Minął tydzień od katastrofy, jaką była z pewnością zapisana już na kartach historii Spalona Noc. Ludzie powoli podnosili się z kolan po stratach, jakich doznali – nawet ktoś taki, jak ród Lestrange, nie uszedł przed mrokiem tamtejszej nocy. Zdawałoby się, że była to rodzina, która nie pałała miłością do mugoli i mugolaków, czystokrwiści z pokolenia na pokolenie od bardzo wielu już lat. Piękny ogród Maida Vale jakimś cudem uniknął ognistej zagłady, jakby czuwała nad nim jakaś opatrzność, albo czyjaś ręka, tak samo jak wiele domów należących do członków rodziny została oszczędzona i ludzie w Londynie z pewnością gadali… to jednak i Lestrange nie uniknęli straty. Jeden z ich domów, który zamieszkiwała część rodziny, ulokowany na obrzeżach Doliny Godryka, został dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi – i to były konsekwencje, z którymi musieli się mierzyć jego mieszkańcy. I co prawda Victoria wyprowadziła się z rodzinnego domu półtorej miesiąca wcześniej, to przecież nadal nosił on mnóstwo jej wspomnień, rzeczy, których ze sobą nie zabrała… i tak dalej. To była strata, cios, którego zupełnie się nie spodziewała, gdy tamtej piątkowej nocy krążyła po ulicach Londynu. Jej rodzice przenieśli się właśnie tutaj – do Maida Vale, bo co innego mieli zrobić? Victoria nie była w stanie pomieścić w swojej kamienicy na Pokątnej całej swojej rodziny (i po prawdzie: wcale nie chciała, nie po to się przecież wyniosła z domu), przyjęła za to swoje siostry, które musiały jakoś się u niej ulokować. Korzystać z jej ubrań, kosmetyków… No i, tak po prawdzie, nie były przywykłe do takiego życia, bo Victoria, gdy się wyprowadzała, nie wzięła z domu żadnego skrzata. Sama jakoś sobie radziła, kupowała jedzenie na wynos, coś tam próbowała sama gotować, sprzątanie to nie był problem, bo sama była pedantyczna aż do bólu, ale teraz, gdy mieszały we trzy, z jej dwoma kotami…
Właśnie dlatego tego wieczora zjawiła się w Maida Vale. Trochę to odwlekała, trochę ciągle nie było czasu, bo aurorzy mieli tak naprawdę kupę roboty, ciągle narastała w niej jakaś taka irytacja, aż w końcu nie było sensu tego przekładać bardziej, bo w końcu nie chodziło tylko o nią, ale również o jej siostry. Przygotowywała się zresztą na całą walkę z własną matką – najwyraźniej nie do końca potrzebnie, bo Isabella, choć wybitnie niezadowolona z tego, co się podziało tydzień temu z ich domem i przymusową przeprowadzką, chyba sama czuła, że prośba (a właściwie oznajmienie) najstarszej z jej córek, jest właściwym i logicznym w tej sytuacji. A chodziło o to, by zabrać jednego ze służących im do tej pory skrzatów ze sobą, do jej kamienicy na Pokątnej.
I padło na Strzałkę, z którego to wyboru Victoria była bardzo zadowolona, bo skrzatka była przy niej odkąd tak naprawdę pamiętała. Chwilę jeszcze wymieniła ze swoimi rodzicami grzeczności, po czym jej matka uznała, że jest już zmęczona i że chętnie udałaby się na spoczynek (co było oczywistym kłamstwem), ale był to dobry moment, żeby się rozstać, a skrzatkę dokładnie pokierować, dokąd ma się udać i które pomieszczenie wziąć na swoją własność.
Lestrange nie mogła sobie odmówić jednak wizyty w ogrodzie by na własne oczy przekonać się, że nie ma tutaj żadnych szkód (jak?). Nasycić oczy pięknem, a nos wonią tych kwiatów, które akurat otwierały się na wieczór i noc – nawet o tej porze roku. Przeszła wielkimi drzwiami na taras, by stamtąd skierować się na dróżkę do ogrodu. Strategicznie wkomponowane w otoczenie latarenki rozświetlały ciemności, pozwalając na dostrzeżenie czegokolwiek, tworząc ten przyjemny półmrok. Pantofelki na niewysokim obcasie cicho chrzęściły po żwirze usypanym na ścieżkach, gdy ta niespiesznie szła, z dłońmi za plecami, przystając co kawałek, by nachylić się do rosnących tutaj kwiatów. Róże. Czarne róże, wyglądające, jakby były hodowane na konkurs, oplatające mury, drzewa i przeróżne obiekty znajdujące się w ogrodzie. Ich intensywny zapach był wyczuwalny nawet teraz.
Okazało się, że nie była jedyną o tej porze odwiedzającą ogród osobą, bo w pewnym oddaleniu zobaczyła wysoką, smukłą i… znaną sobie sylwetkę. Uśmiechnęła się nawet lekko pod nosem, zupełnie nieświadoma pomyłki. Anthony… Być może jej wuj też dopiero znalazł czas, by zerknąć na to, co dzieje się w ogrodzie, by na własne oczy zobaczyć to dziwne zjawisko, o którym napisała mu w liście jeszcze przed tragedią, która oplotła Londyn swoim ognistym kokonem. Victoria ubrana była bardzo odmiennie do tego, jak ubierały się obecnie czarownice z dobrych domów – ale mówiąc szczerze miała to trochę gdzieś. Czarna, dość odważna i lekko prześwitująca koszula wyszywana ciemną nicią w delikatny florystyczny wzór, wpuszczona w równie czarne spodnie – strój podkreślał jej figurę i z pewnością mógł rodzić pytania, tym bardziej, że było już chłodno, a przy kobiecie trudno było szukać płaszcza.
– Anthony! – jej dźwięczny głos przeciął ciszę, gdy zawołała swojego wuja, stojącego ciągle w tej bramie, której nikt nie miał czasu jeszcze naprawić. Jego twarz była skryta w półmroku, a Victoria zastanawiała się, czemu tam w ogóle ciągle stoi. Przyspieszyła nieco kroku. – Mój drogi, nie spodziewałam się ciebie o tej porze w ogrodzie. Czemu nie wejdziesz?