01.07.2025, 17:05 ✶
Cassian szedł za nią w milczeniu, uważnie stawiając kroki na wąskich, kamiennych stopniach. Światło ich różdżek odbijało się od ścian, rzucając podłużne, niestabilne cienie, które zdawały się pełzać tuż za nimi. Gdy Brenna rzuciła przez ramię pytanie o poezję, uniósł lekko brwi i pozwolił sobie na ledwo zauważalny uśmiech.
– Poezja to nie zawsze słowa. Czasem to tylko rytm zdarzeń. Albo to, jak światło drży na ścianie, kiedy ktoś przechodzi z różdżką…
Nie dokończył. Sam nie był pewien, czy to myśl, czy tylko próba usprawiedliwienia tej całej romantycznej maniery, którą zbyt często mu wypominano. Szedł dalej, blisko za nią, i tylko czasem zerkał w dół, mierząc wysokość, na którą się wspinali. Było ich więcej, niż się spodziewał. Znacznie więcej.
Gdy w końcu stanęli przed sufitem, który zablokował im drogę, zatrzymał się za nią i spojrzał w górę. Cassian zmarszczył brwi i przesunął dłonią po chłodnym kamieniu nad sobą. Czysta, surowa powierzchnia nie zdradzała żadnych oznak życia - żadnych symboli, żadnych ukrytych zawleczek, żadnych run czy sprytnie zakamuflowanych klamek. W zasadzie wyglądała jak... zwykły mur. A jednak coś w nim nie dawało mu spokoju.
– Może ten korytarz był tylko zapasowy... może po prostu prowadzi donikąd – mruknął, nie do końca przekonany. Oparł się nieznacznie ramieniem o fragment ściany, pozwalając sobie na chwilę zmęczenia. – W powieściach to ten moment, w którym bohater orientuje się, że źle wybrał i powinien był iść za głosem rozsądku...
Nie dokończył.
Ściana, o którą się opierał, zaskrzypiała cicho, a potem, z przeciągłym, nieprzyjemnym jękiem kamienia na zawiasach, uchyliła się nagle jak tajemne drzwi. Cassian zachwiał się, próbując odzyskać równowagę… i nie zdążył. Zniknął w przejściu z pełnym godności (a raczej jego brakiem) łoskotem, jakby właśnie cały zamek zdecydował się go połknąć.
Głośne TRACH, potem stuk... i wreszcie BĘC.
Gdyby Brenna zajrzała w głąb nowo odkrytego pomieszczenia, zastałaby widok godny kroniki żenujących upadków prefektów: Cassian leżał rozwalony na podłodze, w otoczeniu wiadra, przewróconej miotły i sterty zapomnianych skrzynek. Głowę miał niemal do połowy wsuniętą w metalowy kubeł, z którego sypał się kurz i pajęczyny.
– Nic mi nie jest – odezwał się stłumionym głosem gdzieś spod brzegu wiadra. – Choć muszę przyznać, że dawno nie miałem tak bliskiego kontaktu z wyposażeniem gospodarczym Hogwartu...
Chwilę potem uniósł się lekko, próbując wygrzebać się z kompromitującej pozycji, i dodał cicho:
– Możemy umówić się, że jeśli kiedykolwiek opowiesz tę historię, to ten fragment pominiesz...?
//(Cassian padł ofiarą cechy pechowca. Znowu... Pewnie nawet nie jest zdziwiony)
– Poezja to nie zawsze słowa. Czasem to tylko rytm zdarzeń. Albo to, jak światło drży na ścianie, kiedy ktoś przechodzi z różdżką…
Nie dokończył. Sam nie był pewien, czy to myśl, czy tylko próba usprawiedliwienia tej całej romantycznej maniery, którą zbyt często mu wypominano. Szedł dalej, blisko za nią, i tylko czasem zerkał w dół, mierząc wysokość, na którą się wspinali. Było ich więcej, niż się spodziewał. Znacznie więcej.
Gdy w końcu stanęli przed sufitem, który zablokował im drogę, zatrzymał się za nią i spojrzał w górę. Cassian zmarszczył brwi i przesunął dłonią po chłodnym kamieniu nad sobą. Czysta, surowa powierzchnia nie zdradzała żadnych oznak życia - żadnych symboli, żadnych ukrytych zawleczek, żadnych run czy sprytnie zakamuflowanych klamek. W zasadzie wyglądała jak... zwykły mur. A jednak coś w nim nie dawało mu spokoju.
– Może ten korytarz był tylko zapasowy... może po prostu prowadzi donikąd – mruknął, nie do końca przekonany. Oparł się nieznacznie ramieniem o fragment ściany, pozwalając sobie na chwilę zmęczenia. – W powieściach to ten moment, w którym bohater orientuje się, że źle wybrał i powinien był iść za głosem rozsądku...
Nie dokończył.
Ściana, o którą się opierał, zaskrzypiała cicho, a potem, z przeciągłym, nieprzyjemnym jękiem kamienia na zawiasach, uchyliła się nagle jak tajemne drzwi. Cassian zachwiał się, próbując odzyskać równowagę… i nie zdążył. Zniknął w przejściu z pełnym godności (a raczej jego brakiem) łoskotem, jakby właśnie cały zamek zdecydował się go połknąć.
Głośne TRACH, potem stuk... i wreszcie BĘC.
Gdyby Brenna zajrzała w głąb nowo odkrytego pomieszczenia, zastałaby widok godny kroniki żenujących upadków prefektów: Cassian leżał rozwalony na podłodze, w otoczeniu wiadra, przewróconej miotły i sterty zapomnianych skrzynek. Głowę miał niemal do połowy wsuniętą w metalowy kubeł, z którego sypał się kurz i pajęczyny.
– Nic mi nie jest – odezwał się stłumionym głosem gdzieś spod brzegu wiadra. – Choć muszę przyznać, że dawno nie miałem tak bliskiego kontaktu z wyposażeniem gospodarczym Hogwartu...
Chwilę potem uniósł się lekko, próbując wygrzebać się z kompromitującej pozycji, i dodał cicho:
– Możemy umówić się, że jeśli kiedykolwiek opowiesz tę historię, to ten fragment pominiesz...?
//(Cassian padł ofiarą cechy pechowca. Znowu... Pewnie nawet nie jest zdziwiony)