Była sobie w stanie wyobrazić skalę zniszczeń, jakie mogą zaprowadzić węże morskie. Choć jej specjalizacją nie były magiczne stworzenia, nie wiedziała jak je hodować, to nie była też ignorantką – można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Siłą rzeczy musiała się znać na faunie i florze, zwłaszcza od strony, z jakiej korzystać z niej przy warzeniu eliksirów i tworzeniu maści. Nie była specjalistką, w przeciwieństwie do Laurenta, Leviathana czy Geraldine, ale nie musiała być, żeby wiedzieć, że zwierzęta najczęściej atakują z powodu instynktu: poczucia zagrożenia. A jak wiadomo, atak był najlepszą obroną. Dlatego właśnie nie była za tym, by atakować je bez pierwszego upewnienia się, że nikt ich nie kontroluje, że po prostu podpłynęły tu bo się… zgubiły (chciała w to wierzyć, lecz drapała ją w głowę myśl, że jeden raz może być przypadkiem, ale dwa razy to już pewna reguła).
– Tak – odpowiedziała po chwili cicho Hestii, gdy już udało jej się uspokoić oddech. Wciąż czuła drapanie w gardle, ale to były takie serie – za dużo powietrza, drapanie, niepowstrzymany kaszel, za chwilę zaczynało się robić znośnie… Z początku myślała, że to nic, że nawdychała się za dużo dymu przez całą noc i kolejny dzień sprzątania bałaganu po Spalonej Nocy i samo przejdzie, a później zobaczyła w Czarownicy artykuł, w którym wypowiada się jej własny ojciec, że jednak więcej osób ma ten sam problem i nie jest on tak błahy. Jednak burdel w Ministerstwie i na ulicach Londynu i innych miastach nie dawał jej tego luksusu jakim był czas wolny, w którym ktoś mógłby ją zobaczyć. A przecież jej ojciec był uzdrowicielem, który się tym zajmował, skoro dał komentarz do gazety. I miała też w mieszkaniu siostrę, która była uzdrowicielką. – To tylko kaszel – mruknęła i odwróciwszy się z powrotem do całej reszty uśmiechnęła się przepraszająco.
Właściwie to Leviathan ubrał w słowa myśli, których sama nie potrafiła nazwać. Zgadzała się z nim w tym, że jednak warto spróbować uniknąć prowokowania węży i jednak spróbować je stąd wywabić z powrotem tam, skąd przypłynęły. Jak? Nie miała pojęcia, ale była gotowa pomóc przy konkretach, gdyby ktoś jej powiedział co ma robić.
– To może nie być taki zły pomysł. Marchewka na kiju – znaczy te ryby w sieci, za którymi węże mogłyby podążać. O ile, rzecz jasna, to były węże.
I również była za tym, by jednak przygotować się, że może trzeba będzie przejść do ofensywy – stąd jej propozycja, by obmyślić dwa warianty planu. Nawet gdyby się rozminęli z rzeczywistością, to mogło im to w pewien sposób pomóc.
Ze zdziwieniem przyjęła, że jeden z członków załogi zbliżył się do niej wyciągając do niej rękę z kubkiem. Przyjęła go, obdarzając mężczyznę zachęcającym uśmiechem.
– Dziękuję – kiwnęła nawet głową, przyglądając się nieznajomemu jeszcze przez moment. Wyglądał jak ktoś, kto nie miał łatwej nocy te trzy dni temu – ale kto miał? Ten paskudny pył to nie był jakiś tam zwykły pyłek i dym spalenizny, tego była pewna. Żaden normalny dym nie wzbijał się w gęstą, niemożliwą do rozproszenia chmurę, nie oblepiał płuc w ten sposób, nie lepił się do ciała… Ile o tym jeszcze nie wiedzieli?
Słuchała spokojnie całej reszty, kapitana, Laurenta… gdy mówił ten ostatni, Lestrange napiła się w końcu wody z kubka. Nie, nie wiedziała nic o tym, że miała im towarzyszyć druga jednostka, ale też po Spalonej Nocy zmieniło się zbyt wiele, by potrafiła się tym do końca przejąć. Jej dom na Pokątnej przetrwał, nie jedyny, ale stał i z pewnością ludzie gadali. Za to ich dom w Dolinie Godryka został dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi, nie ostało się po nim absolutnie nic… prócz jednego cholernego krzesła i książek, których nie dało się spalić. Ich rodzina pewnie zastanawiała się dlaczego, ale Victoria sądziła, że to była kara. Kara za to, że nie pokłoniła się przed Voldemortem w Limbo.
– Jesteśmy tu z Hestią, by czuwać nad bezpieczeństwem wszystkich na tym statku. Zrobimy co możemy, nie będziemy nikomu wchodzić w drogę, ani plątać się pod butami – a z pewnością nie zamierzała się wciskać do pracy specjalistów od żeglugi, nawigacji morskiej, oraz tych od magicznych bestii. – Czy jest tu ktoś, kto chciałby dowodzić, gdy już wpłyniemy na zagrożony obszar? – póki co nikt na głos nie podjął tego tematu, prócz Laurenta, który stwierdził, że to może być trudne. Może i będzie, ale prawda była taka, że musieli mieć tu jedną osobę powiedzmy, że decyzyjną, bo inaczej wszystko im się rozmyje i każdy będzie robić cokolwiek. Jednocześnie nie uważała, by to powinna być ona lub Hestia – bo tak jak obie mówiły, miały konkretne zadanie i powód, dla którego się tutaj znalazły. – Powinna to być osoba, która zna się na magicznych bestiach, która będzie w stanie rozpoznać, czy te stworzenia są tylko przestraszone, czy może jednak chcą zaatakować same, albo… cokolwiek się z nimi dzieje – kontynuowała, a czując, że znowu zaczyna ją drapać w gardle, upiła kolejne łyki z kubka. Z grubsza – powinien być to ktoś, kto jest specjalistą, żeby wiedzieli, którą wersję planu przyjmują. – Czyli Geraldine, Laurent albo Leviathan, któreś z was. To wyprawa organizowana przez Artemis… ale może macie inne zdanie. I przede wszystkim ty, Gerry. Czy w ogóle chcesz – jej typem była Geraldine właśnie dlatego, że byli tutaj z powodu Artemis. Ale szanowała, że kobieta mogłaby nie chcieć brać na siebie takiej roli.