01.07.2025, 14:53 ✶
Miałem za sobą dość różnorodnych doświadczeń, żeby nieco orientować się w temacie magicznych stworzeń - przez lata zetknąłem się z różnymi, nie zawsze przyjemnymi przypadkami, także z tymi spoza europejskiej klasyfikacji, ale nie zamierzałem się wtrącać, przynajmniej nie bez wyraźnej potrzeby. Daleko mi było do autorytetu, szczególnie, jeśli zestawić mnie z niektórymi ludźmi z tego grona, nie zamierzałem też udawać, że znam się na wszystkim - moja specjalizacja dotyczyła odrobinę innej tematyki. Było tu kilka osób, które na tym znały się znacznie lepiej ode mnie. Szczególnie, że obecnie rozmowa dotyczyła stworzeń, które były zupełnie spoza mojego codziennego zakresu działania, tutejszy temat był zdecydowanie bardziej… Zoologiczny, niż większość tego, z czym miewałem do czynienia. Wiedziałem, co umiem - wiedziałem też, kiedy się nie wtrącać. Poza tym, moje doświadczenie dotyczyło trochę innych istot niż te, które przewijały się w tej rozmowie.
Kiedy kapitan wspomniał, że mogę się upewnić co do zabezpieczeń statku, a w jego głosie wybrzmiało ewidentne pytanie o moją tożsamość, rzuciłem krótko:
- Benjy.
Nie lubiłem, kiedy mówiono do mnie „proszę pana” - zawsze wydawało mi się to sztuczne, zwłaszcza w takich okolicznościach, zresztą, nie potrzebowałem tytułów, żeby robić to, co trzeba.
- Oczywiście, dziękuję. - Odpowiedziałem. Przeniosłem wzrok z powrotem na grupę, chociaż nikt z pozostałych nie odniósł się do mojego pytania. W teorii wszystko było jasne - kapitan zapewnił, że zabezpieczenia są solidne, nie ma się czym martwić. Teoretycznie nie powinno być potrzeby, żebym sam to sprawdzał, ale teoria miała to do siebie, że nieczęsto wytrzymywała kontakt z praktyką. Brałem więc całkiem poważnie pod uwagę, żeby mimo wszystko porozmawiać z osobami odpowiedzialnymi za zabezpieczenia i po prostu upewnić się, jak to faktycznie wygląda - co chroni ten statek, jaki typ magii, zaklęcia, procedury, runy, pieczęci i tak dalej. Poważnie rozważałem, by mimo wszystko rzucić na to okiem. Nie z niedowierzania - raczej z zawodowego obowiązku, dla siebie i własnego spokoju. Praktyka nauczyła mnie, że teoretyczna pewność to często za mało. To, że kapitan był przekonany o swojej racji, nie oznaczało, że reszta powinna ślepo za nim iść. Wpierw jednak musiałem wysłuchać do końca, co myśleli pozostali.
Zanim podjąłem decyzję o oddaleniu się, nim znajdziemy się na groźniejszych wodach, wolałem najpierw wysłuchać planu, który zaczął się kształtować wśród towarzystwa - ewentualnie dorzucić swoje trzy knuty, chociaż tylko w razie potrzeby. Nie miałem zastrzeżeń, co do bycia na pierwszej linii, jeśli zajdzie potrzeba - byłem przyzwyczajony - zazwyczaj i tak tam lądowałem, z różnych powodów, ale kiedy temat zszedł na dowodzenie, nie owijałem w bawełnę.
- Jeśli chosi o dowodzenie. - Odezwałem się spokojnie, rzeczowo, patrząc na zebranych. - Dla mnie natulalnym wybolem jeszt Yaxley. Zna szię na stwoszeniach, zna szię na walce, zna... Niemal... Wsystkich s nas. Leszta specjalistów powinna ją wspielaś, ale jeśli mam komuś ufaś, sze podejmie odpowiednią decyzję w odpowiednim momencie, to jej. - Nie zamierzałem przepraszać, jeśli to zabrzmiało, jak brak zaufania dla dwóch pozostałych osób, które zaproponowała Victoria - to nie było nic personalnego. Nie uważałem też, bym musiał dodawać, że plan powstawał wspólnie - no, mniej lub bardziej - więc to mogła być tylko formalna kwestia przejęcia odpowiedzialności, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Nie dodałem, że ja się do dowodzenia nie nadaję - nie musiałem - z tonu mojego głosu i sposobu, w jaki to powiedziałem, można było jasno wyczytać, że nie mam najmniejszej ochoty przejmować tej funkcji. Nigdy nie lubiłem być odpowiedzialny za zbyt wiele osób na raz, raczej trzymałem się z boku, działałem skutecznie, ale odpowiadałem głównie sam za siebie. Nie ciągnęło mnie do odpowiedzialności za większe grupy. Nie dlatego, że się jej bałem, tylko dlatego, że nigdy nie zależało mi na roli lidera - co innego wspierać, co innego prowadzić. Może kiedyś próbowałem, ale kilka doświadczeń wystarczyło, żeby wiedzieć, że to nie ja - nie mój sposób działania, nie moje tempo, nie moja głowa. Nie, to nie była moja broszka.
Kiedy kapitan wspomniał, że mogę się upewnić co do zabezpieczeń statku, a w jego głosie wybrzmiało ewidentne pytanie o moją tożsamość, rzuciłem krótko:
- Benjy.
Nie lubiłem, kiedy mówiono do mnie „proszę pana” - zawsze wydawało mi się to sztuczne, zwłaszcza w takich okolicznościach, zresztą, nie potrzebowałem tytułów, żeby robić to, co trzeba.
- Oczywiście, dziękuję. - Odpowiedziałem. Przeniosłem wzrok z powrotem na grupę, chociaż nikt z pozostałych nie odniósł się do mojego pytania. W teorii wszystko było jasne - kapitan zapewnił, że zabezpieczenia są solidne, nie ma się czym martwić. Teoretycznie nie powinno być potrzeby, żebym sam to sprawdzał, ale teoria miała to do siebie, że nieczęsto wytrzymywała kontakt z praktyką. Brałem więc całkiem poważnie pod uwagę, żeby mimo wszystko porozmawiać z osobami odpowiedzialnymi za zabezpieczenia i po prostu upewnić się, jak to faktycznie wygląda - co chroni ten statek, jaki typ magii, zaklęcia, procedury, runy, pieczęci i tak dalej. Poważnie rozważałem, by mimo wszystko rzucić na to okiem. Nie z niedowierzania - raczej z zawodowego obowiązku, dla siebie i własnego spokoju. Praktyka nauczyła mnie, że teoretyczna pewność to często za mało. To, że kapitan był przekonany o swojej racji, nie oznaczało, że reszta powinna ślepo za nim iść. Wpierw jednak musiałem wysłuchać do końca, co myśleli pozostali.
Zanim podjąłem decyzję o oddaleniu się, nim znajdziemy się na groźniejszych wodach, wolałem najpierw wysłuchać planu, który zaczął się kształtować wśród towarzystwa - ewentualnie dorzucić swoje trzy knuty, chociaż tylko w razie potrzeby. Nie miałem zastrzeżeń, co do bycia na pierwszej linii, jeśli zajdzie potrzeba - byłem przyzwyczajony - zazwyczaj i tak tam lądowałem, z różnych powodów, ale kiedy temat zszedł na dowodzenie, nie owijałem w bawełnę.
- Jeśli chosi o dowodzenie. - Odezwałem się spokojnie, rzeczowo, patrząc na zebranych. - Dla mnie natulalnym wybolem jeszt Yaxley. Zna szię na stwoszeniach, zna szię na walce, zna... Niemal... Wsystkich s nas. Leszta specjalistów powinna ją wspielaś, ale jeśli mam komuś ufaś, sze podejmie odpowiednią decyzję w odpowiednim momencie, to jej. - Nie zamierzałem przepraszać, jeśli to zabrzmiało, jak brak zaufania dla dwóch pozostałych osób, które zaproponowała Victoria - to nie było nic personalnego. Nie uważałem też, bym musiał dodawać, że plan powstawał wspólnie - no, mniej lub bardziej - więc to mogła być tylko formalna kwestia przejęcia odpowiedzialności, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Nie dodałem, że ja się do dowodzenia nie nadaję - nie musiałem - z tonu mojego głosu i sposobu, w jaki to powiedziałem, można było jasno wyczytać, że nie mam najmniejszej ochoty przejmować tej funkcji. Nigdy nie lubiłem być odpowiedzialny za zbyt wiele osób na raz, raczej trzymałem się z boku, działałem skutecznie, ale odpowiadałem głównie sam za siebie. Nie ciągnęło mnie do odpowiedzialności za większe grupy. Nie dlatego, że się jej bałem, tylko dlatego, że nigdy nie zależało mi na roli lidera - co innego wspierać, co innego prowadzić. Może kiedyś próbowałem, ale kilka doświadczeń wystarczyło, żeby wiedzieć, że to nie ja - nie mój sposób działania, nie moje tempo, nie moja głowa. Nie, to nie była moja broszka.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)