29.06.2025, 16:19 ✶
Zareagowałem na jej słowa skinieniem głowy, powolnym, lecz zdecydowanie. Nie zamierzałem się z nią spierać - miała rację - trochę za dużo złego się wydarzyło, i to nie były tylko ogólne stwierdzenia, to były zdania wypowiedziane przez kogoś, kto naprawdę tam był, widział to wszystko z bliska. Byliśmy w samym środku tego chaosu, tego, co się rozpadało. Potrzebowaliśmy odpoczynku, nie kolejnego przedstawienia. Oboje widzieliśmy to samo, oboje rozumieliśmy - wystarczyło jedno spojrzenie, kilka słów. Romulus miał swoje pięć minut, a Prue zasługiwała na więcej niż oglądanie tego, jak ludzie z otoczenia mającego być bezpieczną przystanią przekraczają granice, które nigdy nie powinny zostać naruszone. Zwłaszcza tak świadomie - nawet jeśli to była desperacja, jeśli to był krzyk o pomoc w walce ze sobą, to już nie miało znaczenia. Nie dla niej, nie dla mnie, a prawdopodobnie też nie dla pozostałych. Była późna, naprawdę późna godzina, zbyt późna na analizowanie zdarzeń, a jednak - oczywiście - wiedzieliśmy, że oboje o nich myślimy. To nie tak powinien wyglądać ten czas...
- Dlatego nikt nie zamiesza dłuszej znosiś niepotszebnych dlamatów. - Powiedziałem cicho, z nutą czegoś, czego nie nazwałbym litością. Spadająca gwiazda, nazwałbym go w ten sposób - tak - tyle, że nie ta, na której widok wypowiadało się życzenie, licząc, iż się spełni. To określenie brzmiało efektownie, ale w rzeczywistości to był tylko kawałek skały, który spala się w atmosferze. To było coś, co leciało w dół, płonąc, aż do całkowitego zniknięcia z zasięgu wzroku, a tym samym z pamięci. Szkoda, że niektórym wydawało się, że błysk wystarczy, żeby coś po nich zostało... Nie było we mnie litości dla tego, co się wydarzyło - nie dla niego, Romulusa, może tylko dla nas, dla tego, co zostało. Trochę zawodu, trochę pustki, ale żadnych złudzeń. Nie powinniśmy byli wracać do tego tematu, zresztą nie wróciliśmy - zmieniliśmy go na coś, co było łatwiejsze.
Uśmiechnąłem się pod nosem, zanim jeszcze zdążyłem nad tym zapanować, a potem odruchowo spróbowałem ten uśmiech stłumić, jakby nagle coś we mnie uznało, że nie wypada, że to nie czas, żeby się śmiać. Nie dlatego, że nie było w tym nic zabawnego - przeciwnie. Spróbowałem przez chwilę zagrać poważniejszego niż byłem, zmrużyłem lekko oczy, spojrzałem na nią, potem rozejrzałem się teatralnie po okolicy, jakby to, co zaraz powiem, miało mieć jakąś wagę. Wyprostowałem się trochę, ściągnąłem brwi, jak gdybym właśnie usłyszał coś, co autentycznie mnie zaniepokoiło, i odchrząknąłem, przysuwając się nieco bliżej. Westchnąłem przy tym cicho i teatralnie zniżyłem głos, udając śmiertelną powagę.
- W szeczywistości jestem s soli, jak wsyscy moi klewniasy, dlatego kaszdy s tego lodu jeszt taki wledny, celowo wywołujemy łzy, szeby losnąś w siłę. - Powiedziałem wreszcie, ledwo powstrzymując rozbawienie. - Nie lubię deszczu, ale mogę szię kąpaś w moszach i oceanach, jeśli tylko stęszenie zasolenia jeszt właściwe. Zbyt słodka woda lobi mi kszywdę. - Utrzymałem przez chwilę spojrzenie.
Po chwili znów umilkłem, patrząc gdzieś w morski horyzont, który tej nocy był ledwie cieniem samego siebie - rozmazanym, rozświetlonym tylko blaskiem księżyca wychylającego się zza chmur i kilku bladych gwiazd. Kąciki ust zadrżały mi znowu, nie mogłem się powstrzymać, ale nie powiedziałem już nic więcej. Tylko spojrzałem na nią kątem oka, po czym dodałem znacznie ciszej, łagodniej:
- Znikam dokładnie tak, jak szię pojawiam. - Mruknąłem, przesuwając wzrok z powrotem na linię horyzontu, której nie było prawie widać. - Laszej niezauwaszalnie, bez wielkiej stlaty dla otoszenia, gdyby ktoś był tym losczalowany, to byłoby jusz osiągnięcie. - To był już inny ton - spokojny, nieco surowszy, ale bez goryczy - nie mówiłem tego, by ją przygotować, ani po to, by się odsuwać. Po prostu taka była prawda - nie zawsze chciałem zostawać, nie zawsze mogłem, nie zostawałem nigdzie wystarczająco długo, by to zaczynało być problemem. Ani dla kogoś, ani dla mnie. Wcale nie żartowałem - to było we mnie zakorzenione głębiej, niż bym chciał przyznać. Może i nie umiałem być gwiazdą wieczoru, prawdziwą ani taką jak Romulus, nie miałem takiego daru do spektakli, ale miałem za to dar do znikania bez huku, bez śladu, cicho. Nawet jeśli ktoś się orientował, że mnie nie ma, zazwyczaj było już za późno, żeby pytać, dokąd poszedłem.
Wciąż ją obejmowałem, zupełnie naturalnie, bez zastanowienia, bez wysiłku. Była blisko, przy moim boku, wtulona. Moja ręka spoczywała swobodnie na jej ramieniu, ale kiedy poczułem, jak się wzdryga, jakby coś zimnego przebiegło jej po karku - zacisnąłem dłoń mocniej. Przyciągnąłem ją do siebie, nie mówiąc nic, nie komentując - nie pytałem, nie analizowałem. Zamiast tego przesunąłem się też nieznacznie po trawie, przesuwając biodro i nogę, żeby osłonić ją lepiej od tyłu. Nie chodziło o to, że miało jej być zimno albo coś mogło nas podejść od tyłu - to był odruch, stary nawyk, chociaż wcześniej zdawałoby się, że długo wypierany, ale w tych okolicznościach - naturalny.
To była pora, którą lubiłem najbardziej - późna noc, gdy wszystko cichło, a rzeczywistość robiła się trochę nienamacalna, bardziej rozmyta, jakby chwilowo mniej zobowiązująca, nie było w niej hałasu, ani światła, które obnażało zbyt wiele. W nocy człowiek był bardziej sobą, albo kimś, kim nigdy nie miał odwagi być za dnia. Byliśmy tu tylko my - samotna skarpa, noc, morze poniżej, rytmiczne uderzenia fal - zbyt ciche, by zakłócać ciszę, ale wystarczająco głośne, by stworzyć tło.
- Nie jest to dla mnie ploblemem. - Odpowiedziałem cicho, zupełnie spokojnie. Nie musiałem mówić, że naprawdę chciałem jej pomóc z mieszkaniem - to nie była żadna misja, heroiczny gest. Po prostu... Chciałem, nie dlatego, że sądziłem, iż sobie nie poradzi, ani też nie dlatego, że myślałem o niej w kategorii „mojej kobiety” - to nie była taka relacja. Nawet jeśli przekroczyliśmy pewne granice - a przecież oboje wiedzieliśmy, że tak i nie da się o tym zapomnieć- nie próbowaliśmy z tego nic budować, nie snuliśmy planów, byliśmy tu i teraz... Może coś w tym było - nie tyle w samej świadomości tymczasowości tej relacji, ile w tym, co było pod nią. W tej prawdzie, że każda stabilizacja, przywiązanie, to już krok w coś, czego nie da się szybko i bezboleśnie opuścić.
Słysząc jej „nie myślałam jeszcze o tym”, nie musiałem pytać, o czym - wiedziałem - o tym, co będzie, kiedy wróci, co ją czeka w Londynie, jak będzie wyglądało życie po wszystkim. Prawdę mówiąc, sam nie wiedziałem, jak będzie wyglądało. Stolica miała teraz wiele twarzy, i żadna z nich nie była szczególnie zachęcająca.
- Nie musisz jeszcze o tym myśleś. - Powiedziałem. - Masz palę dni, Londyn nie ucieknie, niestety. - Westchnąłem cicho, czując, jak chłód wciska się między materiał mojej koszuli a skórę. Przesunąłem lekko kciukiem po jej ramieniu, powoli, jednostajnie.
- Dlatego nikt nie zamiesza dłuszej znosiś niepotszebnych dlamatów. - Powiedziałem cicho, z nutą czegoś, czego nie nazwałbym litością. Spadająca gwiazda, nazwałbym go w ten sposób - tak - tyle, że nie ta, na której widok wypowiadało się życzenie, licząc, iż się spełni. To określenie brzmiało efektownie, ale w rzeczywistości to był tylko kawałek skały, który spala się w atmosferze. To było coś, co leciało w dół, płonąc, aż do całkowitego zniknięcia z zasięgu wzroku, a tym samym z pamięci. Szkoda, że niektórym wydawało się, że błysk wystarczy, żeby coś po nich zostało... Nie było we mnie litości dla tego, co się wydarzyło - nie dla niego, Romulusa, może tylko dla nas, dla tego, co zostało. Trochę zawodu, trochę pustki, ale żadnych złudzeń. Nie powinniśmy byli wracać do tego tematu, zresztą nie wróciliśmy - zmieniliśmy go na coś, co było łatwiejsze.
Uśmiechnąłem się pod nosem, zanim jeszcze zdążyłem nad tym zapanować, a potem odruchowo spróbowałem ten uśmiech stłumić, jakby nagle coś we mnie uznało, że nie wypada, że to nie czas, żeby się śmiać. Nie dlatego, że nie było w tym nic zabawnego - przeciwnie. Spróbowałem przez chwilę zagrać poważniejszego niż byłem, zmrużyłem lekko oczy, spojrzałem na nią, potem rozejrzałem się teatralnie po okolicy, jakby to, co zaraz powiem, miało mieć jakąś wagę. Wyprostowałem się trochę, ściągnąłem brwi, jak gdybym właśnie usłyszał coś, co autentycznie mnie zaniepokoiło, i odchrząknąłem, przysuwając się nieco bliżej. Westchnąłem przy tym cicho i teatralnie zniżyłem głos, udając śmiertelną powagę.
- W szeczywistości jestem s soli, jak wsyscy moi klewniasy, dlatego kaszdy s tego lodu jeszt taki wledny, celowo wywołujemy łzy, szeby losnąś w siłę. - Powiedziałem wreszcie, ledwo powstrzymując rozbawienie. - Nie lubię deszczu, ale mogę szię kąpaś w moszach i oceanach, jeśli tylko stęszenie zasolenia jeszt właściwe. Zbyt słodka woda lobi mi kszywdę. - Utrzymałem przez chwilę spojrzenie.
Po chwili znów umilkłem, patrząc gdzieś w morski horyzont, który tej nocy był ledwie cieniem samego siebie - rozmazanym, rozświetlonym tylko blaskiem księżyca wychylającego się zza chmur i kilku bladych gwiazd. Kąciki ust zadrżały mi znowu, nie mogłem się powstrzymać, ale nie powiedziałem już nic więcej. Tylko spojrzałem na nią kątem oka, po czym dodałem znacznie ciszej, łagodniej:
- Znikam dokładnie tak, jak szię pojawiam. - Mruknąłem, przesuwając wzrok z powrotem na linię horyzontu, której nie było prawie widać. - Laszej niezauwaszalnie, bez wielkiej stlaty dla otoszenia, gdyby ktoś był tym losczalowany, to byłoby jusz osiągnięcie. - To był już inny ton - spokojny, nieco surowszy, ale bez goryczy - nie mówiłem tego, by ją przygotować, ani po to, by się odsuwać. Po prostu taka była prawda - nie zawsze chciałem zostawać, nie zawsze mogłem, nie zostawałem nigdzie wystarczająco długo, by to zaczynało być problemem. Ani dla kogoś, ani dla mnie. Wcale nie żartowałem - to było we mnie zakorzenione głębiej, niż bym chciał przyznać. Może i nie umiałem być gwiazdą wieczoru, prawdziwą ani taką jak Romulus, nie miałem takiego daru do spektakli, ale miałem za to dar do znikania bez huku, bez śladu, cicho. Nawet jeśli ktoś się orientował, że mnie nie ma, zazwyczaj było już za późno, żeby pytać, dokąd poszedłem.
Wciąż ją obejmowałem, zupełnie naturalnie, bez zastanowienia, bez wysiłku. Była blisko, przy moim boku, wtulona. Moja ręka spoczywała swobodnie na jej ramieniu, ale kiedy poczułem, jak się wzdryga, jakby coś zimnego przebiegło jej po karku - zacisnąłem dłoń mocniej. Przyciągnąłem ją do siebie, nie mówiąc nic, nie komentując - nie pytałem, nie analizowałem. Zamiast tego przesunąłem się też nieznacznie po trawie, przesuwając biodro i nogę, żeby osłonić ją lepiej od tyłu. Nie chodziło o to, że miało jej być zimno albo coś mogło nas podejść od tyłu - to był odruch, stary nawyk, chociaż wcześniej zdawałoby się, że długo wypierany, ale w tych okolicznościach - naturalny.
To była pora, którą lubiłem najbardziej - późna noc, gdy wszystko cichło, a rzeczywistość robiła się trochę nienamacalna, bardziej rozmyta, jakby chwilowo mniej zobowiązująca, nie było w niej hałasu, ani światła, które obnażało zbyt wiele. W nocy człowiek był bardziej sobą, albo kimś, kim nigdy nie miał odwagi być za dnia. Byliśmy tu tylko my - samotna skarpa, noc, morze poniżej, rytmiczne uderzenia fal - zbyt ciche, by zakłócać ciszę, ale wystarczająco głośne, by stworzyć tło.
- Nie jest to dla mnie ploblemem. - Odpowiedziałem cicho, zupełnie spokojnie. Nie musiałem mówić, że naprawdę chciałem jej pomóc z mieszkaniem - to nie była żadna misja, heroiczny gest. Po prostu... Chciałem, nie dlatego, że sądziłem, iż sobie nie poradzi, ani też nie dlatego, że myślałem o niej w kategorii „mojej kobiety” - to nie była taka relacja. Nawet jeśli przekroczyliśmy pewne granice - a przecież oboje wiedzieliśmy, że tak i nie da się o tym zapomnieć- nie próbowaliśmy z tego nic budować, nie snuliśmy planów, byliśmy tu i teraz... Może coś w tym było - nie tyle w samej świadomości tymczasowości tej relacji, ile w tym, co było pod nią. W tej prawdzie, że każda stabilizacja, przywiązanie, to już krok w coś, czego nie da się szybko i bezboleśnie opuścić.
Słysząc jej „nie myślałam jeszcze o tym”, nie musiałem pytać, o czym - wiedziałem - o tym, co będzie, kiedy wróci, co ją czeka w Londynie, jak będzie wyglądało życie po wszystkim. Prawdę mówiąc, sam nie wiedziałem, jak będzie wyglądało. Stolica miała teraz wiele twarzy, i żadna z nich nie była szczególnie zachęcająca.
- Nie musisz jeszcze o tym myśleś. - Powiedziałem. - Masz palę dni, Londyn nie ucieknie, niestety. - Westchnąłem cicho, czując, jak chłód wciska się między materiał mojej koszuli a skórę. Przesunąłem lekko kciukiem po jej ramieniu, powoli, jednostajnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)