01.07.2025, 21:25 ✶
Nie musiałem czekać zbyt długo - ledwie zdążyłem się oprzeć barkiem o framugę, gdy z wnętrza zaplecza dobiegły dźwięki i w drzwiach stanęła Nora. Otworzyła je szybko, podeszła tak sprawnie, że mógłbym zacząć żywić przekonanie, iż wyczuła moją obecność jeszcze na kilka sekund przed pukaniem. Może i tak było - nie zdziwiłbym się. Skinąłem głową w powitaniu, bez słów, ani bez wyciągania rąk - uprzejmie, ale bez spoufalania się, tym bardziej, że byłem tu wcześniej tego samego dnia. Owszem, mówiliśmy sobie na ty, ale ani myślałem traktować jej jak znajomej, poza tym celowo wszedłem od zaplecza, żeby nie wdawać się w coś, co mogłoby zostać źle zinterpretowane przez kogoś trzecioplanowego, za to znającego połowę miasta. Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby ją ściskać ani podawać jej dłoń. Prawie od razu zauważyłem też kota, który przemykał jej przy kostkach. Spojrzałem na niego przelotnie, a on odwzajemnił to spojrzenie z zupełnie niewzruszoną dezaprobatą. Zmierzył mnie wzrokiem, który sugerował, że wie więcej niż powinien, po czym niespiesznie się odwrócił i zniknął w głębi korytarza, nie zaszczyciwszy mnie większym zainteresowaniem.
W środku było ciepło, o kilka stopni za bardzo jak na moją tolerancję. Zdjąłem płaszcz i zawiesiłem go na najbliższym haczyku, zostając w czarnej koszulce z krótkim rękawem i ciemnych, roboczych spodniach. Odstawiłem torbę przy ścianie - starannie, nie rzucając jej byle gdzie, bo sprzęt miał swoje miejsce, nawet jeśli sam nie zawsze je miałem - rozpinając górny zatrzask, żeby w razie czego mieć szybki dostęp do zawartości. Nie zdążyłem nawet wyjąć niczego ze środka, gdy od frontu dobiegło stukanie i Nora, bez zbędnej zwłoki, poszła otworzyć. Przez uchylone drzwi zobaczyłem, jak wpuszcza do środka dwie osoby - znacząco większe od niej, co nie było szczególnie trudne, ale tym razem kontrast był wyjątkowo wyraźny. Wyglądała przy nich jak miniatura, zwłaszcza przy Greengrassie, który zdawał się zajmować więcej przestrzeni, niż powinien - zdecydowanie jeszcze bardziej rozrósł się przez te wszystkie lata, względem tego, kogo pamiętałem - Cornelius, dla odmiany, wyglądał tak samo, równie poważnie, co zawsze, tylko starzej - zawsze był z niego kawał elegancika. Tak właściwie, to obaj przez moment mogli wyglądać jak ochrona bardzo ekskluzywnego lokalu, gdyby nie to, że znałem ich zbyt dobrze. Nie przywitałem się z nimi - nie było takiej potrzeby, ledwo kilka godzin temu mijaliśmy się w kuchni u ciotki Corneliusa. Chwilowo i tak mieszkaliśmy razem w letniej posiadłości Ursuli, a to oznaczało, że dzieliliśmy nie tylko przestrzeń, ale i znaczną część czasu. Poza tym - chcąc nie chcąc - mieliśmy całkiem niezły wgląd w swoje humory, przyzwyczajenia i zasoby cierpliwości, więc w tym wypadku raczej wystarczyło kiwnięcie brodą - naprawdę nie było sensu rozgrywać sceny spotkania po latach.
Zanim zdążyłem wymienić z którymkolwiek z nich jakiekolwiek słowo, znów rozległo się pukanie, a gospodyni po raz kolejny potuptała do drzwi, co samo w sobie było już prawie śmieszne - taki ciąg ludzi zjawiających się jeden po drugim miał w sobie coś lekko komicznego, szczególnie że chyba nikt się ze sobą nie umawiał - ja z pewnością nie miałem o tym pojęcia, chociaż wiedziałem, że Nora chciała kogoś zaprosić na wieczór. Przelotnie przeszło mi nawet przez myśl, że słusznie - po to, by nie być sama ze mną, zrozumiałe, raczej nie wzbudzałem zaufania.
Tym razem, kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyłem kolejnego mężczyznę - również wysokiego - Figg wpuściła go z uśmiechem, który mówił, że zna go nie od dziś. Zresztą nie trzeba było być jasnowidzem, by zauważyć, że między nimi istniała jakaś nić porozumienia. Prawie prychnąłem śmiechem pod nosem, bo robiło się nie tylko tłoczno, lecz przez ludzi, którzy musieli się pochylać, żeby przejść przez drzwi. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, bo Nora wyglądała przy nas, jak skrócona do połowy wersja człowieka, a i tak zachowywała się, jakby to wszyscy byli dodatkiem do niej, nie odwrotnie - i słusznie, w końcu to był jej lokal, ona tu rządziła.
Spojrzałem na nowego przybysza, najpierw z obojętnym zaciekawieniem, potem z coraz większym namysłem - kojarzyłem tę twarz, gdzieś ją już widziałem. W gazetach? W jakimś wywiadzie? Przyglądałem się mężczyźnie przez chwilę - kojarzyłem jego twarz, ale nie od razu udało mi się przypisać ją do konkretnego nazwiska. Coś mi się nie składało, moje wewnętrzne notatki były niepełne, i dopiero, kiedy padło jego imię - Erik - tryby w głowie przeskoczyły na właściwe miejsce. Tak - to zdecydowanie była medialna persona. Nawet ja, z moim dość selektywnym zainteresowaniem tym, co się dzieje w świecie elity - będąc w Wielkiej Brytanii dopiero od końca sierpnia - wiedziałem, kim jest. Trochę za dużo szumu działo się wokół tej rodziny, żeby to przeoczyć, chociaż, jeśli miałbym oceniać tylko po spojrzeniu, to nie wyglądał na kogoś, kto lubi błysk fleszy.
Nora przywitała go inaczej niż nas wszystkich - po prostu przytuliła go, mocno i bez słowa, jakby chciała coś w ten sposób przekazać bez konieczności mówienia. Patrzyłem na nich kątem oka, nie wścibiając nosa w ich prywatność, ale i nie udając, że nie widzę. Zresztą nie dało się nie zauważyć, że Erik nie był w najlepszej formie. Mimo cienia uśmiechu i grzecznego zachowania, wyglądał jak ktoś, kto w ciągu ostatnich tygodni zbyt wiele widział, za mało spał i zdecydowanie nie miał czasu, by przepracować wszystko, co musiał przeżyć. To znaczy - był cały, co w tych czasach naprawdę dużo znaczyło, ale dało się poznać, że przeszedł przez coś więcej. Nora najwyraźniej też to widziała, bo przytuliła go bez słowa, mocno i długo, nie przejmując się tym, że wciąż staliśmy tam wszyscy i patrzyliśmy. Miała do tego prawo. Każdy z nas miał zresztą własne rzeczy do przeżycia i przetrawienia, i swoje metody radzenia sobie z trudnościami. Eleonora wybrała dyskrecję, jaką kryła w słowach, które rzuciła do niego po krótkiej pauzie, jaka musiała pomieścić zbyt wiele myśli. I chociaż ton miała żartobliwy, wiedziałem, że to było najbliższe, co mogła powiedzieć w miejscu pełnym ludzi, żeby nie mówić: „Przykro mi.” albo „Cieszę się, że żyjesz.”... Wszyscy słyszeliśmy, co się stało, mniej lub bardziej szczegółowo. Widać było, że Longbottom nie doszedł jeszcze do siebie - coś w jego twarzy, w sposobie, w jaki stał, mówiło więcej niż wszelkie wyznania.
Uniósłem lekko brew, gdy gospodyni wspomniała o „kolorowych drinkach” - nie pierwszy raz używała tego określenia i zacząłem się szczerze zastanawiać, co właściwie wkładała do tych szklanek, skoro była tym tak podekscytowana. Z drugiej strony - kto pyta, ten czasem żałuje odpowiedzi. Minutę później jej wzrok zawisł na mnie, jakby to ode mnie zależało, czy będą się bawić, czy nie - w pewnym sensie miała rację, bo mogłem uprzeć się, żeby zająć się klątwą i zepsuć im plany, odwołując się do rzekomego niebezpieczeństwa, ale też nie widziałem przeszkód w tym, by pozostali mogli pić. To mnie przypadła niewdzięczna rola tego, który miał coś z tym wszystkim zrobić. Byłem gotów zabrać się do roboty, ale równie gotów, żeby dać tym ludziom, sobie zresztą też, pięć minut spokoju i może trochę alkoholu. W granicach rozsądku - na razie.
- Jeden czy dwa nie zaszkodzą. - Odpowiedziałem spokojnie, rozluźniony. - To nie opelasja na otwaltym selsu, a jeśli dobsze oceniam sytuację, i tak najpielw tszeba poczekaś, asz wsystko szię w pełni aktywuje. - Zakomunikowałem. Praca była pracą, ale nie widziałem powodu, żeby wszyscy siedzieli tu spięci jak przed egzaminem z OPCM-u.
Kość, bo nie zadziałała:
!Strach przed imieniem
W środku było ciepło, o kilka stopni za bardzo jak na moją tolerancję. Zdjąłem płaszcz i zawiesiłem go na najbliższym haczyku, zostając w czarnej koszulce z krótkim rękawem i ciemnych, roboczych spodniach. Odstawiłem torbę przy ścianie - starannie, nie rzucając jej byle gdzie, bo sprzęt miał swoje miejsce, nawet jeśli sam nie zawsze je miałem - rozpinając górny zatrzask, żeby w razie czego mieć szybki dostęp do zawartości. Nie zdążyłem nawet wyjąć niczego ze środka, gdy od frontu dobiegło stukanie i Nora, bez zbędnej zwłoki, poszła otworzyć. Przez uchylone drzwi zobaczyłem, jak wpuszcza do środka dwie osoby - znacząco większe od niej, co nie było szczególnie trudne, ale tym razem kontrast był wyjątkowo wyraźny. Wyglądała przy nich jak miniatura, zwłaszcza przy Greengrassie, który zdawał się zajmować więcej przestrzeni, niż powinien - zdecydowanie jeszcze bardziej rozrósł się przez te wszystkie lata, względem tego, kogo pamiętałem - Cornelius, dla odmiany, wyglądał tak samo, równie poważnie, co zawsze, tylko starzej - zawsze był z niego kawał elegancika. Tak właściwie, to obaj przez moment mogli wyglądać jak ochrona bardzo ekskluzywnego lokalu, gdyby nie to, że znałem ich zbyt dobrze. Nie przywitałem się z nimi - nie było takiej potrzeby, ledwo kilka godzin temu mijaliśmy się w kuchni u ciotki Corneliusa. Chwilowo i tak mieszkaliśmy razem w letniej posiadłości Ursuli, a to oznaczało, że dzieliliśmy nie tylko przestrzeń, ale i znaczną część czasu. Poza tym - chcąc nie chcąc - mieliśmy całkiem niezły wgląd w swoje humory, przyzwyczajenia i zasoby cierpliwości, więc w tym wypadku raczej wystarczyło kiwnięcie brodą - naprawdę nie było sensu rozgrywać sceny spotkania po latach.
Zanim zdążyłem wymienić z którymkolwiek z nich jakiekolwiek słowo, znów rozległo się pukanie, a gospodyni po raz kolejny potuptała do drzwi, co samo w sobie było już prawie śmieszne - taki ciąg ludzi zjawiających się jeden po drugim miał w sobie coś lekko komicznego, szczególnie że chyba nikt się ze sobą nie umawiał - ja z pewnością nie miałem o tym pojęcia, chociaż wiedziałem, że Nora chciała kogoś zaprosić na wieczór. Przelotnie przeszło mi nawet przez myśl, że słusznie - po to, by nie być sama ze mną, zrozumiałe, raczej nie wzbudzałem zaufania.
Tym razem, kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyłem kolejnego mężczyznę - również wysokiego - Figg wpuściła go z uśmiechem, który mówił, że zna go nie od dziś. Zresztą nie trzeba było być jasnowidzem, by zauważyć, że między nimi istniała jakaś nić porozumienia. Prawie prychnąłem śmiechem pod nosem, bo robiło się nie tylko tłoczno, lecz przez ludzi, którzy musieli się pochylać, żeby przejść przez drzwi. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, bo Nora wyglądała przy nas, jak skrócona do połowy wersja człowieka, a i tak zachowywała się, jakby to wszyscy byli dodatkiem do niej, nie odwrotnie - i słusznie, w końcu to był jej lokal, ona tu rządziła.
Spojrzałem na nowego przybysza, najpierw z obojętnym zaciekawieniem, potem z coraz większym namysłem - kojarzyłem tę twarz, gdzieś ją już widziałem. W gazetach? W jakimś wywiadzie? Przyglądałem się mężczyźnie przez chwilę - kojarzyłem jego twarz, ale nie od razu udało mi się przypisać ją do konkretnego nazwiska. Coś mi się nie składało, moje wewnętrzne notatki były niepełne, i dopiero, kiedy padło jego imię - Erik - tryby w głowie przeskoczyły na właściwe miejsce. Tak - to zdecydowanie była medialna persona. Nawet ja, z moim dość selektywnym zainteresowaniem tym, co się dzieje w świecie elity - będąc w Wielkiej Brytanii dopiero od końca sierpnia - wiedziałem, kim jest. Trochę za dużo szumu działo się wokół tej rodziny, żeby to przeoczyć, chociaż, jeśli miałbym oceniać tylko po spojrzeniu, to nie wyglądał na kogoś, kto lubi błysk fleszy.
Nora przywitała go inaczej niż nas wszystkich - po prostu przytuliła go, mocno i bez słowa, jakby chciała coś w ten sposób przekazać bez konieczności mówienia. Patrzyłem na nich kątem oka, nie wścibiając nosa w ich prywatność, ale i nie udając, że nie widzę. Zresztą nie dało się nie zauważyć, że Erik nie był w najlepszej formie. Mimo cienia uśmiechu i grzecznego zachowania, wyglądał jak ktoś, kto w ciągu ostatnich tygodni zbyt wiele widział, za mało spał i zdecydowanie nie miał czasu, by przepracować wszystko, co musiał przeżyć. To znaczy - był cały, co w tych czasach naprawdę dużo znaczyło, ale dało się poznać, że przeszedł przez coś więcej. Nora najwyraźniej też to widziała, bo przytuliła go bez słowa, mocno i długo, nie przejmując się tym, że wciąż staliśmy tam wszyscy i patrzyliśmy. Miała do tego prawo. Każdy z nas miał zresztą własne rzeczy do przeżycia i przetrawienia, i swoje metody radzenia sobie z trudnościami. Eleonora wybrała dyskrecję, jaką kryła w słowach, które rzuciła do niego po krótkiej pauzie, jaka musiała pomieścić zbyt wiele myśli. I chociaż ton miała żartobliwy, wiedziałem, że to było najbliższe, co mogła powiedzieć w miejscu pełnym ludzi, żeby nie mówić: „Przykro mi.” albo „Cieszę się, że żyjesz.”... Wszyscy słyszeliśmy, co się stało, mniej lub bardziej szczegółowo. Widać było, że Longbottom nie doszedł jeszcze do siebie - coś w jego twarzy, w sposobie, w jaki stał, mówiło więcej niż wszelkie wyznania.
Uniósłem lekko brew, gdy gospodyni wspomniała o „kolorowych drinkach” - nie pierwszy raz używała tego określenia i zacząłem się szczerze zastanawiać, co właściwie wkładała do tych szklanek, skoro była tym tak podekscytowana. Z drugiej strony - kto pyta, ten czasem żałuje odpowiedzi. Minutę później jej wzrok zawisł na mnie, jakby to ode mnie zależało, czy będą się bawić, czy nie - w pewnym sensie miała rację, bo mogłem uprzeć się, żeby zająć się klątwą i zepsuć im plany, odwołując się do rzekomego niebezpieczeństwa, ale też nie widziałem przeszkód w tym, by pozostali mogli pić. To mnie przypadła niewdzięczna rola tego, który miał coś z tym wszystkim zrobić. Byłem gotów zabrać się do roboty, ale równie gotów, żeby dać tym ludziom, sobie zresztą też, pięć minut spokoju i może trochę alkoholu. W granicach rozsądku - na razie.
- Jeden czy dwa nie zaszkodzą. - Odpowiedziałem spokojnie, rozluźniony. - To nie opelasja na otwaltym selsu, a jeśli dobsze oceniam sytuację, i tak najpielw tszeba poczekaś, asz wsystko szię w pełni aktywuje. - Zakomunikowałem. Praca była pracą, ale nie widziałem powodu, żeby wszyscy siedzieli tu spięci jak przed egzaminem z OPCM-u.
Kość, bo nie zadziałała:
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)