29.06.2025, 20:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2025, 22:18 przez Hannibal Selwyn.
Powód edycji: literówka
)
Jedynym, co skradł pieprzony złodziejaszek, była uwaga Henry’ego - i ta pozornie niewielka strata całkiem zburzyła tę odrobinę dobrego humoru, jaka mogła się jeszcze tlić w Hannibalu i resztki jego poczucia kontroli nad sytuacją.
Przyjął lizaka - zapewne natrafi się jeszcze jakieś dziecko do pocieszenia - na tę myśl stanęła mu przed oczami pełna cichej rozpaczy scena z atrium, ojciec i może czterolatek, oboje brudni, dorosły w ewidentnym szoku, dziecko we łzach, jeszcze nie rozumiejące traumy, jaką waśnie mu zafundowano. Matki nie było w zasięgu wzroku i niewyraźne, zadawane przez łzy pytania dziecka, sprawiały, że w głowie Hannibala pojawiały się wizje tego, skąd pochodzi krew na rękach i ubraniu ojca. Każda gorsza od poprzedniej, każda bardziej tragiczna.
Poczuł, jakby węzeł w jego piersi zacisnął się bardziej. Kolejne emocje, z którymi najwyraźniej musiał sobie poradzić sam, bo ta noc właśnie to pokazywała. Hannibal Selwyn mógł mieć wokół tłum ludzi, ale ostatecznie był sam. Na scenie. W atrium. Na ulicy.
Zacisnął usta, z godnością poprawił na ramionach kurtkę i przybrał pozory nonszalancji, odsuwając się o krok od Lockharta. Nie patrząc nawet w stronę, w którą uciekł kieszonkowiec, ze wzruszeniem ramion odpowiedział:
- Niech spierdala. BUM pewnie i tak nie przejmie się drobnym złodziejaszkiem, kiedy płoną lasy - skrzywił się na myśl, że jego alegoria stawiała tego gnojka na pozycji róży. To już nawet nie była ironia losu, chyba prędzej przejaw jego bezguścia. Losu, oczywiście, bo przecież nie Selwyna. Przynajmniej jego głos był już całkiem równy i opanowany, nawet, jeżeli przed następną wypowiedzią musiał odkaszlnąć.
- Do atrium nie wracam, atakują mnie tam pismaki - słowa były napędzane z trudem skrywaną irytacją, ale miał nadzieję, że Henry zrozumie, że pozbawione szacunku określenie nie rozciąga się na niego - ale słyszałem, że w Norze Nory można dostać jedzenie i pomoc. I może w bezpieczny sposób uda ci się zdobyć jakieś inne zdjęcia, niż to, co pojawi się wszędzie jutro rano - wskazał głową na wejście do budynku Ministerstwa, gdzie zapewne większość dziennikarzy poszukiwała sensacyjnych newsów lub chwytających za serce ujęć tej nocy. Mimo całej swojej frustracji, nie mógł ich winić za to, że nie kwapili się do biegania z aparatem po ulicy, jak Henry. Sam też pragnął spokoju i wytchnienia, ale jeżeli jego nowo mianowany przyjaciel zamierzał się narażać - odważnie, czy głupio, pozostawało kwestią otwartą - Hannibal nie chciał go zostawiać samego. Albo może sam nie chciał zostawać sam… Czy to było ważne w tym momencie?
// Odgrywam: Primabalerina (Hannibal złości się, że nie jest w centrum zainteresowania)
Przyjął lizaka - zapewne natrafi się jeszcze jakieś dziecko do pocieszenia - na tę myśl stanęła mu przed oczami pełna cichej rozpaczy scena z atrium, ojciec i może czterolatek, oboje brudni, dorosły w ewidentnym szoku, dziecko we łzach, jeszcze nie rozumiejące traumy, jaką waśnie mu zafundowano. Matki nie było w zasięgu wzroku i niewyraźne, zadawane przez łzy pytania dziecka, sprawiały, że w głowie Hannibala pojawiały się wizje tego, skąd pochodzi krew na rękach i ubraniu ojca. Każda gorsza od poprzedniej, każda bardziej tragiczna.
Poczuł, jakby węzeł w jego piersi zacisnął się bardziej. Kolejne emocje, z którymi najwyraźniej musiał sobie poradzić sam, bo ta noc właśnie to pokazywała. Hannibal Selwyn mógł mieć wokół tłum ludzi, ale ostatecznie był sam. Na scenie. W atrium. Na ulicy.
Zacisnął usta, z godnością poprawił na ramionach kurtkę i przybrał pozory nonszalancji, odsuwając się o krok od Lockharta. Nie patrząc nawet w stronę, w którą uciekł kieszonkowiec, ze wzruszeniem ramion odpowiedział:
- Niech spierdala. BUM pewnie i tak nie przejmie się drobnym złodziejaszkiem, kiedy płoną lasy - skrzywił się na myśl, że jego alegoria stawiała tego gnojka na pozycji róży. To już nawet nie była ironia losu, chyba prędzej przejaw jego bezguścia. Losu, oczywiście, bo przecież nie Selwyna. Przynajmniej jego głos był już całkiem równy i opanowany, nawet, jeżeli przed następną wypowiedzią musiał odkaszlnąć.
- Do atrium nie wracam, atakują mnie tam pismaki - słowa były napędzane z trudem skrywaną irytacją, ale miał nadzieję, że Henry zrozumie, że pozbawione szacunku określenie nie rozciąga się na niego - ale słyszałem, że w Norze Nory można dostać jedzenie i pomoc. I może w bezpieczny sposób uda ci się zdobyć jakieś inne zdjęcia, niż to, co pojawi się wszędzie jutro rano - wskazał głową na wejście do budynku Ministerstwa, gdzie zapewne większość dziennikarzy poszukiwała sensacyjnych newsów lub chwytających za serce ujęć tej nocy. Mimo całej swojej frustracji, nie mógł ich winić za to, że nie kwapili się do biegania z aparatem po ulicy, jak Henry. Sam też pragnął spokoju i wytchnienia, ale jeżeli jego nowo mianowany przyjaciel zamierzał się narażać - odważnie, czy głupio, pozostawało kwestią otwartą - Hannibal nie chciał go zostawiać samego. Albo może sam nie chciał zostawać sam… Czy to było ważne w tym momencie?
// Odgrywam: Primabalerina (Hannibal złości się, że nie jest w centrum zainteresowania)