28.06.2025, 22:58 ✶
Nie przerywałem jej, gdy mówiła. Po prostu słuchałem, nadal owijając pasmo jej włosów wokół palca, puszczając i łapiąc znowu. Gdzieś w tym był spokój - coś, co mnie trzymało w teraźniejszości, nie pozwalało mi się rozlecieć, pogrążyć w niepotrzebnym gniewie albo ironii. Nie tym razem. Chociaż miałem jeszcze parę rzeczy do powiedzenia na temat tego, co Romulus odpierdolił - nie powiedziałem ich. Bo co by to dało? Wszyscy widzieli, wszyscy słyszeli - każdy z nas wiedział, jak to wyglądało i jak zostało odebrane, a wbrew temu, co zwykle robiłem - nie zamierzałem niczego zagłuszać, obracać w żart, minimalizować. Tym razem nie - każdy, kto miał oczy, wyciągnie sobie własne wnioski. I ona, i ja, i wszyscy pozostali.
- Tak, kaszdy chce spokoju. - Powiedziałem cicho, nie patrząc już na nią, tylko gdzieś w przestrzeń przed sobą. Mieliśmy tu być właśnie po to - żeby od tego odpocząć, a nie, by znowu się w tym taplać. Pożar w Londynie, cała seria obrzydliwych spraw, ten wieczór nad jeziorem. Nieprzyjemne rzeczy zdarzały się nawet wtedy, gdy człowiek planował wyjazd, jako czyste wytchnienie, tak to już było, ale nie oznaczało to, że trzeba się im w nieskończoność poddawać. Oboje wiedzieliśmy, że Romulus przekroczył granice, nie było potrzeby rozrysowywać tego kredą na tablicy. Potter przegiął - to było oczywiste. Uderzyło to nie tylko w Prudence, wobec której kierował swój irracjonalny gniew i wyrzut, lecz we wszystkich pozostałych na ognisku. Dla mnie to też było przekroczenie granicy, i nie zamierzałem się z tym pieścić. Niezależnie od jego chorych przekonań, obsesji, zranionej dumy - nic nie usprawiedliwiało tego, co próbował zrobić - nie jego problem ze sobą, nie zazdrość, nie ta noc w lesie, którą z jakiegoś powodu uznał za punkt zwrotny w historii świata. Nie był w tym sam, nie był jedyną ofiarą wydarzeń, ktoś wtedy mieszał, coś się zadziało, coś ich złapało - ba, nawet wiedziałem, co, ale on nie raczył się tym zainteresować - lecz to nie dawało mu prawa do wyciągania rąk w stronę drugiego człowieka, a już zwłaszcza nie do takich sztuczek. Nie było sensu dalej tego analizować - każde z nas wiedziało, co się wydarzyło, co było niewłaściwe, co się skończyło, i czego nie trzeba będzie powtarzać.
Kiedy podała mi swój grafik, spojrzałem na nią nieco uważniej. Nie zaskoczyło mnie to, że potrafiła wymienić każdy dzień - była zorganizowana, lubiła mieć kontrolę, a może po prostu potrzebowała tej struktury, żeby nie dać się chaosowi.
- To nie wygląda źle. - Powiedziałem cicho, gdy opowiedziała o grafiku. - Pewnie da szię jeszcze gdzieś upchnąś spacel o zmieszchu, jeśli nie będzie padaś.
Parsknąłem półgębkiem, słysząc jej uwagę o klątwołamaczach. Coś we mnie lekko się rozluźniło. Spojrzałem w niebo, w księżyc, który był nadal ledwo widoczny przez pasma chmur, i wróciłem wzrokiem do niej.
- Mhm. Mosze i loschwytywani. - Mruknąłem, wzruszając lekko ramieniem - tak, żeby nie zrzucić jej z siebie. - Mógłbym tak powiedzieś. Mógłbym szię pochwaliś, sze nie wylabiam z lobotą i loslywają mnie na stszępy. - Mruknąłem półgłosem. Zazwyczaj nie siliłem się na fałszywą skromność, nie udawałem - po prostu mówiłem, jak jest. Miałem kilka zleceń, oczywiście, zawsze coś się znalazło, ale nie pracowałem teraz na pełnych obrotach, nie musiałem, i to nie dlatego, że siedziałem na galeonach. Po prostu... Nie musiałem - miałem trochę oszczędności, nic spektakularnego, ale wystarczało. Po Londynie i po tym wszystkim nie miałem nawet w sobie tyle energii, żeby biegać po mieście i łapać każdą robotę, która spadnie z nieba. Nie budowałem siatki kontaktów, nie zbierałem poleceń. Bo i po co, skoro i tak stąd znikam? - Ale tak naplawdę, mam tlochę pracy, to fakt, ale nie asz tyle, szeby lobiś s siebie gwiazdę blanszy. Nie jestem stąd. Nie siedzę tu wystalszająco długo, szeby mieś kolejki klientów, nie buduję sobie bazy, nie ma, po co, skolo zalas i tak mnie tu nie będzie. - To zabrzmiało nieco sucho, może nawet zbyt rzeczowo, ale nie zamierzałem w tym tonąć. To był fakt - rzeczywistość, która nie bolała, jeśli nie próbowało się robić z niej czegoś więcej. Nie skłamałem - miałem co robić, ale nie byłem stąd, nie łapałem klientów na ślepo, nie miałem potrzeby budować sieci znajomości, chociaż nie chodziło tylko o to, że wiedziałem, że wyjadę. Chodziło o to, że nie bardzo miałem już dla kogo zostawać - nie tutaj, gdziekolwiek, a to znacznie zmieniało podejście do budowania bazy pomniejszych kontaktów, takich jak pośród pogorzelców, ofiar klątw po pożarach. Nie musiałem łapać każdego zlecenia, które się napatoczy - czasem pracowałem dlatego, że nie bardzo miałem inne zajęcia, bo to jedyne, co potrafiłem, to była jedyna struktura, którą miałem w życiu, ale tego nie powiedziałem. Nie trzeba było. Nie tłumaczyłem tego wszystkiego - nie musiałem, ale dałem jej znać, tyle, ile trzeba. Potrzebowała pogody ducha, by się pozbierać, nie gadania o cudzych perspektywach zawodowych i ich korelacji z życiem prywatnym albo jego brakiem.
- Gdybyś miała ochotę... - Powiedziałem po chwili - Mosemy podskoczyś lasem do Londynu, jak Elias skończy s oknami, mogę ci pomóc zabespieczyś mieszkanie... Dodatkowe ślodki ostloszności nie zaszkodzą, zwłaszcza po ostatnich tygodniach. - Te słowa zabrzmiały lekko i niezobowiązująco. Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem. Brzmiałem jak ktoś rzucający zwykłą propozycję, prostą i praktyczną, jakbyśmy mówili o czymś zwyczajnym - jak to, że po intensywnej burzy czasem sprawdza się dach - ale było w tym coś więcej. Po prostu... Nie chciałem, żeby znowu czuła się sama z tym wszystkim - nie po tym, co miało miejsce dziś i wtedy w Londynie z grupą chuliganów. Spojrzałem na nią jeszcze raz - nie wymagałem natychmiastowej odpowiedzi, to była propozycja do rozważenia na spokojnie, z perspektywy czasu. To nie była wielka sprawa, nie mówiłem tego tonem rycerza zakładającego zbroję. To był raczej rodzaj oferty, jak pomoc z meblami albo zaklęcie przeciwko ludzkim szkodnikom, zupełnie jakbym mówił: „Jeśli chcesz, mogę, ale nie muszę...”, ale pod skórą wydawało mi się, iż oboje wiedzieliśmy, że chodziło o coś więcej.
!Strach przed imieniem
- Tak, kaszdy chce spokoju. - Powiedziałem cicho, nie patrząc już na nią, tylko gdzieś w przestrzeń przed sobą. Mieliśmy tu być właśnie po to - żeby od tego odpocząć, a nie, by znowu się w tym taplać. Pożar w Londynie, cała seria obrzydliwych spraw, ten wieczór nad jeziorem. Nieprzyjemne rzeczy zdarzały się nawet wtedy, gdy człowiek planował wyjazd, jako czyste wytchnienie, tak to już było, ale nie oznaczało to, że trzeba się im w nieskończoność poddawać. Oboje wiedzieliśmy, że Romulus przekroczył granice, nie było potrzeby rozrysowywać tego kredą na tablicy. Potter przegiął - to było oczywiste. Uderzyło to nie tylko w Prudence, wobec której kierował swój irracjonalny gniew i wyrzut, lecz we wszystkich pozostałych na ognisku. Dla mnie to też było przekroczenie granicy, i nie zamierzałem się z tym pieścić. Niezależnie od jego chorych przekonań, obsesji, zranionej dumy - nic nie usprawiedliwiało tego, co próbował zrobić - nie jego problem ze sobą, nie zazdrość, nie ta noc w lesie, którą z jakiegoś powodu uznał za punkt zwrotny w historii świata. Nie był w tym sam, nie był jedyną ofiarą wydarzeń, ktoś wtedy mieszał, coś się zadziało, coś ich złapało - ba, nawet wiedziałem, co, ale on nie raczył się tym zainteresować - lecz to nie dawało mu prawa do wyciągania rąk w stronę drugiego człowieka, a już zwłaszcza nie do takich sztuczek. Nie było sensu dalej tego analizować - każde z nas wiedziało, co się wydarzyło, co było niewłaściwe, co się skończyło, i czego nie trzeba będzie powtarzać.
Kiedy podała mi swój grafik, spojrzałem na nią nieco uważniej. Nie zaskoczyło mnie to, że potrafiła wymienić każdy dzień - była zorganizowana, lubiła mieć kontrolę, a może po prostu potrzebowała tej struktury, żeby nie dać się chaosowi.
- To nie wygląda źle. - Powiedziałem cicho, gdy opowiedziała o grafiku. - Pewnie da szię jeszcze gdzieś upchnąś spacel o zmieszchu, jeśli nie będzie padaś.
Parsknąłem półgębkiem, słysząc jej uwagę o klątwołamaczach. Coś we mnie lekko się rozluźniło. Spojrzałem w niebo, w księżyc, który był nadal ledwo widoczny przez pasma chmur, i wróciłem wzrokiem do niej.
- Mhm. Mosze i loschwytywani. - Mruknąłem, wzruszając lekko ramieniem - tak, żeby nie zrzucić jej z siebie. - Mógłbym tak powiedzieś. Mógłbym szię pochwaliś, sze nie wylabiam z lobotą i loslywają mnie na stszępy. - Mruknąłem półgłosem. Zazwyczaj nie siliłem się na fałszywą skromność, nie udawałem - po prostu mówiłem, jak jest. Miałem kilka zleceń, oczywiście, zawsze coś się znalazło, ale nie pracowałem teraz na pełnych obrotach, nie musiałem, i to nie dlatego, że siedziałem na galeonach. Po prostu... Nie musiałem - miałem trochę oszczędności, nic spektakularnego, ale wystarczało. Po Londynie i po tym wszystkim nie miałem nawet w sobie tyle energii, żeby biegać po mieście i łapać każdą robotę, która spadnie z nieba. Nie budowałem siatki kontaktów, nie zbierałem poleceń. Bo i po co, skoro i tak stąd znikam? - Ale tak naplawdę, mam tlochę pracy, to fakt, ale nie asz tyle, szeby lobiś s siebie gwiazdę blanszy. Nie jestem stąd. Nie siedzę tu wystalszająco długo, szeby mieś kolejki klientów, nie buduję sobie bazy, nie ma, po co, skolo zalas i tak mnie tu nie będzie. - To zabrzmiało nieco sucho, może nawet zbyt rzeczowo, ale nie zamierzałem w tym tonąć. To był fakt - rzeczywistość, która nie bolała, jeśli nie próbowało się robić z niej czegoś więcej. Nie skłamałem - miałem co robić, ale nie byłem stąd, nie łapałem klientów na ślepo, nie miałem potrzeby budować sieci znajomości, chociaż nie chodziło tylko o to, że wiedziałem, że wyjadę. Chodziło o to, że nie bardzo miałem już dla kogo zostawać - nie tutaj, gdziekolwiek, a to znacznie zmieniało podejście do budowania bazy pomniejszych kontaktów, takich jak pośród pogorzelców, ofiar klątw po pożarach. Nie musiałem łapać każdego zlecenia, które się napatoczy - czasem pracowałem dlatego, że nie bardzo miałem inne zajęcia, bo to jedyne, co potrafiłem, to była jedyna struktura, którą miałem w życiu, ale tego nie powiedziałem. Nie trzeba było. Nie tłumaczyłem tego wszystkiego - nie musiałem, ale dałem jej znać, tyle, ile trzeba. Potrzebowała pogody ducha, by się pozbierać, nie gadania o cudzych perspektywach zawodowych i ich korelacji z życiem prywatnym albo jego brakiem.
- Gdybyś miała ochotę... - Powiedziałem po chwili - Mosemy podskoczyś lasem do Londynu, jak Elias skończy s oknami, mogę ci pomóc zabespieczyś mieszkanie... Dodatkowe ślodki ostloszności nie zaszkodzą, zwłaszcza po ostatnich tygodniach. - Te słowa zabrzmiały lekko i niezobowiązująco. Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem. Brzmiałem jak ktoś rzucający zwykłą propozycję, prostą i praktyczną, jakbyśmy mówili o czymś zwyczajnym - jak to, że po intensywnej burzy czasem sprawdza się dach - ale było w tym coś więcej. Po prostu... Nie chciałem, żeby znowu czuła się sama z tym wszystkim - nie po tym, co miało miejsce dziś i wtedy w Londynie z grupą chuliganów. Spojrzałem na nią jeszcze raz - nie wymagałem natychmiastowej odpowiedzi, to była propozycja do rozważenia na spokojnie, z perspektywy czasu. To nie była wielka sprawa, nie mówiłem tego tonem rycerza zakładającego zbroję. To był raczej rodzaj oferty, jak pomoc z meblami albo zaklęcie przeciwko ludzkim szkodnikom, zupełnie jakbym mówił: „Jeśli chcesz, mogę, ale nie muszę...”, ale pod skórą wydawało mi się, iż oboje wiedzieliśmy, że chodziło o coś więcej.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)