30.06.2025, 09:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2025, 09:25 przez Lorien Mulciber.)
Czym różniło się Alexowe “Zamieszkaj ze mną. Wróć ze mną do domu.” od jej własnego “Potrzebuję Cię. Tu. Teraz. W tym momencie” ? Wszystkim i niczym. Może dlatego nie zastanawiała się specjalnie długo, wiedząc, że potrzebują się nawzajem bardziej niż zwykle.
Nie mogłaby mu odmówić. Nie. Nie chciała mu odmówić. Nawet jeśli po tylu latach definicja domu rozmyła się w umyśle kobiety owego prawdziwego i własnego domu zwyczajnie pozbawionej.
Czy domem była stara posiadłość otoczona wrzosowiskami? Robert obiecał, że ją zabierze, kiedy zaczną kwitnąć te w Szkocji. I umarł. Jakież to było szalenie niesprawiedliwe. Nie powinien był tego robić. Ale wrzosy kwitnące na wzgórzach w Yorkshire były równie piękne. Znajome.
Czy domem był pokój gościnny ze starą, śliczną toaletką, na której zamiast lalek i kokardek, które tak chętnie nosiła za dziecka, leżała rzucona od niechcenia drogocenna biżuteria i kosmetyki; z szafą, do której nie zdążyła się jeszcze wypakować, więc wciąż była pełna jej młodzieńczych sukienek, podczas gdy szaty od Rosierów, spoczywały nadal bezpiecznie w kufrze; z odchodzącą przy progu tapetą pod którą kiedyś wypisali z Alexandrem starożytne, dziecinne klątwy licząc, że w przyszłości ten dom odkryją archeolodzy jak Ci z opowieści Duncana i zaczną się głowić kim byli potężni uzbrojeni w piekielnie różowy tusz?
Czy domem była Selina Mulciber, z którą zaledwie wczoraj wieczorem siedziała w altanie, gdy ta wyszywała w ciszy kolejne wzory na tamborku. Lorien była obok niej, na ziemi, z policzkiem wtulonym w kolana czarownicy, oglądając jak igła porusza się miarowo w rytm oddechu, a kształty zaczynają nabierać postaci - kwiatów i ptaków. Jak wtedy kiedy była dzieckiem i bawiła się złotymi pierścieniami Seliny, oglądając każdy jeden uważnie jak wprawny kupiec, zakładając je na chude, dziecięce paluszki, kiedy Mulciber czesała jej loki nucąc pod nosem starą piosenkę. Wczoraj nuciła ją Lorien.
- Jestem wiatru narzeczoną, jestem słońca narzeczoną i strumienia narzeczoną, nie bądźże zazdrosny…
Herbata, którą przyszły tu wypić pozostała nietknięta.
Czy może domem był Alexander, który właśnie wyjebał się pięknie na podłogę?
- Avanti! Forza, Gatto! - Zawołała śpiewnie z właściwą dla siebie wręcz dziecinnie sadystyczną radością obserwując jak jej brat pada jak długi na poduszki. Przechyliła głowę, a potem… Potem się zaśmiała. Ciepło. Śmiechem, jaki tak rzadko dało się usłyszeć, bo przypominał ludziom słowiczy trel. W emocjach Lorien kryła się jej klątwa. Każda jedna nieludzka przywara, każde drgnięcie, przekrzywienie głowy. Tak łatwo było zapomnieć, że była człowiekiem. Tak łatwo, że chyba czasami pamiętał o tym tylko kot.
- Mój Kot się sam pilnuje.- Stwierdziła, punktując jakże prosty fakt, że Kot nie potrzebował jej do szczęścia. Nie potrzebował też Alexandra. Ona zaś potrzebowała najwyraźniej ich oboje, choć za nic by tego na głos nie przyznała. Bo kot był tylko kotem, który spędził całe swoje kocie życie w słonecznym Lourmarin, żeby potem odkryć, że w ramionach tej drobnej czarownicy było mu równie dobrze, choć w nocy tuliła mokre policzki do jego futerka, ale jakoś wcale nie chciał odtrącać jej łapką. Kocie dni wypełniały typowe kocie zabawy i ważne kocie sprawy. Nieważne czy w starym domu, gdzie schody były strasznie krzywe (nawet kot o tym wiedział); czy w domu z ogromnym ogrodem i sadzawką, do której raz czy dwa nieomal kot wpadł, bo gonił za motylami i myszami; czy nawet tutaj - w domu, który Kot znał co prawda najmniej, ale Cygana najlepiej ze wszystkich Panów, którzy towarzyszyli jego Pani przez ostatnie tygodnie. Ludzie nie powinni tyle wędrować, bo to strasznie kota męczyło!
Wycelowana w nią (wyjątkowo zresztą ładna) poduszka śmignęła gdzieś bokiem, co utwierdziło Lorien w przekonaniu, że jej przeciwnik słabnie, a ona sama zostanie niekwestionowaną zwyciężczynią.
- Poddaj się i błagaj o przebaczenie.- Zadarła nos, spoglądając na Alexandra z łóżka niczym poduszkowa baronessa, spoglądająca na wieśniaka.
Nie żeby to miało jakkolwiek pomóc, ale w takiego klęczącego i proszącego o łaskę przed jednoosobowym sądem łatwiej byłoby wycelować. Na razie jednak nie zapowiadało się na rychłe zawieszenie broni, więc po prostu cisnęła w niego kolejną poduszką, którą miała na podorędziu.
Nie mogłaby mu odmówić. Nie. Nie chciała mu odmówić. Nawet jeśli po tylu latach definicja domu rozmyła się w umyśle kobiety owego prawdziwego i własnego domu zwyczajnie pozbawionej.
Czy domem była stara posiadłość otoczona wrzosowiskami? Robert obiecał, że ją zabierze, kiedy zaczną kwitnąć te w Szkocji. I umarł. Jakież to było szalenie niesprawiedliwe. Nie powinien był tego robić. Ale wrzosy kwitnące na wzgórzach w Yorkshire były równie piękne. Znajome.
Czy domem był pokój gościnny ze starą, śliczną toaletką, na której zamiast lalek i kokardek, które tak chętnie nosiła za dziecka, leżała rzucona od niechcenia drogocenna biżuteria i kosmetyki; z szafą, do której nie zdążyła się jeszcze wypakować, więc wciąż była pełna jej młodzieńczych sukienek, podczas gdy szaty od Rosierów, spoczywały nadal bezpiecznie w kufrze; z odchodzącą przy progu tapetą pod którą kiedyś wypisali z Alexandrem starożytne, dziecinne klątwy licząc, że w przyszłości ten dom odkryją archeolodzy jak Ci z opowieści Duncana i zaczną się głowić kim byli potężni uzbrojeni w piekielnie różowy tusz?
Czy domem była Selina Mulciber, z którą zaledwie wczoraj wieczorem siedziała w altanie, gdy ta wyszywała w ciszy kolejne wzory na tamborku. Lorien była obok niej, na ziemi, z policzkiem wtulonym w kolana czarownicy, oglądając jak igła porusza się miarowo w rytm oddechu, a kształty zaczynają nabierać postaci - kwiatów i ptaków. Jak wtedy kiedy była dzieckiem i bawiła się złotymi pierścieniami Seliny, oglądając każdy jeden uważnie jak wprawny kupiec, zakładając je na chude, dziecięce paluszki, kiedy Mulciber czesała jej loki nucąc pod nosem starą piosenkę. Wczoraj nuciła ją Lorien.
- Jestem wiatru narzeczoną, jestem słońca narzeczoną i strumienia narzeczoną, nie bądźże zazdrosny…
Herbata, którą przyszły tu wypić pozostała nietknięta.
Czy może domem był Alexander, który właśnie wyjebał się pięknie na podłogę?
- Avanti! Forza, Gatto! - Zawołała śpiewnie z właściwą dla siebie wręcz dziecinnie sadystyczną radością obserwując jak jej brat pada jak długi na poduszki. Przechyliła głowę, a potem… Potem się zaśmiała. Ciepło. Śmiechem, jaki tak rzadko dało się usłyszeć, bo przypominał ludziom słowiczy trel. W emocjach Lorien kryła się jej klątwa. Każda jedna nieludzka przywara, każde drgnięcie, przekrzywienie głowy. Tak łatwo było zapomnieć, że była człowiekiem. Tak łatwo, że chyba czasami pamiętał o tym tylko kot.
- Mój Kot się sam pilnuje.- Stwierdziła, punktując jakże prosty fakt, że Kot nie potrzebował jej do szczęścia. Nie potrzebował też Alexandra. Ona zaś potrzebowała najwyraźniej ich oboje, choć za nic by tego na głos nie przyznała. Bo kot był tylko kotem, który spędził całe swoje kocie życie w słonecznym Lourmarin, żeby potem odkryć, że w ramionach tej drobnej czarownicy było mu równie dobrze, choć w nocy tuliła mokre policzki do jego futerka, ale jakoś wcale nie chciał odtrącać jej łapką. Kocie dni wypełniały typowe kocie zabawy i ważne kocie sprawy. Nieważne czy w starym domu, gdzie schody były strasznie krzywe (nawet kot o tym wiedział); czy w domu z ogromnym ogrodem i sadzawką, do której raz czy dwa nieomal kot wpadł, bo gonił za motylami i myszami; czy nawet tutaj - w domu, który Kot znał co prawda najmniej, ale Cygana najlepiej ze wszystkich Panów, którzy towarzyszyli jego Pani przez ostatnie tygodnie. Ludzie nie powinni tyle wędrować, bo to strasznie kota męczyło!
Wycelowana w nią (wyjątkowo zresztą ładna) poduszka śmignęła gdzieś bokiem, co utwierdziło Lorien w przekonaniu, że jej przeciwnik słabnie, a ona sama zostanie niekwestionowaną zwyciężczynią.
- Poddaj się i błagaj o przebaczenie.- Zadarła nos, spoglądając na Alexandra z łóżka niczym poduszkowa baronessa, spoglądająca na wieśniaka.
Nie żeby to miało jakkolwiek pomóc, ale w takiego klęczącego i proszącego o łaskę przed jednoosobowym sądem łatwiej byłoby wycelować. Na razie jednak nie zapowiadało się na rychłe zawieszenie broni, więc po prostu cisnęła w niego kolejną poduszką, którą miała na podorędziu.
Rzut na trafienie - 3k Percepcja
Rzut Z 1d100 - 42
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut na mocarność ataku - jeśli trafi - 0k AF
Rzut T 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana