– Kochałem? Tak. Przez większość czasu myślałem jednak, że to fizjologicznie niemożliwe, a kiedy zrozumiałem prawdę… to było już za późno – przyznał jej rację, ukrywając twarz w dłoniach, próbując znieść ciężar wielu spraw naraz: zrówno użycie tego czasownika na głos, jak i użycie go w czasie przeszłym. Nie bez znaczenia pozostawał fakt wypowiedzenia tak uwłaczających słów obok kogoś, kto należało do jego gatunku i z wypranym przez naturę predatora osądem, z pewnością osądzał go z taką samą surowością, jak każdy inny wampir.
Jakie to miało jednak znaczenie? I tak o świcie jego ciało rozwieje się na wietrze, przeminie pamięć a duch odpowie na nękająca wszystkich tajemnicę życia po życiu. Albo nie odpowie. Może podąży za pyłem w świat, który bez niego stanie się lepszym miejscem.
– Nie mów tak – ściął nagle jej ostre słowa, gdy zaczęła rugać przebrzmiałą miłość. Może gdyby rozmawiali w lipcu, może gdyby odwiedziła go bezinteresownie znajdując w apogeum jego wściekłości, może wtedy dałby się porwać emocjom. Ale nie teraz, nie gdy przez miesiąc w Anglii mógł zebrać nieco więcej bolesnych dla niego danych. – To ja jestem idiotą, który w obawie, że straci wszystko, stał się samospełniającą przepowiednią. Chwila słabości i wszystko runęło. Wszystko zepsułem, maska opadła i on nie potrafi widzieć mnie już inaczej niż potwora, którym przecież… którym przecież jestem. – Agresja wymierzona od siebie, agresja wymierzona w siebie, zmienił się tylko kierunek.
Lucy przysunęła się bliżej, a on pochłonięty swoim żalem nawet tego za bardzo nie zauważył. Ich biodra niemal stykały się, ramiona czasami ocierały o siebie w cichym geście mówiącym o tym, że ktoś jest obok. W pierwszej chwili zdawało się, że nie usłyszał jej pytania. Milczał wypełniony odrazą do siebie i swojej natury, do przekonania, że od samego początku u fundamentów tej znajomości taki dzień musiał nastąpić. Współcześni ludzie byli tacy krusi, a on… on był ulepiony ze zbyt starej gliny. To nastąpiłoby prędzej czy później. Prędziej czy później cierpiałby tak jak teraz.
Z pętli myśli zaciskającej się na szyi wyrwało go jednak zaskoczenie. Wampirzyca milczała, czekając na ciąg dalszy opowieści, będąc i nie śmiejąc się z niego, przynajmniej nie wprost, nie głośno. Przygryzł na moment wargę, spoglądając na nią niepewnie, jak poranione zwierzę, nie dające zbytnio wiary wyciągniętej ku sobie ręce.
– To było przyjęcie inicjujące objęcie przez niego stołka. Bardzo… bardzo mi przypominał mężczyznę, którego spotkałem niedługo po odzyskaniu wolności, lidera grupy badającej losy… mojej własności po rewolucji. – Przełknął boleśnie uciekając od niej wzrokiem ku niespalonemu jeszcze gramofonowi, bo w sumie nie chciał wracać w rozmowie ani do swojego pierwszego spotkania z Lucy, ani do pierwszego spotkania z Williamem, ani do sprawy rzeźby, która według wszelkiego prawdopodobieństwa gdzieś w Anglii. – Wtedy, przed laty pomagałem tej grupie w ramach możliwości, ale finalnie zakpili ze mnie, wymuszając wieczystą przysięgę gwarantującą im bezpieczeństwo i znikając z majątkiem. Powiedzmy… że nie byłem po tym zamknięciu w najlepszej kondycji. Życząc im jak najgorzej, kiedy na przyjęciu mogłem poobserwować nowego gościa z kraju, do którego i tak moje kroki jeszcze nie mogły zaprowadzić, to wprost nie mogłem znieść jego manieryzmów, tego jak się wysławiał, nie mogłem znieść jego jego zadufania, pychy, przekonania o własnej wspaniałości. – umilkł na moment i westchnął przeciągle opierając brodę o dłonie złożone na kolanach.
– Przez pół roku unikałem z nim rozmowy, zbierałem informacje pozwalające usunąć chwast z całkiem wypielęgnowanego ogrodu ludzi wśród których bywałem. W końcu jednak, gdy przyszło co do czego, to zaczęliśmy rozmawiać i… zacząłem odwlekać moje plany w czasie, czując z jego strony mile łechtające zainteresowanie. Pomyślałam, że taka trzydziestoletnia rozkochana krew mogłaby być całkiem wyborna. I tak widzisz… on miał być ofiarą, tymczasem role zgrabnie się odwróciły. Ugh… na starość stałem się zbyt sentymentalny. Nienawidzę tego w sobie. – mruknął w niezadowoleniu, dając upust własnemu konfliktowi wewnętrznemu, gdy jego wewnętrzna bestia wciąż szarpała się i ciskała, pragnąc żyć, pragnąc pożywiać się, mordować, dawać upust rządzom. Nie ten, to kto inny. Ludzie i tak gasną, prawdziwy jest tylko głód.
Jakie to miało jednak znaczenie? I tak o świcie jego ciało rozwieje się na wietrze, przeminie pamięć a duch odpowie na nękająca wszystkich tajemnicę życia po życiu. Albo nie odpowie. Może podąży za pyłem w świat, który bez niego stanie się lepszym miejscem.
– Nie mów tak – ściął nagle jej ostre słowa, gdy zaczęła rugać przebrzmiałą miłość. Może gdyby rozmawiali w lipcu, może gdyby odwiedziła go bezinteresownie znajdując w apogeum jego wściekłości, może wtedy dałby się porwać emocjom. Ale nie teraz, nie gdy przez miesiąc w Anglii mógł zebrać nieco więcej bolesnych dla niego danych. – To ja jestem idiotą, który w obawie, że straci wszystko, stał się samospełniającą przepowiednią. Chwila słabości i wszystko runęło. Wszystko zepsułem, maska opadła i on nie potrafi widzieć mnie już inaczej niż potwora, którym przecież… którym przecież jestem. – Agresja wymierzona od siebie, agresja wymierzona w siebie, zmienił się tylko kierunek.
Lucy przysunęła się bliżej, a on pochłonięty swoim żalem nawet tego za bardzo nie zauważył. Ich biodra niemal stykały się, ramiona czasami ocierały o siebie w cichym geście mówiącym o tym, że ktoś jest obok. W pierwszej chwili zdawało się, że nie usłyszał jej pytania. Milczał wypełniony odrazą do siebie i swojej natury, do przekonania, że od samego początku u fundamentów tej znajomości taki dzień musiał nastąpić. Współcześni ludzie byli tacy krusi, a on… on był ulepiony ze zbyt starej gliny. To nastąpiłoby prędzej czy później. Prędziej czy później cierpiałby tak jak teraz.
Z pętli myśli zaciskającej się na szyi wyrwało go jednak zaskoczenie. Wampirzyca milczała, czekając na ciąg dalszy opowieści, będąc i nie śmiejąc się z niego, przynajmniej nie wprost, nie głośno. Przygryzł na moment wargę, spoglądając na nią niepewnie, jak poranione zwierzę, nie dające zbytnio wiary wyciągniętej ku sobie ręce.
– To było przyjęcie inicjujące objęcie przez niego stołka. Bardzo… bardzo mi przypominał mężczyznę, którego spotkałem niedługo po odzyskaniu wolności, lidera grupy badającej losy… mojej własności po rewolucji. – Przełknął boleśnie uciekając od niej wzrokiem ku niespalonemu jeszcze gramofonowi, bo w sumie nie chciał wracać w rozmowie ani do swojego pierwszego spotkania z Lucy, ani do pierwszego spotkania z Williamem, ani do sprawy rzeźby, która według wszelkiego prawdopodobieństwa gdzieś w Anglii. – Wtedy, przed laty pomagałem tej grupie w ramach możliwości, ale finalnie zakpili ze mnie, wymuszając wieczystą przysięgę gwarantującą im bezpieczeństwo i znikając z majątkiem. Powiedzmy… że nie byłem po tym zamknięciu w najlepszej kondycji. Życząc im jak najgorzej, kiedy na przyjęciu mogłem poobserwować nowego gościa z kraju, do którego i tak moje kroki jeszcze nie mogły zaprowadzić, to wprost nie mogłem znieść jego manieryzmów, tego jak się wysławiał, nie mogłem znieść jego jego zadufania, pychy, przekonania o własnej wspaniałości. – umilkł na moment i westchnął przeciągle opierając brodę o dłonie złożone na kolanach.
– Przez pół roku unikałem z nim rozmowy, zbierałem informacje pozwalające usunąć chwast z całkiem wypielęgnowanego ogrodu ludzi wśród których bywałem. W końcu jednak, gdy przyszło co do czego, to zaczęliśmy rozmawiać i… zacząłem odwlekać moje plany w czasie, czując z jego strony mile łechtające zainteresowanie. Pomyślałam, że taka trzydziestoletnia rozkochana krew mogłaby być całkiem wyborna. I tak widzisz… on miał być ofiarą, tymczasem role zgrabnie się odwróciły. Ugh… na starość stałem się zbyt sentymentalny. Nienawidzę tego w sobie. – mruknął w niezadowoleniu, dając upust własnemu konfliktowi wewnętrznemu, gdy jego wewnętrzna bestia wciąż szarpała się i ciskała, pragnąc żyć, pragnąc pożywiać się, mordować, dawać upust rządzom. Nie ten, to kto inny. Ludzie i tak gasną, prawdziwy jest tylko głód.