30.06.2025, 08:12 ✶
Pokręciłem lekko głową z cichym westchnieniem, które uleciało z moich ust niemal niedosłyszalnie - nie jako wyraz zmęczenia czy ciężaru, który nadal czułem wewnątrz piersi, lecz jak coś, co próbując stłumić, wreszcie i tak musiałem wypuścić z siebie, bo już nie było sensu tego dłużej powstrzymywać. Może był to ślad po złości, może po zmęczeniu. Nie rozgadywałem się na temat Romulusa - nie teraz - ale jego wybryk, niezależnie od tego, co go popchnęło do takich działań, wciąż drażnił mnie pod skórą. Można było być zagubionym, mieć poprzestawiane w głowie - sam nie byłem od tego wolny - ale pewnych granic się nie przekraczało, szczególnie wobec ludzi, których nazywało się przyjaciółmi. Doskonale znałem ten mechanizm - próby skradzenia komuś nawet drobnych okruchów spokoju, bo: „Jak śmiesz czuć się dobrze, kiedy mój świat płonie?!” Był obrzydliwy, odstręczający, żałosny - trudno mi było uwierzyć w to, że Potter wyrósł na takiego człowieka, ale najwidoczniej w listach nie dało się wyczytać wszystkiego, tamta rzeczywistość na papierze była w tym wypadku wyjątkowo przekłamana.
Siedziałem przy Prue, nie mówiąc o tym więcej, z pozornym spokojem - tak jakbym rzeczywiście umiał się już całkowicie wyciszyć, zostawić to za sobą, ale ja nigdy niczego naprawdę nie zostawiałem - prawda była taka, że tylko nauczyłem się nosić pewne rzeczy głębiej. Cisza między nami była dobra, by to zrobić - skorzystać z tych schematów, stłumić emocje. Nie musieliśmy niczego przegadywać po raz setny. Wewnętrznie liczyłem, iż również nie tego, że naprawdę powinna uwierzyć w moje słowa. Może nie od razu, ale z czasem, po chwili namysłu. Prudence widziała wszystkie reakcje, na pewno je zauważyła, była cholernie spostrzegawcza. Widziała, jak szybko reszta - w tym ja - stanęliśmy między nim a nią, i jeśli miała wątpliwości, czy to coś znaczyło, to wystarczyło, że spojrzała, jak bardzo nie musieliśmy się nad tym zastanawiać.
Potter... Cóż. Wciąż nie do końca wiedziałem, jak to sobie uporządkować w głowie. Byli tacy, którzy się załamują, gdy uświadamiają sobie zdradę tego typu, przemianę przyjaciela we wroga. Inni stają się ostrzejsi, zimniejsi, bardziej cięci. W moim odczuciu żadna z tych opcji nie była zupełnie właściwa, ale przekroczenie tej granicy - granicy zaufania, przywiązania, tej, która powinna być nieprzekraczalna - było dla mnie czymś, czego nie dało się odwrócić. Jeśli zrobił to raz, zrobi to znowu - nie obchodziło mnie, czy był zdesperowany, przerażony, wściekły. Wybaczanie zdrady zawsze było luksusem, na który nie było mnie stać. Wydawało mi się, że Prudence także nie powinna tego robić, chociaż nie zamierzałem jej pytać o to, co zamierza zrobić, gdy - prędzej czy później - znów spotka Romulusa.
Nie musiała mówić wprost, że ją to wyjątkowo mocno obeszło - widziałem to, czułem. Nawet przez tę całą jej chłodną powłokę - to, co starannie wykuwała w sobie w zbroję. Nie trzeba było być telepatą ani nikim nadzwyczajnym. Wystarczyło znać ten ton, tę mimikę, to jedno spojrzenie, którym człowiek przypadkiem zdradza coś, co wolałby zachować dla siebie, i właśnie to... Właśnie to miało znaczenie.
Spojrzałem przed siebie - czerń morza prawie nie odznaczała się od czerni nieba, tylko linia horyzontu pozwalała jeszcze wierzyć, że gdzieś tam kończy się jedno, a zaczyna drugie. Potem, kiedy przeszliśmy w bardziej absurdalne rejony, pozwoliłem sobie na lekki, niewymuszony śmiech, głęboki i cichy.
- Mosze Czelwone, Zatoka Pelska... - Powtórzyłem zamyślony, jakbym naprawdę analizował dane statystyczne. Ten komentarz mnie rozbawił, ale to było dostrzegalne tylko przez ułamek sekundy, potem spoważniałem, chociaż nie zamierzałem pogrążać nas znów w ciemnych myślach, tylko zachować pozory mówienia na serio. - Wies, musiałbym splawdziś ich skład minelalny, ale bszmi kusząso. - Uśmiechnąłem się znowu - nieco łagodniej, cieplej niż wcześniej. Kiedy Prue przeszła do tematu jezior i mórz, przekomarzała się, z tą swoją charakterystyczną, nieoczywistą lekkością, która nie była lekkomyślna, tylko przemyślana, pełna wyczucia - jak wszystko w niej - nie potrafiłem nie poczuć tego wewnętrznego ciepła. - Łzy szą efektowne. - Odmruknąłem. - Ale mas lasję, cholelnie czasochłonne, a ja s wiekiem lobię szię colas balsiej leniwy. Zatoka to lepsza opcja, a co do kąpieli w jeziosze... To chyba powinna zostaś oficjalnie skleślona s listy atlakcji. - Przytaknąłem z udawaną powagą. - Dobsze, sze to odnotowałaś, bo... Wiesz, nie to, szeby coś, ale nie chciałbym szię lospuściś pszy tobie w ten sposób, chociasz… S dlugiej stlony, mosze to i byłoby całkiem poetyckie zakończenie. A s tszesiej, chyba zszynka s jednej s tych niepokojąsych bajek dla dzieci, co nie? - Oparłem się nieco wygodniej, nadal trzymając dłoń na jej ramieniu. Czułem, jak oddycha - regularnie, miarowo. Chyba udało mi się pomóc jej chociaż odrobinę wyciszyć. A może to ona wyciszała mnie? Cholera wiedziała. Oboje po prostu potrzebowaliśmy czegoś stałego na te kilka chwil, nawet jeśli miało to być tylko siedzenie na skarpie i gadanie o głupotach.
- Dobla, jeśli szeszywiście jestem solnym księciem, to mosze powinniśmy loswaszyś wycieczkę do Joldanii, zamiast do Amelyki Łacińskiej. - Dodałem po chwili, z cieniem uśmiechu, próbując podtrzymać tę abstrakcyjną, lżejszą linię rozmowy, którą zaczęliśmy. - Tam ponoś mosna szię położyś na wodzie i czytaś ksiąszkę bez najmniejszego wysiłku.
Wzruszyłem ramionami, może trochę zbyt nonszalancko, jak na to, co naprawdę czułem, ale nie lubiłem się nad sobą rozczulać, ani rozwodzić - nie miało to sensu.
- Mosze i nietypowa... - Mruknąłem, lekko przekręcając głowę, żeby na nią spojrzeć. - Ale nie jakaś wyjątkowa. Umiejętność jak kaszda inna. Kaszdy ma coś, w czym jest dobly, plawda? Ja akurat jestem zajebisty w pojawianiu szię i w znikaniu. - Mruknąłem z półuśmiechem. Nie trzeba się za bardzo starać, jak się ćwiczy przez parędzieści lat. Bywali tacy, którzy potrzebowali mieć swoje miejsce, i byli tacy, którzy po prostu woleli wiedzieć, gdzie są drzwi. Ja zawsze wolałem drzwi. Była w tym wszystkim nuta przyzwyczajenia. Takiej znajomej, cichej akceptacji, z jaką patrzy się na płonący nieużytek - na kawał łąki, który ktoś celowo corocznie podpala - bez zdziwienia, bez krzyku, bo przecież zna się już ten zapach, zna się konsekwencje i wie się, że po wszystkim zostaje tylko osmolona ziemia i konieczność zaczęcia na nowo. - To nie tak olyginalne, jak znakomita pamięś do szczegółów i zajebiście mądla głowa. - Powiedziałem to tak, jakbym mówił o czymś oczywistym. Nie kryło się za tym specjalne znaczenie - przynajmniej nie teraz - ot, fakt z życiorysu. Mojego i Prudence. Zamilkłem, pozwalając, by te słowa wybrzmiały tak, jak powinny. Nie szukałem potwierdzenia, nie oczekiwałem zaprzeczenia. Mówiłem prosto, może zbyt szczerze, ale nie czułem, by miało to cokolwiek zmienić między nami. Ona i tak już widziała więcej, niż większość ludzi, których spotkałem w ciągu ostatnich miesięcy.
Oparła głowę o moje ramię, jakby to było zupełnie naturalne, i... W zasadzie takie było, a przynajmniej tak to czułem - nie musieliśmy sobie nic wyjaśniać. Siedziała blisko, przy mnie, i w tej jednej chwili świat wyglądał jak coś, co można jeszcze jakoś zrozumieć. Zasłyszane „to dobrze” przyjąłem z cichym skinieniem, którego pewnie nawet nie zauważyła. Cieszyło mnie, że ona też nie próbowała nadawać temu innego znaczenia, wszystko mieliśmy przecież ustalone. Ten tydzień - tyle, nic ponadto, ale to nie wykluczało troski, nie wykluczało chęci. Czasem to, że coś było z góry określone, jako skończone, dawało większą wolność niż jakiekolwiek zobowiązania. Poprawiłem się na trawie, nie poruszając się zanadto, żeby nie przerwać tej chwili.
- Jasne, daj mi znaś, wybieszemy szię, kiedy będziesz gotowa. Nie będę cię poganiał. - Zabrzmiało to jak banał, ale nie przeprosiłem za to - chyba nie musiałem. Nie wyglądała na kogoś, kto oczekuje ode mnie wygłaszania głębokich manifestów. Nie dodałem: „To twoje miejsce.”, ale to było oczywiste - ona miała tam mieszkanie, przeszłość, przyszłość, rodzinę, znajomych - ja miałem tam tylko stare nazwisko i parę głupich błędów, które wciąż mogły mieć długie cienie.
Zamilkłem na moment, bo to, co miałem dodać, nie brzmiało najlepiej. A mimo to, cicho dopowiedziałem kolejne słowa, robiąc to prawie bezbarwnie:
- Tylko... W Londynie tszeba będzie uwaszaś, to nie wszosowiska i klify. To, co tutaj uchodzi nam płazem, tam mosze przyciągaś uwagę. Nie chcę ci ściągaś kłopotów na głowę. Nie do końca wiem, kto mnie tam jeszcze lubi, a kto jusz niekoniecznie, i nie chcę, szebyś obelwała lykoszetem, nie po tym wszystkim. - Mówiłem to spokojnie, nawet z odrobiną dystansu, ale byłem świadomy zagrożenia. Tamte ulice miały swoje zasady, tam nie byliśmy już wśród wrzosowisk, a ja nie byłem takim gościem, którego się zapraszało na herbatkę. No, chyba że taką, o której kiedyś mówiliśmy - tą ze Śmierciożercami. - Nie jestem pewien, czy powinniśmy szię tam pokasywaś lasem. Nie wiem, kto mnie widział, kto szię domyślił, kto jeszcze mosze szię domyśliś. Ty masz swoje szysie. Nie chcę ci go skomplikowaś tylko dlatego, sze chwilowo... - Urwałem, bo nie wiedziałem, jak to zakończyć - że chwilowo się przy mnie lepiej czuje? Że chwilowo jesteśmy sobie bliscy? Że chwilowo... Jestem potrzebny jej a ona mi? - Zlesztą niewaszne. - Rzuciłem krótko. - Po plostu nie chcę, szeby pszese mnie coś ci szię zwaliło na głowę. Coś golszego od tego, sze chyba jusz szlag tlafił nasze plany bycia incognito pszed pozostałymi. - Powiedziałem to bez dramatyzmu, bez tego tonu, który miałby sugerować, że jestem chodzącym problemem. Nie musiałem sugerować - po prostu taki był fakt. Wolałem, żeby była świadoma.
Pokiwałem lekko głową, kiedy mówiła o powrocie do miasta - nie tylko dla potwierdzenia, że słyszę, ale też z jakimś cichym, trudnym do zdefiniowania zrozumieniem. Nie musiała mi tłumaczyć, jak to wyglądało, co czuła, co widziała - wiedziałem, domyślałem się. Byliśmy tam razem. Nie komentowałem tego, że wciąż się zbierała do powrotu. Nie zdziwiło mnie to - ktokolwiek próbowałby wcisnąć mi kit, że z łatwością miał wbić się z powrotem w rytm po czymś takim, byłby albo idiotą, albo kłamcą. Londyn po pożarach nie był tym samym miejscem, a ona miała pełne prawo nie chcieć się z nim konfrontować bez przygotowania i siły.
- Wiem. - Mruknąłem. - Sze wypada, ale nikt ci nie kasze wlacaś jusz dziś... Albo jutro. Nie ma tesz leguły, któla mówi, sze musisz mieś plan na wszystko od lasu. - Zapewniłem, wzruszając lekko ramieniem. - Poza tym... Niewaszne, jak dobsze zaplanujesz powlót, i tak coś szię zmieni, zanim postawisz nogę w progu. Uwiesz mi, słuchasz ekspelta. Lepiej po plostu wróciś i zobaczyś, co szię stało. Nawet jeśli ktoś będzie czegoś od ciebie oczekiwał, to co s tego? To twój dom, twój powlót, lób to po swojemu.
Nie byłem przeciwnikiem planów, ale wiedziałem, że nie da się przewidzieć wszystkiego - zwłaszcza po tym, co widzieliśmy. Pożary zmieniły więcej niż tylko układ ulic - zmieniły ludzi, układ sił, napięcie w powietrzu. Wszystko. Zresztą… Trudno było planować powrót do rzeczywistości, której jeszcze nie znało się w nowej wersji. Niby ta sama ulica, ten sam adres, ale już nie to samo miejsce - nie ten sam Londyn. Nie to samo miasto, nie ci sami ludzie. Nagle okazuje się, że niektórzy potrafią cię zdradzić szybciej niż mrugniesz, innym niespodziewanie zaufasz prędzej niż komukolwiek, a inni znikają, zanim zdążysz zapamiętać ich głos.
Siedziałem przy Prue, nie mówiąc o tym więcej, z pozornym spokojem - tak jakbym rzeczywiście umiał się już całkowicie wyciszyć, zostawić to za sobą, ale ja nigdy niczego naprawdę nie zostawiałem - prawda była taka, że tylko nauczyłem się nosić pewne rzeczy głębiej. Cisza między nami była dobra, by to zrobić - skorzystać z tych schematów, stłumić emocje. Nie musieliśmy niczego przegadywać po raz setny. Wewnętrznie liczyłem, iż również nie tego, że naprawdę powinna uwierzyć w moje słowa. Może nie od razu, ale z czasem, po chwili namysłu. Prudence widziała wszystkie reakcje, na pewno je zauważyła, była cholernie spostrzegawcza. Widziała, jak szybko reszta - w tym ja - stanęliśmy między nim a nią, i jeśli miała wątpliwości, czy to coś znaczyło, to wystarczyło, że spojrzała, jak bardzo nie musieliśmy się nad tym zastanawiać.
Potter... Cóż. Wciąż nie do końca wiedziałem, jak to sobie uporządkować w głowie. Byli tacy, którzy się załamują, gdy uświadamiają sobie zdradę tego typu, przemianę przyjaciela we wroga. Inni stają się ostrzejsi, zimniejsi, bardziej cięci. W moim odczuciu żadna z tych opcji nie była zupełnie właściwa, ale przekroczenie tej granicy - granicy zaufania, przywiązania, tej, która powinna być nieprzekraczalna - było dla mnie czymś, czego nie dało się odwrócić. Jeśli zrobił to raz, zrobi to znowu - nie obchodziło mnie, czy był zdesperowany, przerażony, wściekły. Wybaczanie zdrady zawsze było luksusem, na który nie było mnie stać. Wydawało mi się, że Prudence także nie powinna tego robić, chociaż nie zamierzałem jej pytać o to, co zamierza zrobić, gdy - prędzej czy później - znów spotka Romulusa.
Nie musiała mówić wprost, że ją to wyjątkowo mocno obeszło - widziałem to, czułem. Nawet przez tę całą jej chłodną powłokę - to, co starannie wykuwała w sobie w zbroję. Nie trzeba było być telepatą ani nikim nadzwyczajnym. Wystarczyło znać ten ton, tę mimikę, to jedno spojrzenie, którym człowiek przypadkiem zdradza coś, co wolałby zachować dla siebie, i właśnie to... Właśnie to miało znaczenie.
Spojrzałem przed siebie - czerń morza prawie nie odznaczała się od czerni nieba, tylko linia horyzontu pozwalała jeszcze wierzyć, że gdzieś tam kończy się jedno, a zaczyna drugie. Potem, kiedy przeszliśmy w bardziej absurdalne rejony, pozwoliłem sobie na lekki, niewymuszony śmiech, głęboki i cichy.
- Mosze Czelwone, Zatoka Pelska... - Powtórzyłem zamyślony, jakbym naprawdę analizował dane statystyczne. Ten komentarz mnie rozbawił, ale to było dostrzegalne tylko przez ułamek sekundy, potem spoważniałem, chociaż nie zamierzałem pogrążać nas znów w ciemnych myślach, tylko zachować pozory mówienia na serio. - Wies, musiałbym splawdziś ich skład minelalny, ale bszmi kusząso. - Uśmiechnąłem się znowu - nieco łagodniej, cieplej niż wcześniej. Kiedy Prue przeszła do tematu jezior i mórz, przekomarzała się, z tą swoją charakterystyczną, nieoczywistą lekkością, która nie była lekkomyślna, tylko przemyślana, pełna wyczucia - jak wszystko w niej - nie potrafiłem nie poczuć tego wewnętrznego ciepła. - Łzy szą efektowne. - Odmruknąłem. - Ale mas lasję, cholelnie czasochłonne, a ja s wiekiem lobię szię colas balsiej leniwy. Zatoka to lepsza opcja, a co do kąpieli w jeziosze... To chyba powinna zostaś oficjalnie skleślona s listy atlakcji. - Przytaknąłem z udawaną powagą. - Dobsze, sze to odnotowałaś, bo... Wiesz, nie to, szeby coś, ale nie chciałbym szię lospuściś pszy tobie w ten sposób, chociasz… S dlugiej stlony, mosze to i byłoby całkiem poetyckie zakończenie. A s tszesiej, chyba zszynka s jednej s tych niepokojąsych bajek dla dzieci, co nie? - Oparłem się nieco wygodniej, nadal trzymając dłoń na jej ramieniu. Czułem, jak oddycha - regularnie, miarowo. Chyba udało mi się pomóc jej chociaż odrobinę wyciszyć. A może to ona wyciszała mnie? Cholera wiedziała. Oboje po prostu potrzebowaliśmy czegoś stałego na te kilka chwil, nawet jeśli miało to być tylko siedzenie na skarpie i gadanie o głupotach.
- Dobla, jeśli szeszywiście jestem solnym księciem, to mosze powinniśmy loswaszyś wycieczkę do Joldanii, zamiast do Amelyki Łacińskiej. - Dodałem po chwili, z cieniem uśmiechu, próbując podtrzymać tę abstrakcyjną, lżejszą linię rozmowy, którą zaczęliśmy. - Tam ponoś mosna szię położyś na wodzie i czytaś ksiąszkę bez najmniejszego wysiłku.
Wzruszyłem ramionami, może trochę zbyt nonszalancko, jak na to, co naprawdę czułem, ale nie lubiłem się nad sobą rozczulać, ani rozwodzić - nie miało to sensu.
- Mosze i nietypowa... - Mruknąłem, lekko przekręcając głowę, żeby na nią spojrzeć. - Ale nie jakaś wyjątkowa. Umiejętność jak kaszda inna. Kaszdy ma coś, w czym jest dobly, plawda? Ja akurat jestem zajebisty w pojawianiu szię i w znikaniu. - Mruknąłem z półuśmiechem. Nie trzeba się za bardzo starać, jak się ćwiczy przez parędzieści lat. Bywali tacy, którzy potrzebowali mieć swoje miejsce, i byli tacy, którzy po prostu woleli wiedzieć, gdzie są drzwi. Ja zawsze wolałem drzwi. Była w tym wszystkim nuta przyzwyczajenia. Takiej znajomej, cichej akceptacji, z jaką patrzy się na płonący nieużytek - na kawał łąki, który ktoś celowo corocznie podpala - bez zdziwienia, bez krzyku, bo przecież zna się już ten zapach, zna się konsekwencje i wie się, że po wszystkim zostaje tylko osmolona ziemia i konieczność zaczęcia na nowo. - To nie tak olyginalne, jak znakomita pamięś do szczegółów i zajebiście mądla głowa. - Powiedziałem to tak, jakbym mówił o czymś oczywistym. Nie kryło się za tym specjalne znaczenie - przynajmniej nie teraz - ot, fakt z życiorysu. Mojego i Prudence. Zamilkłem, pozwalając, by te słowa wybrzmiały tak, jak powinny. Nie szukałem potwierdzenia, nie oczekiwałem zaprzeczenia. Mówiłem prosto, może zbyt szczerze, ale nie czułem, by miało to cokolwiek zmienić między nami. Ona i tak już widziała więcej, niż większość ludzi, których spotkałem w ciągu ostatnich miesięcy.
Oparła głowę o moje ramię, jakby to było zupełnie naturalne, i... W zasadzie takie było, a przynajmniej tak to czułem - nie musieliśmy sobie nic wyjaśniać. Siedziała blisko, przy mnie, i w tej jednej chwili świat wyglądał jak coś, co można jeszcze jakoś zrozumieć. Zasłyszane „to dobrze” przyjąłem z cichym skinieniem, którego pewnie nawet nie zauważyła. Cieszyło mnie, że ona też nie próbowała nadawać temu innego znaczenia, wszystko mieliśmy przecież ustalone. Ten tydzień - tyle, nic ponadto, ale to nie wykluczało troski, nie wykluczało chęci. Czasem to, że coś było z góry określone, jako skończone, dawało większą wolność niż jakiekolwiek zobowiązania. Poprawiłem się na trawie, nie poruszając się zanadto, żeby nie przerwać tej chwili.
- Jasne, daj mi znaś, wybieszemy szię, kiedy będziesz gotowa. Nie będę cię poganiał. - Zabrzmiało to jak banał, ale nie przeprosiłem za to - chyba nie musiałem. Nie wyglądała na kogoś, kto oczekuje ode mnie wygłaszania głębokich manifestów. Nie dodałem: „To twoje miejsce.”, ale to było oczywiste - ona miała tam mieszkanie, przeszłość, przyszłość, rodzinę, znajomych - ja miałem tam tylko stare nazwisko i parę głupich błędów, które wciąż mogły mieć długie cienie.
Zamilkłem na moment, bo to, co miałem dodać, nie brzmiało najlepiej. A mimo to, cicho dopowiedziałem kolejne słowa, robiąc to prawie bezbarwnie:
- Tylko... W Londynie tszeba będzie uwaszaś, to nie wszosowiska i klify. To, co tutaj uchodzi nam płazem, tam mosze przyciągaś uwagę. Nie chcę ci ściągaś kłopotów na głowę. Nie do końca wiem, kto mnie tam jeszcze lubi, a kto jusz niekoniecznie, i nie chcę, szebyś obelwała lykoszetem, nie po tym wszystkim. - Mówiłem to spokojnie, nawet z odrobiną dystansu, ale byłem świadomy zagrożenia. Tamte ulice miały swoje zasady, tam nie byliśmy już wśród wrzosowisk, a ja nie byłem takim gościem, którego się zapraszało na herbatkę. No, chyba że taką, o której kiedyś mówiliśmy - tą ze Śmierciożercami. - Nie jestem pewien, czy powinniśmy szię tam pokasywaś lasem. Nie wiem, kto mnie widział, kto szię domyślił, kto jeszcze mosze szię domyśliś. Ty masz swoje szysie. Nie chcę ci go skomplikowaś tylko dlatego, sze chwilowo... - Urwałem, bo nie wiedziałem, jak to zakończyć - że chwilowo się przy mnie lepiej czuje? Że chwilowo jesteśmy sobie bliscy? Że chwilowo... Jestem potrzebny jej a ona mi? - Zlesztą niewaszne. - Rzuciłem krótko. - Po plostu nie chcę, szeby pszese mnie coś ci szię zwaliło na głowę. Coś golszego od tego, sze chyba jusz szlag tlafił nasze plany bycia incognito pszed pozostałymi. - Powiedziałem to bez dramatyzmu, bez tego tonu, który miałby sugerować, że jestem chodzącym problemem. Nie musiałem sugerować - po prostu taki był fakt. Wolałem, żeby była świadoma.
Pokiwałem lekko głową, kiedy mówiła o powrocie do miasta - nie tylko dla potwierdzenia, że słyszę, ale też z jakimś cichym, trudnym do zdefiniowania zrozumieniem. Nie musiała mi tłumaczyć, jak to wyglądało, co czuła, co widziała - wiedziałem, domyślałem się. Byliśmy tam razem. Nie komentowałem tego, że wciąż się zbierała do powrotu. Nie zdziwiło mnie to - ktokolwiek próbowałby wcisnąć mi kit, że z łatwością miał wbić się z powrotem w rytm po czymś takim, byłby albo idiotą, albo kłamcą. Londyn po pożarach nie był tym samym miejscem, a ona miała pełne prawo nie chcieć się z nim konfrontować bez przygotowania i siły.
- Wiem. - Mruknąłem. - Sze wypada, ale nikt ci nie kasze wlacaś jusz dziś... Albo jutro. Nie ma tesz leguły, któla mówi, sze musisz mieś plan na wszystko od lasu. - Zapewniłem, wzruszając lekko ramieniem. - Poza tym... Niewaszne, jak dobsze zaplanujesz powlót, i tak coś szię zmieni, zanim postawisz nogę w progu. Uwiesz mi, słuchasz ekspelta. Lepiej po plostu wróciś i zobaczyś, co szię stało. Nawet jeśli ktoś będzie czegoś od ciebie oczekiwał, to co s tego? To twój dom, twój powlót, lób to po swojemu.
Nie byłem przeciwnikiem planów, ale wiedziałem, że nie da się przewidzieć wszystkiego - zwłaszcza po tym, co widzieliśmy. Pożary zmieniły więcej niż tylko układ ulic - zmieniły ludzi, układ sił, napięcie w powietrzu. Wszystko. Zresztą… Trudno było planować powrót do rzeczywistości, której jeszcze nie znało się w nowej wersji. Niby ta sama ulica, ten sam adres, ale już nie to samo miejsce - nie ten sam Londyn. Nie to samo miasto, nie ci sami ludzie. Nagle okazuje się, że niektórzy potrafią cię zdradzić szybciej niż mrugniesz, innym niespodziewanie zaufasz prędzej niż komukolwiek, a inni znikają, zanim zdążysz zapamiętać ich głos.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)