja wezmę się od prawej - dzięki temu mieli być bardziej skuteczni, spotykając się mniej więcej pośrodku.
Zanim jednak zdążył przejść do rzeczy, dotarły do niego kolejne słowa. W pierwszej chwili posłał pytające spojrzenie w stronę Corio, mrużąc przy tym oczy i przechylając głowę, jakby nie do końca rozumiał, o czym mówi jego przyjaciel. Wystarczyła jednak dosłownie chwila. Sam nie wiedział, co tak właściwie sprawiło, że niemal od razu domyślił się znaczenia słów, jakie skierował do niego gospodarz. Być może były to lata bardzo bliskiego obcowania ze sobą nawzajem. Może coś jeszcze innego. Najważniejsze, że sekundę później z ust Greengrassa padło soczyste:
- Kurwa mać - nie musiał pytać, czy to naprawdę miało miejsce.
Nie musiał. Po prostu nie musiał mówić tego na głos. Ani przez sekundę nie zakwestionował, że doskonale zrozumiał przekaz. Ba. Nie tylko doskonale, lecz nawet aż nazbyt dobrze. Wiedział, co miało miejsce i zdawał sobie sprawę z tego, że Cornelius nie żartował. Nie potrzebował nawet rozglądać się dookoła w poszukiwaniu nieszczęsnych bobrów. Nie było sensu iść nad to drugie jezioro, nad którym skrzaty miały je umieścić.
Nad jeziorem. Nie w sypialni. Nie w miejscu, w którym spali. Tam, gdzie trzymali swoje rzeczy. Tam, gdzie nigdy w życiu nie pomyślałby je umieścić, bo to miało wyglądać naturalnie. To miał być dyskretny plan. Dyskretny. Nieinwazyjne wywabienie Geraldine w określone miejsce, nie konieczność przeprowadzenia gruntownego remontu pokoju, bo nikt nie kontrolował tych zwierząt. Poza tym w domu trzymali też kota i psy.
Gdyby nie fakt, że jego niedoszły kooperant został już wyniesiony przez skrzaty z terenu ogniska, Roise nie wahałby się ani przez chwilę. Nie. Tym razem nie posłuchałby rad Riny. Słysząc o tym, co jeszcze wymyślił jego zjarany, kto wie, może też naćpany i mocno podpity (szczególnie, że Potter zachowywał się jak nie on) kolega, Ambroise zrobił się wpierw blady, zaś później ciemnoczerwony. Co, zważywszy na fakt, jak mocną miał opaleniznę, stanowiło nielada wyzwanie dla jego naczyń krwionośnych.
Jeśli Cornelius zaczął pić bezpośrednio z gwinta, co za każdym jebanym razem znaczyło, że był już naprawdę mocno wkurwiony, tylko starał się opanować i zachować klasę. Ambroise nie potrzebował więcej chlać, nie zamierzał też tłumić wściekłości. Romulus był skończony. Skończony. Bardziej niż ich nieszczęsne ognisko. Całkowicie, zupełnie skończony. Roise nie chciał go widzieć na oczy.
Zagryzając zęby aż do bólu, potrząsnął głową i wyprostował palce, przekładając różdżkę z ręki do ręki, żeby rozluźnić napięte stawy. Moment później bez słowa odmaszerował w kierunku prawego brzegu, wściekłym machnięciem próbując rozproszyć wytwór nienatury.
Rozproszenie (III) - pozbycie się jeziora
...jakkolwiek nie zapiekły go te słowa, nawet jeśli nie posunął się do tego, aby je wypowiedzieć...
...zaufanie w to, że sztywno ustalone granice będą takie na zawsze. Im obojgu wydawało się, że zdolności i umiejętności Pottera są czymś, co nigdy nie obróci się przeciwko nikomu z szeroko pojętych nich. Oboje sądzili, że choć ich towarzysz posiada szeroką, bardzo zaawansowaną wiedzę na temat mentalnej magii, są całkowicie poza strefą ryzyka, jeśli chodzi o użycie na nich tych umiejętności.
W tym momencie, Roise czuł się zdradzony na wyjątkowo wiele sposobów. Nie na jednej, lecz na kilku różnych płaszczyznach. Co gorsza, wcale nie najmocniej przez Pottera, ale przez samego siebie. Romulus nie wymusił na nim bowiem tego, aby Ambroise darzył go zaufaniem (chyba, cholera jasna, chyba tego nie zrobił) to Greengrass sam (chyba, kurwa, chyba sam) podjął decyzję o tym, żeby uznać go za swojego przyjaciela i obdarzyć go kredytem ufności.
Mógł być zły głównie na siebie. A tego nader wszystko nie lubił czuć. Miał dostatecznie dużo wyrzutów sumienia, z którymi walczył, jeśli chodziło o inne tematy. W tym wypadku zdecydowanie nie potrzebował dokładać sobie kolejnych. Jego życie dopiero zaczęło wracać na właściwe tory.
To ognisko miało być czymś w rodzaju ostatecznego potwierdzenia, że od teraz wszystko zacznie nabierać odpowiedniego tempa. Mimo pożarów Londynu, wszechobecnego zniszczenia i lęku, wszyscy mieli spróbować odprężyć się i zrelaksować. To miał być ich czas. Nie czas jednej jedynej osoby. Gwiazdy ze spalonego teatru. Kogoś, kto zachowywał się tak, jakby uwzięła się na niego...
...cóż... ...dosłownie cała Ziemia. Z odchodzącą Prudence na czele.
Oczywiście, że Roise zauważył, że pozostała dwójka opuściła towarzystwo. Ani trochę nie dziwił się, że to zrobili. Może tylko lekko drgnął mu kącik oka, nieznacznie zmrużyła się powieka, jednak nijak nie skomentował tego, w jaki sposób Prue i Benjy ulotnili się z ogniska.
W gruncie rzeczy, koalicja tej dwójki nie zrobiła na nim zupełnie żadnego wrażenia. W końcu widział ich wtedy w Londynie. Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób wyglądało to w przeszłości. Po prawdzie, gdyby tak się zastanowił (a zupełnie o tym nie myślał) raczej uznałby to za całkiem logiczne. Może niezbyt naturalne, ale tak właściwie? Cholera wiedziała. To nie była jego sprawa.
On zdecydowanie nie miał w zwyczaju ingerować w cudze życie, dopóki naprawdę nie czuł potrzeby tego robić. Co działo się w tych nielicznych przypadkach, gdy zdecydowanie zależało mu na konkretnej osobie i widział, że ta całkowicie marnuje sobie życie. Ingerował wyłącznie w bardzo skrajnych przypadkach. Takich jak przypadek Nory. Takich jak sytuacja Romulusa z Britney, Brittany, Bettany, choć nawet wtedy nie przeszłoby mu przez myśl, aby robić coś podobnego do tego, co zrobił Roman.
Nie słyszał bowiem słów Pottera, jakie ten skierował do Benjy'ego, jednak był niemal w stu procentach pewien, że dotyczyły Prudence. W końcu cała sytuacja miała z nią bezpośredni związek. W tym momencie był także bardzo świadomy tego, że gdyby sytuacja dotyczyła jego dziewczyny, sam również nie próbowałby się powstrzymać.
Nie miał zielonego pojęcia, czy udałoby mu się tak po prostu pozostać z dupą na trawie a potem zwyczajnie odejść. Rozwścieczony, naprawdę nad sobą nie panował. Nie był wtedy zbyt wyrozumiały, odpalał się w przeciągu sekundy i myślał wyłącznie o tym, co zdecydowanie chciał zrobić.
To, że w tej chwili powstrzymywał wściekłość również musiało być związane z wnioskiem wysnutym przez Rinę. Roman miał cholernie duże szczęście, ponieważ obie osoby, które mogły mu wpierdolić miały zupełnie inne, ważniejsze priorytety. Ewidentnie umiały je wyznaczać. Cornelius też pozostawał zresztą jeszcze wyjątkowo łagodny.
Roise widział go w prawdziwym stanie furii, ten jeden jedyny raz, który w zupełności wystarczył mu do wyciągnięcia wniosku, że nigdy, przenigdy nie chciał rzeczywiście wkurwić przyjaciela. Nie dało się powiedzieć, że Romulus nie otrzymał notki. Tym bardziej, że dostał upomnienia. Po prostu zupełnie je zignorował. Ambroise nie zamierzał go bronić ani nijak komentować tego, co gospodarz domu właśnie egzekwował.
Po prawdzie, słowa Corio dotyczące wyjazdu Pottera z Exmoor zdecydowanie nie miały spotkać dezaprobatą że strony Greengrassa. Nie czuł nawet żadnej potrzeby, aby je skomentować. Po prostu kiwnął głową, obserwując jak skrzaty zabierają się do wykonania zadania.
Słysząc skierowane do niego słowa, ponownie przeniósł głos na Corneliusa, jeszcze raz kiwając głową.
- Jasne. Zaraz to zrobię - stwierdził, dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie powinien zająć się tym w pierwszej kolejności, jeszcze przed wygaszaniem ognia. - Jak najbardziej da się rozproszyć jezioro bez uszczerbku dla trawnika - zapewnił jeszcze dodatkowo, obracając głowę w kierunku Yaxleyówny i twierdząco poruszając podbródkiem.
Doskonale zdawał sobie sprawę z umiejętności jego dziewczyny w tym zakresie i zdecydowanie nie chciał bezcelowo odtrącać wyciągniętej dłoni.
- Mogłabyś zacząć od lewej części? Ja wezmę się od prawej - dzięki temu mieli być bardziej skuteczni, spotykając się mniej więcej pośrodku.
Zanim jednak zdążył przejść do rzeczy, dotarły do niego kolejne słowa. W pierwszej chwili posłał pytające spojrzenie w stronę Corio, mrużąc przy tym oczy i przechylając głowę, jakby nie do końca rozumiał, o czym mówi jego przyjaciel. Wystarczyła jednak dosłownie chwila. Sam nie wiedział, co tak właściwie sprawiło, że niemal od razu domyślił się znaczenia słów, jakie skierował do niego gospodarz. Być może były to lata bardzo bliskiego obcowania ze sobą nawzajem. Może coś jeszcze innego. Najważniejsze, że sekundę później z ust Greengrassa padło soczyste:
- Kurwa mać - nie musiał pytać, czy to naprawdę miało miejsce.
Nie musiał. Po prostu nie musiał mówić tego na głos. Ani przez sekundę nie zakwestionował, że doskonale zrozumiał przekaz. Ba. Nie tylko doskonale, lecz nawet aż nazbyt dobrze. Wiedział, co miało miejsce i zdawał sobie sprawę z tego, że Cornelius nie żartował. Nie potrzebował nawet rozglądać się dookoła w poszukiwaniu nieszczęsnych bobrów. Nie było sensu iść nad to drugie jezioro, nad którym skrzaty miały je umieścić.
Nad jeziorem. Nie w sypialni. Nie w miejscu, w którym spali. Tam, gdzie trzymali swoje rzeczy. Tam, gdzie nigdy w życiu nie pomyślałby je umieścić, bo to miało wyglądać naturalnie. To miał być dyskretny plan. Dyskretny. Nieinwazyjne wywabienie Geraldine w określone miejsce, nie konieczność przeprowadzenia gruntownego remontu pokoju, bo nikt nie kontrolował tych zwierząt. Poza tym w domu trzymali też kota i psy.
Gdyby nie fakt, że jego niedoszły kooperant został już wyniesiony przez skrzaty z terenu ogniska, Roise nie wahałby się ani przez chwilę. Nie. Tym razem nie posłuchałby rad Riny. Słysząc o tym, co jeszcze wymyślił jego zjarany, kto wie, może też naćpany i mocno podpity (szczególnie, że Potter zachowywał się jak nie on) kolega, Ambroise zrobił się wpierw blady, zaś później ciemnoczerwony. Co, zważywszy na fakt, jak mocną miał opaleniznę, stanowiło nielada wyzwanie dla jego naczyń krwionośnych.
Jeśli Cornelius zaczął pić bezpośrednio z gwinta, co za każdym jebanym razem znaczyło, że był już naprawdę mocno wkurwiony, tylko starał się opanować i zachować klasę. Ambroise nie potrzebował więcej chlać, nie zamierzał też tłumić wściekłości. Romulus był skończony. Skończony. Bardziej niż ich nieszczęsne ognisko. Całkowicie, zupełnie skończony. Roise nie chciał go widzieć na oczy.
Zagryzając zęby aż do bólu, potrząsnął głową i wyprostował palce, przekładając różdżkę z ręki do ręki, żeby rozluźnić napięte stawy. Moment później bez słowa odmaszerował w kierunku prawego brzegu, wściekłym machnięciem próbując rozproszyć wytwór nienatury.
Rozproszenie (III) - pozbycie się jeziora
Rzut Z 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down