30.06.2025, 17:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2025, 18:03 przez Hannibal Selwyn.)
Gabriel nie odpowiedział na wezwanie do zaprzestania przemocy, ale nie odsunął się i to musiało wystarczyć za przyzwolenie. Czasami nie można było oczekiwać słów.
Hannibal siedział w bezruchu i ciszy, patrząc w ciemną głębię widowni. Czuł, jak chłodne, ludzkie tylko w swojej organicznej miękkości ciało wampira ogrzewa się w miejscach kontaktu i nabiera pozorów życia. A przynajmniej tego rodzaju życia, które płynęło w nim samym, bo czy życiem nie była ta rozdzierająca, niemal dziecięco nieutulona rozpacz, ta potrzeba, którą Selwyn instynktownie wyczuwał w towarzyszu, chociaż jeszcze do końca nie wiedział, czego właściwie potrzebuje? Ta gorąca furia, z jaką wampir przyszpilił go wcześniej do ziemi? Ta miłość, którą musiał wciąż czuć, bolesną i niezagojoną jak cierń pod skórą, aby cierpieć i rzucać się jak wściekłe zwierzę? Właśnie tak - jak cierpiące, przerażone zwierzę. Nie jak potwór.
Co z tego, że nie oddychał?
Aktor westchnął, kiedy Gabriel zmienił pozycję. Obrócił głowę tak, żeby móc na niego patrzeć, ale wcale nie w ostrożny, czujny sposób, w jaki mógłby patrzeć człowiek na stworzenie będące zagrożeniem. Wsłuchany w ciszę, własny oddech i - od czasu do czasu - odgłosy pracującej konstrukcji wiekowego budynku teatru, dalej ciągnął w myślach zwierzęcą metaforę. Nie miał pojęcia o zwierzakach, to była domena Mony, nie jego, ale zawsze z zainteresowaniem słuchał jej opowieści… no i znał Lucyfera. Spędził wiele wieczorów na podłodze, próbując z pomocą Scarlett przekonać go, żeby w końcu dał się podrapać za uchem. Gabriel przypominał mu kota. Wielkiego, udomowionego kota, którego ktoś wyrzucił na ulicę i który teraz boi się, syczy i może jest głodny, ale bardzo chciałby być pogłaskanym. Hannibal odruchowo mrugnął, wpatrując się w Montbela, powoli, licząc do trzech, zanim otworzył oczy, tak, jak uczyła go Scarlett. Nie uważam Cię za zagrożenie.
Łagodnym ruchem wyciągnął dłoń, gotów dotknąć jego głowy, tam, gdzie kot nie czułby się zagrożony… i zamarł, kiedy słowa przerwały ciszę.
Wampir odwrócił się w jego stronę, a Hannibal nadal tkwił w tej samej pozycji, z ręką wpół drogi do jego włosów. Wyraz zakłopotania na twarzy szybko został zastąpiony uśmiechem wdzięczności za komplement.
- Miałbym cały czas świata na zrobienie kariery… - powiedział łagodnie, w zamyśleniu poprawiając się na podłodze, ale nadal dbając, by ich ciała się stykały. Dłoń opadła, muskając tylko Gabriela, ostrożnie, niezobowiązująco. Cały czas świata na używanie życia, na muzykę, miłość, sztukę. Pochylił się nieco, by spojrzeć w stare, mimo zatrzymanego wieku, jasne od niedawnego płaczu oczy Montbela. Cały czas świata, by cierpieć i pamiętać.
Piękny kolor. Ciekawe, ile ma lat.
- Może kiedyś, jak zacznę się starzeć. I musiałbyś mnie nauczyć, jak pić krew, nie najeść się przypadkiem czosnku i nie wyleźć na słońce… - w jego głosie zagościł z powrotem najlżejszy kokieteryjny ton.
Utalentowany młodzieniec przemieniony przez wiekowego wampira pod wpływem impulsu. Pewnej całkiem zwyczajnej nocy w teatrze. Brzmiało jak fabuła romansidła dla nastolatków, śmiesznie i banalnie. Brzmiało jak bestseller.
Czy był nierozważny? Wiedział, że musi lekko stąpać wokół tej na wpół szalonej z bólu istoty, ale miał przeczucie, że główne zagrożenie minęło i że, jeżeli dobrze zaplanuje swoje kroki, to będzie mógł dowiedzieć się więcej i może, tylko być może, pomóc. Robił to, co było trzeba - czuł i współczuł - i jeżeli to było nierozważne albo niebezpieczne, to kto był lepszym kandydatem do tego zadania, niż Hannibal? Potrafił lekko stąpać. W końcu był tancerzem.
Rond de jambe, rozbrzmiało mu w myślach niskim, rozbawionym szeptem Carlosa, tuż przy uchu, za blisko na komfort.
Na powrót poważniejąc, niemal szeptem, ale z całą otwartością i pewnością swoich dwudziestu lat dodał:
- Nie boję się Ciebie. Nie bałbym się życia wiecznego. Ale dziękuję, że poczekałbyś na moją zgodę.