28.06.2025, 21:22 ✶
Mieli przed sobą całkiem spore wyzwanie. Większe niż mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka, choć przecież i ten nie nasuwał zbyt wielu pozytywnych myśli do głowy. W rzeczywistości okazywało się jednak, że sytuacja może być jeszcze bardziej skomplikowana. Nie wystarczyło bowiem, że całe mieszkanie Ambroisa przy Horyzontalnej zostało strawione przez szalejące płomienie. No, prawie całe, prócz jednego osobliwego, nieco niepokojącego krzesła, które powodowało w nim bardzo mieszane uczucia.
O nie, to nie był koniec. Wszystko, dosłownie wszystko, co mogłoby mieć dla niego znaczenie zostało pożarte przez ogień. Stracił notatki do publikacji w magazynie herbologicznym, oryginalną wersję maszynopisu własnej książki, kilka bardziej wartościowych woluminów napisanych przez kogoś innego. Miał tyle szczęścia, że większość jego dobytku znajdowała się w Dolinie Godryka, bo tam oficjalnie mieszkał. W Londynie nocował i przebywał głównie w związku z pracą.
Sporo dało również to, o ironio, że rozstając się z Yaxleyówną, nie zabrał swoich rzeczy ani z Whitby, ani z jej mieszkania. Przeklinał wtedy swój marny los również z powodu tego, że wycofując się z jej życia, nie był w stanie wrócić po jego własność. Nie mógł i nie, choćby nawet była ona cholernie cenna. Nie potrafił tego zrobić. Nie myślał o tym nawet przez chwilę, bujda, robił sobie z tego pretekst, z którego nigdy nie skorzystał szczególnie, że to wymagałoby od niego znacznie więcej aniżeli wyłącznie wydania pieniędzy na duplikaty.
Nie potrafił napisać lakonicznego listu. Nie zamierzał korzystać z jakiegokolwiek wsparcia. Nie był też na tyle bezczelny, nie w tym wypadku, aby skorzystać z posiadanych kluczy i po prostu spakować się pod nieobecność Geraldine. Zabrać własność i zniknąć. Nie był w stanie stanąć z nią twarzą w twarz i przeprowadzić rozmowy. Tak właśnie, to przez wiele miesięcy.
Zdawał sobie sprawę z tego, co faktycznie okazało się nie tylko jego wyobrażeniem, lecz szczerą prawdą. Gdyby to zrobił, prawdopodobnie niemal od razu by się złamał. Powiedziałby zbyt wiele. Nie powstrzymałby się od tłumaczenia. Żałośnie szybko dochodząc do wniosku, do którego, ironia, doszedł i tak. Wtedy tego nie chciał. Teraz?
W efekcie w tym momencie teoretycznie mógł uważać się za szczęściarza. Straty oszacowano na całe dwa galeony. No, może nie aż tak. Więcej była warta jego koszula robiona na wymiar z jakościowej bawełny. Straty oszacowano na, mimo wszystko, całkiem niebotyczną kwotę. Generalny remont mieszkania i jak się okazało: również części klatki schodowej, która stanowiła największy problem.
Miał swoje oryginalne wydania książek. Leżały bezpieczne w domu nad morzem albo w mieszkaniu jego dziewczyny, która szczęśliwie je zachowała. Większość ubrań wisiała w szafie w rodzinnej posiadłości. Romulus uratował jego kota. Ucierpiały meble i kwiaty, naprawdę sporo roślin, w tym część całkiem wartościowych. Ucierpiały elementy wyposażenia wnętrz.
Najwyraźniej miał również ucierpieć jego portfel i to nie na remont kuchni, salonu czy sypialni. Nie. Przeklęta klatka schodowa. Tak, kamienica była prywatna. Należała w całości do ich grona. Jednakże kwalifikowała się już pod określanie jej zabytkiem. Prosto w twarz nazwano mu ją zabytkową perłą magicznej architektury, bla, bla, bla. W oczy jego i jego towarzysza, który był z tego powodu równie zadowolony, co sam Greengrass, szczególnie że to Lestrange w lwiej części załatwiał wszelkie sprawy dotyczące remontu. Wydawało im się, że się na tym zna. Otóż nie. Nie w starciu z czarodziejską biurokracją wyższego szczebla.
Wychodząc z rozmowy z wyjątkowo pomocną starą babą, mieli więc nie jeden dokument, nie dwa, nawet nie dwadzieścia dwa. Dzierżyli całą teczkę druczków do wypełnienia. A warto byłoby dodać, że mieli ich już stertę (wypełnioną stertę), kiedy wchodzili do siódmego kręgu piekła pokoiku samozwańczej przedstawicielki towarzystwa historyczno-architektonicznego. Tudzież do naczelnej jędzy z biura konserwatora zabytków.
O ile więc Ambroise już wcześniej zdecydowanie nie zamierzał poradzić propozycją, jaką złożyła mu Nora, o tyle po całym dniu walczenia z biurokracją, drinki w towarzystwie nabierały znacznie głębszego, lepszego znaczenia. Nie wahał się więc ani przez chwilę, tylko zatwierdził plan. Co prawda, nie zamierzał też jakoś specjalnie zasiadywać się w Norze Nory ani tym bardziej zostawać do rana, ale zważywszy na to, że godzina była dosyć późna, nie przewidywał, że do Exmoor wrócą jeszcze dzisiaj.
W ostatnich miesiącach myśl o tym, że był to całkiem istotny fakt nie przeszłaby mu przez głowę. Mieszkał w domku na terenie rodzinnej posiadłości albo zostawał w mieszkaniu w Londynie. Nieczęsto dawał bliskim znać, gdzie akurat będzie. Nie potrzebował nikogo informować, jednak to uległo zmianie. Musiał o tym pamiętać, pierwszy raz od dawna.
I pamiętał. Całkiem intuicyjnie. To zdecydowanie nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Zrobił to jeszcze wciągu dnia, w tym momencie już nie potrzebując zaprzątać tym sobie głowy. Mimo to, myśl o tym, że faktycznie miał dokąd wracać była naprawdę dobra. Wywoływała u niego mimowolny uśmieszek w kącikach ust.
Jak na wieści, jakie usłyszał, ogólnie miał naprawdę dobry humor. Kiedy pojawili się we dwóch w głównych drzwiach prowadzących do klubokawiarni, nawet nie próbował ukrywać tego, że od dawna nie czuł się tak bardzo w porządku. Jasne, miał problemy. Jak każdy tutaj. Jednakże w gruncie rzeczy czuł się szczęśliwszy od niejednego mijającego go przechodnia.
Może nie do jakiegoś wariackiego stopnia, nadal zachowywał się dokładnie tak samo jak zazwyczaj. Nie szczerzył zębów w szerokim uśmiechu, nie potupywał nogą, nie ekscytował się na wizję zwieńczenia dnia, nawet jeśli miała być wyjątkowo przyjemna, mimo klątwy wiszącej na lokalu, która nadal wymagała zdjęcia. Był jednak ogólnie zadowolony z życia, co było widoczne w jego ruchach, minie i postawie, gdy zapukał do frontowych drzwi przybytku Figgówny, posyłając spojrzenie w kierunku towarzyszącego mu przyjaciela.
O nie, to nie był koniec. Wszystko, dosłownie wszystko, co mogłoby mieć dla niego znaczenie zostało pożarte przez ogień. Stracił notatki do publikacji w magazynie herbologicznym, oryginalną wersję maszynopisu własnej książki, kilka bardziej wartościowych woluminów napisanych przez kogoś innego. Miał tyle szczęścia, że większość jego dobytku znajdowała się w Dolinie Godryka, bo tam oficjalnie mieszkał. W Londynie nocował i przebywał głównie w związku z pracą.
Sporo dało również to, o ironio, że rozstając się z Yaxleyówną, nie zabrał swoich rzeczy ani z Whitby, ani z jej mieszkania. Przeklinał wtedy swój marny los również z powodu tego, że wycofując się z jej życia, nie był w stanie wrócić po jego własność. Nie mógł i nie, choćby nawet była ona cholernie cenna. Nie potrafił tego zrobić. Nie myślał o tym nawet przez chwilę, bujda, robił sobie z tego pretekst, z którego nigdy nie skorzystał szczególnie, że to wymagałoby od niego znacznie więcej aniżeli wyłącznie wydania pieniędzy na duplikaty.
Nie potrafił napisać lakonicznego listu. Nie zamierzał korzystać z jakiegokolwiek wsparcia. Nie był też na tyle bezczelny, nie w tym wypadku, aby skorzystać z posiadanych kluczy i po prostu spakować się pod nieobecność Geraldine. Zabrać własność i zniknąć. Nie był w stanie stanąć z nią twarzą w twarz i przeprowadzić rozmowy. Tak właśnie, to przez wiele miesięcy.
Zdawał sobie sprawę z tego, co faktycznie okazało się nie tylko jego wyobrażeniem, lecz szczerą prawdą. Gdyby to zrobił, prawdopodobnie niemal od razu by się złamał. Powiedziałby zbyt wiele. Nie powstrzymałby się od tłumaczenia. Żałośnie szybko dochodząc do wniosku, do którego, ironia, doszedł i tak. Wtedy tego nie chciał. Teraz?
W efekcie w tym momencie teoretycznie mógł uważać się za szczęściarza. Straty oszacowano na całe dwa galeony. No, może nie aż tak. Więcej była warta jego koszula robiona na wymiar z jakościowej bawełny. Straty oszacowano na, mimo wszystko, całkiem niebotyczną kwotę. Generalny remont mieszkania i jak się okazało: również części klatki schodowej, która stanowiła największy problem.
Miał swoje oryginalne wydania książek. Leżały bezpieczne w domu nad morzem albo w mieszkaniu jego dziewczyny, która szczęśliwie je zachowała. Większość ubrań wisiała w szafie w rodzinnej posiadłości. Romulus uratował jego kota. Ucierpiały meble i kwiaty, naprawdę sporo roślin, w tym część całkiem wartościowych. Ucierpiały elementy wyposażenia wnętrz.
Najwyraźniej miał również ucierpieć jego portfel i to nie na remont kuchni, salonu czy sypialni. Nie. Przeklęta klatka schodowa. Tak, kamienica była prywatna. Należała w całości do ich grona. Jednakże kwalifikowała się już pod określanie jej zabytkiem. Prosto w twarz nazwano mu ją zabytkową perłą magicznej architektury, bla, bla, bla. W oczy jego i jego towarzysza, który był z tego powodu równie zadowolony, co sam Greengrass, szczególnie że to Lestrange w lwiej części załatwiał wszelkie sprawy dotyczące remontu. Wydawało im się, że się na tym zna. Otóż nie. Nie w starciu z czarodziejską biurokracją wyższego szczebla.
Wychodząc z rozmowy z wyjątkowo pomocną starą babą, mieli więc nie jeden dokument, nie dwa, nawet nie dwadzieścia dwa. Dzierżyli całą teczkę druczków do wypełnienia. A warto byłoby dodać, że mieli ich już stertę (wypełnioną stertę), kiedy wchodzili do siódmego kręgu piekła pokoiku samozwańczej przedstawicielki towarzystwa historyczno-architektonicznego. Tudzież do naczelnej jędzy z biura konserwatora zabytków.
O ile więc Ambroise już wcześniej zdecydowanie nie zamierzał poradzić propozycją, jaką złożyła mu Nora, o tyle po całym dniu walczenia z biurokracją, drinki w towarzystwie nabierały znacznie głębszego, lepszego znaczenia. Nie wahał się więc ani przez chwilę, tylko zatwierdził plan. Co prawda, nie zamierzał też jakoś specjalnie zasiadywać się w Norze Nory ani tym bardziej zostawać do rana, ale zważywszy na to, że godzina była dosyć późna, nie przewidywał, że do Exmoor wrócą jeszcze dzisiaj.
W ostatnich miesiącach myśl o tym, że był to całkiem istotny fakt nie przeszłaby mu przez głowę. Mieszkał w domku na terenie rodzinnej posiadłości albo zostawał w mieszkaniu w Londynie. Nieczęsto dawał bliskim znać, gdzie akurat będzie. Nie potrzebował nikogo informować, jednak to uległo zmianie. Musiał o tym pamiętać, pierwszy raz od dawna.
I pamiętał. Całkiem intuicyjnie. To zdecydowanie nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Zrobił to jeszcze wciągu dnia, w tym momencie już nie potrzebując zaprzątać tym sobie głowy. Mimo to, myśl o tym, że faktycznie miał dokąd wracać była naprawdę dobra. Wywoływała u niego mimowolny uśmieszek w kącikach ust.
Jak na wieści, jakie usłyszał, ogólnie miał naprawdę dobry humor. Kiedy pojawili się we dwóch w głównych drzwiach prowadzących do klubokawiarni, nawet nie próbował ukrywać tego, że od dawna nie czuł się tak bardzo w porządku. Jasne, miał problemy. Jak każdy tutaj. Jednakże w gruncie rzeczy czuł się szczęśliwszy od niejednego mijającego go przechodnia.
Może nie do jakiegoś wariackiego stopnia, nadal zachowywał się dokładnie tak samo jak zazwyczaj. Nie szczerzył zębów w szerokim uśmiechu, nie potupywał nogą, nie ekscytował się na wizję zwieńczenia dnia, nawet jeśli miała być wyjątkowo przyjemna, mimo klątwy wiszącej na lokalu, która nadal wymagała zdjęcia. Był jednak ogólnie zadowolony z życia, co było widoczne w jego ruchach, minie i postawie, gdy zapukał do frontowych drzwi przybytku Figgówny, posyłając spojrzenie w kierunku towarzyszącego mu przyjaciela.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down