- Na początku na pewno trudno jest to ogarnąć. - W końcu było to dosyć sporym przeżyciem. Uświadomienie sobie, że ktoś z kim jest się blisko jest zupełnie kimś innym niż z kogo się go miało. Często przez lata można było usprawiedliwiać pewne zachowania, przymykać oko na najróżniejsze wyskoki, ale przychodził moment, w którym nie dało się już dłużej ukrywać, że gdzieś się mija, że zniknęły wszystkie rzeczy, które łączyły, a więcej było tych, które przeszkadzały. To był chyba ten moment w przypadku ich przyjaźni.
Geraldine nie miała pojęcia, co jeszcze się w tym kryło, pewnie gdy zobaczy szerszy obraz to dotrze do niej, że faktycznie nie było innej możliwości. Zresztą już nie zamierzała negować podejścia Roisa, czuła, że ma swoje argumenty, nie zamierzała próbować go powstrzymać przed podjęciem tej dosyć drastycznej decyzji - wiedziała, że robi to z jakiegoś powodu i zamierzała być obok, wesprzeć go, bo mógł tego potrzebować. Odcięcie się od kogoś, kto od lat znajdował się blisko wcale nie było takie proste, mogło zaboleć, tak, czy siak. Nawet jeśli miał pewność, że było to najlepszym, co mógł dla siebie zrobić.
Zauważyła, że Greengrass bardzo przejął się tą całą sytuacją, ją ruszyło przede wszystkim to, że Romulus próbował mieszać komuś w głowie. To było dla niej przekroczenie pewnej granicy, bardzo mocne. Nie godziła się na takie zachowanie. Gdyby wyciągnął wahadło w kierunku Ambroisa? Zapewne by go rozszarpała, nie hamowałaby się. Skąd mogli wiedzieć, że ponownie nie zachowa się w podobny sposób, skoro zrobił to raz, to przecież mógł zrobić i kolejny. Nie przemawiały do niej argumenty, że był zjarany, najebany, czy niestabilny emocjonalnie. Nic nie tłumaczyło takiego zachowania, to było przegięcie i miała wrażenie, że wszyscy obecni uważali tak samo. Istniały granice, których się nie przekraczało, to była jedna z nich.
- W tym wypadku do szczęście niekoniecznie może być uznane za coś dobrego. - Może właśnie przez nie ich znajomy nie mógł dorosnąć? Nie musiał tego robić, nie kiedy ojciec, znajomi przywyknęli do jego podejścia, przyzwyczaili się do tego, że taki po prostu był. Nikt z tym nie walczył, nie próbował mu zasugerować, że czas najwyższy nieco zmienić podejście, wręcz przeciwnie z wiekiem to się powiększało. Skoro nie miał żadnych ograniczeń nie musiał się hamować, zupełnie. Miał pieniądze, prestiżowy zawód, mógł sobie pozwalać na wszystko. Na szczęście, ktoś w końcu zauważył, że to już nie jest zabawne, prędzej, czy później musiało do tego dojść. Szczególnie, że przestał zupełnie nad sobą panować, nie miał momentu refleksji, brnął w te swoje racje, nie chciał otworzyć oczu, nawet gdy najbliżsi, z którymi trzymał się od lat próbowali mu pokazać, że przegina, że znajduje się na granicy.
- Widzisz, wykształcenie to nie wszystko. Brakuje mu zdrowego rozsądku, żyje w swoim świecie, w którym to on jest najważniejszy, cała reszta to tylko statyści, szkoda, że wyszło to po takim czasie. - W końcu zawsze znajdował się blisko. Tyle, że nie można było wiecznie przymykać oka na jego zagrywki. Nie dało się tak przez całe życie. To też nie tak, że wyszło to dopiero teraz, przez lata mieli świadomość, że tak jest. Wiele mu wybaczano, nie skupiano się na tych zagrywkach, ale chyba nadszedł moment, w którym wszystkim się po prostu ulało. Nie mogli znieść już więcej tych wybryków, szczególnie, że wystarczająco wiele zła im się przytrafiło przez zewnętrzne czynniki, bardzo słabo, kiedy jeszcze ktoś wewnątrz dorzucał coś od siebie. Tutaj powinni mieć spokój, nie przejmować się tym, że ktoś będzie ich sabotował. Mieli odetchnąć, zaznać trochę spokoju.
- Nie widziałam dawno takiego wkurwionego Corio. - Skomentowała jeszcze. Lestrange miał wyjątkowo dużo cierpliwości. Wiele rozumiał, potrafił naprawdę odnaleźć się w każdej sytuacji, w tym wypadku widziała, że nawet on uznał to za przegięcie. Było to dość sporym osiągnięciem jak na Pottera, wkurwienie nawet Corneliusa. Nie dziwiło jej to, że Lestrange również się zirytował. Znajdowali się u niego, wszyscy byli jego gośćmi, on był tutaj gospodarzem, był poniekąd opowiedzialny za to, by wszyscy czuli się tu mile widziani. Romulus wciągnął go w tę swoją zagrywkę, pamiętała słowa, które rzucił do tej dziewczyny, Corio najwyraźniej uznał to za przesadę i dobrze. Może właśnie tego potrzebował Potter, aby się ogarnąć. Z drugiej strony, czy faktycznie się tym przejmie? Może uzna, że wszyscy się na nim uwzięli i to on był ofiarą tego zamieszania, niektóre osoby miały tendencje do odwracania kota ogonem, nie umiały wziąć na siebie winy nawet jeśli dotyczyła ona ich czynów.
- Mówisz? Nie wygląda... - Dziewczyna o której wspominali była dość drobna, nie wyglądała jak morderczyni, ale Yaxley miała świadomość, że tak też było w świecie zwierząt, te najbardziej niepozorne stworzonka potrafiły przynosić śmierć w mgnieniu oka, czasem wystarczyła chwila nieuwagi.
Medycy mieli jednak swoje sposoby, czyż nie? Wiedzieli gdzie uderzyć, aby zrobić to szybko. Nie bez powodu też Corio i Ambroise ściągnęli tutaj tę kobietę. Wspominali o tym, że posiadała pewną wiedzę, która mogła pomóc im z Astarothem, Yaxley wolała w to nie wnikać. Nie obchodziło jej to, kto bawił się jaką magią, ale przypuszczała, że mogło też o to chodzić. W końcu wiedziała, że i Roise i Corio również korzystali z różnych metod, na pewno otaczali się osobami, które również po nie sięgały.