Znała, rzecz jasna, podejście Cathala do wróżb i przepowiedni i chociaż zupełnie się z nim w tej kwestii nie zgadzała, to jej misją nie było przekonać cały świat o tym, w jak ogromnym są błędzie. Wystarczało jej, że ona wiedziała, że to wszystko prawda i należy mieć takie słowa proroctw na uwadze. Jasne, byli ludzie, którzy jak oni, mieli otwarty na to umysł, nie obracała się jednak w ich towarzystwie zanadto – nie miała takiej potrzeby, już jej wystarczało, że jej matka wieszczyła, a Ginny żyła z tym od maleńkości. To nie tak, że nie podejrzewała, że jednak talent matki przeszedł i na nią… Miała gdzieś z tyłu głowy to poczucie, że mogło tak być, jej matka czasami to sugerowała, tak samo jak inni jasnowidze, z którymi miała czasami kontakt, ale sama wolała machnąć ręką i powiedzieć, że ach, skąd, to tylko przypadek.
Zapatrzyła się za Cathala z pewnym niezrozumieniem, gdy zapytał czy wszystko jest w porządku. Nie bywała towarzysko niezręczna, język angielski rozumiała doskonale, a jednak zapadła na moment taka cisza, w której kobieta łapała myśl w siatkę na motyle, by ta jej nie uciekła, lecz nim zdążyła odpowiedzieć, padło kolejne pytanie.
Guinevere, ogarnij się!
Przetarła lekko skroń, odwróciła się, by spojrzeć na leżącego na polowym łóżku, w kącie namiotu, Liama, po czym już nieco trzeźwiej na Cathala.
– Nie trzeba. Zrobiłam wszystko co się da, dostał Szkiele-Wzro, teraz trzeba po prostu poczekać, aż mu się wszystko zrośnie. Chwila minie, zanim będzie mógł wrócić do pracy, ale w Mungu nie zrobią nic więcej – wierzyła w swoje wykształcenie i zdolności uzdrowicielskie. I być może warunki w namiocie nie były tak idealne, jak zapewne w budynku szpitala, to jednak nie wpływały one na doświadczenie magimedyka. – Czeka go jeszcze kilka dni brania różnych specyfików, ale będzie jak nowy. Za to pewnie dobrze by było poinformować jego rodzinę – o ile jakąś miał, tego Ginny nie wiedziała, ale to już nie leżało w jej kompetencjach.
– To dobrze, na dzisiaj chyba dość nam wszystkim wrażeń – zgodziła się z tym, że nikt tam nie będzie włazić, póki tego nie obejrzą. Dzisiaj to było prawdziwe pasmo nieszczęść, być może ten deszcz chciał im coś powiedzieć. Sama była zmęczona i z pewnością było to widać, była jednak praca do wykonania i nie zamierzała się skarżyć. Uśmiechnęła się w końcu do Cathala, kiedy powiedział, o tym pięknie i powabie – i nawet jeśli żartował (a mina, a raczej grymas na ten rannej twarzy, mówił o tym wielce), to wcale nie zamierzała zaprzeczać. – To siadaj – wskazała mu głową jedno z krzeseł (zapewne przy jego gabarytach mało wygodne) obok stolika, a sama zabrała ze sobą kilka rzeczy, by je na nim położyć – bandaże, jakieś kawałki materiału, tę charakterystyczną fiolkę w kształcie kościotrupa, zabrała też różdżkę. – A jak reszta twoich obrażeń? Te oparzenia chociażby? – zapytała, nim w ogóle przystąpiła do oględzin złamanego nosa.