02.07.2025, 21:32 ✶
Czy dwudziestolatek byłby w stanie udźwignąć miłość kogoś kto czas odmierzał wiekami? Cóż, Hannibal był przekonany, że jest w stanie udźwignąć każdą ilość miłości. Miał jej tyle, potrzebował jej tyle, od kochanków, od widowni, od wszystkich. Był jak bezdenna studnia. Byli tacy, którzy doprowadzali go w łóżku do krzyku i płaczu, ale im bardziej przytłoczone było jego ciało, tym głośniej śpiewała jego dusza. Zmęczony tańcem, zmęczony seksem, mając w zasięgu wzroku granicę swoich możliwości, był pijany desperacją, muzyką, bliskością. Delirycznie szczęśliwy.
Gabriel przytłoczył go z taką łatwością, zgniótł pod sobą. Hannibal wolałby, żeby to się odbyło po uprzednim umówieniu się, ale w końcu… nic złego się nie stało, prawda?
Wampir odpowiedział na jego badający grunt dotyk własnym, tym razem delikatnym i nawet czułym. Łudząco normalnym. Pieszczota była przyjemna, ale jeszcze lepiej było widzieć, że rozmówca wykazuje inicjatywę i Hannibal zorientował się, że wcale nie tylko z powodu mrowienia w brzuchu, obudzonego przez francuskie czułe słówka. Także dlatego, że to znaczyło, że Gabriel poczuł się trochę lepiej. Dobrze było być częścią tego czucia się lepiej.
Uśmiechnął się do wampira lekko, spuszczając wzrok na ich połączone dłonie. Kiedy z powrotem podniósł oczy, by napotkać głodne, ciągle głodne, nawet teraz niebieskie oczy, pierwszym, co dostrzegł były kły. Drgnął. Nigdy nie był fetyszystą zębów, chociaż kilka ugryzień tu i ówdzie w szale uniesień potrafiło zdziałać cuda. Bał się igieł. Źle znosił widok krwi. Ale… ale, na Merlina, obawiał się tych kłów i chciał je poczuć jednocześnie. Jak to jest być ukąszonym? Co, jeżeli omdleje, jak wtedy, kiedy założył się, że przekłuje uszy? Co, jeżeli Gabriel straci panowanie nad sobą i weźmie za dużo?
- Uważaj, bo potraktuję Twoją ofertę poważnie… - mruknął. Dopiero wszedł w dorosłość i nie myślał często o starości i śmierci, ale kiedy już to się zdarzało, czuł lęk. Co, jeżeli nie zdąży osiągnąć wszystkiego? Co warte jest wszystko, co tworzy, jego lata treningów, tysiące prób, jeśli zostanie zapomniany za pokolenie czy dwa? Lepiej było o tym nie myśleć. Hannibal też był głodny. Życia, świata. Zaprzyjaźniony wampir w odwodzie brzmiał jak wcale nienajgorsze rozwiązanie...
- Daj mi jeszcze kilka dziesięcioleci… - dłoń wampira wędrowała teraz po jego szyi, a młodszy czarodziej przechylił lekko głowę, robiąc jej miejsce - …Słuchając tego, co mówią o tym świecie, za jakiś czas nocny tryb życia… ahh - syknął, przymknął oczy i skrzywił się, kiedy chłodne palce sięgnęły rany z tyłu głowy. Ból, zelżały już do poziomu, który można było ignorować, na chwilę znów rozbłysł, mimo zimnego okładu.
Gabriel wydawał się nagle z powrotem zainteresowany, nagle chętny. Hannibal do pewnego stopnia to rozumiał, rebound generalnie był wspaniałym lekiem na złamane serce. Montbel… to było coś innego, niż wszystko, co do tej pory napotkał. I najwyraźniej zdecydował się zagrać w tę samą grę. Co mogło pójść źle?
Ośmielony łagodnym dotykiem i cichym głosem wampira, nakrył jego dłoń na swoim barku własną, po czym przesunął palce wzdłuż przedramienia, ramienia, barku, aż na obojczyk i wyżej - delikatnie biorąc drugiego mężczyznę pod brodę, wcale nie ustępując mu wprawnością i sensualnością tego gestu. Po jednej stronie dziesięciolecia doskonalenia sztuki uwodzenia. Po drugiej - talenty aktorskie Selwynów.
– Chciałbym wiedzieć jak smakujesz…
Hannibal podwinął nogi i nachylił się nad Gabrielem, nadal z dłonią na jego szczęce, o tyle młodszy, o tyle słabszy, ale chwilowo - na górze. Upajające. Niebezpieczne.
Plié.
- Zaproponowałbym kawałek za kawałek - powiedział z uśmiechem, jakby byli kumplami dzielącymi się pizzą i, na bogów, to doprawdy nie było tak bardzo różne, Ty dasz mi spróbować swojego ciała, a ja Tobie - mojego, ale… - Ale istnieje pewne… ryzyko… zęby… krew… No mogę zemdleć, po prostu! - wykrztusił wreszcie, zawstydzony, jak rzadko kiedy, uciekając wzrokiem, ale żywiąc nadzieję, że może Gabriel, jako ten bardziej doświadczony, znajdzie rozwiązanie.
Gabriel przytłoczył go z taką łatwością, zgniótł pod sobą. Hannibal wolałby, żeby to się odbyło po uprzednim umówieniu się, ale w końcu… nic złego się nie stało, prawda?
Wampir odpowiedział na jego badający grunt dotyk własnym, tym razem delikatnym i nawet czułym. Łudząco normalnym. Pieszczota była przyjemna, ale jeszcze lepiej było widzieć, że rozmówca wykazuje inicjatywę i Hannibal zorientował się, że wcale nie tylko z powodu mrowienia w brzuchu, obudzonego przez francuskie czułe słówka. Także dlatego, że to znaczyło, że Gabriel poczuł się trochę lepiej. Dobrze było być częścią tego czucia się lepiej.
Uśmiechnął się do wampira lekko, spuszczając wzrok na ich połączone dłonie. Kiedy z powrotem podniósł oczy, by napotkać głodne, ciągle głodne, nawet teraz niebieskie oczy, pierwszym, co dostrzegł były kły. Drgnął. Nigdy nie był fetyszystą zębów, chociaż kilka ugryzień tu i ówdzie w szale uniesień potrafiło zdziałać cuda. Bał się igieł. Źle znosił widok krwi. Ale… ale, na Merlina, obawiał się tych kłów i chciał je poczuć jednocześnie. Jak to jest być ukąszonym? Co, jeżeli omdleje, jak wtedy, kiedy założył się, że przekłuje uszy? Co, jeżeli Gabriel straci panowanie nad sobą i weźmie za dużo?
- Uważaj, bo potraktuję Twoją ofertę poważnie… - mruknął. Dopiero wszedł w dorosłość i nie myślał często o starości i śmierci, ale kiedy już to się zdarzało, czuł lęk. Co, jeżeli nie zdąży osiągnąć wszystkiego? Co warte jest wszystko, co tworzy, jego lata treningów, tysiące prób, jeśli zostanie zapomniany za pokolenie czy dwa? Lepiej było o tym nie myśleć. Hannibal też był głodny. Życia, świata. Zaprzyjaźniony wampir w odwodzie brzmiał jak wcale nienajgorsze rozwiązanie...
- Daj mi jeszcze kilka dziesięcioleci… - dłoń wampira wędrowała teraz po jego szyi, a młodszy czarodziej przechylił lekko głowę, robiąc jej miejsce - …Słuchając tego, co mówią o tym świecie, za jakiś czas nocny tryb życia… ahh - syknął, przymknął oczy i skrzywił się, kiedy chłodne palce sięgnęły rany z tyłu głowy. Ból, zelżały już do poziomu, który można było ignorować, na chwilę znów rozbłysł, mimo zimnego okładu.
Gabriel wydawał się nagle z powrotem zainteresowany, nagle chętny. Hannibal do pewnego stopnia to rozumiał, rebound generalnie był wspaniałym lekiem na złamane serce. Montbel… to było coś innego, niż wszystko, co do tej pory napotkał. I najwyraźniej zdecydował się zagrać w tę samą grę. Co mogło pójść źle?
Ośmielony łagodnym dotykiem i cichym głosem wampira, nakrył jego dłoń na swoim barku własną, po czym przesunął palce wzdłuż przedramienia, ramienia, barku, aż na obojczyk i wyżej - delikatnie biorąc drugiego mężczyznę pod brodę, wcale nie ustępując mu wprawnością i sensualnością tego gestu. Po jednej stronie dziesięciolecia doskonalenia sztuki uwodzenia. Po drugiej - talenty aktorskie Selwynów.
– Chciałbym wiedzieć jak smakujesz…
Hannibal podwinął nogi i nachylił się nad Gabrielem, nadal z dłonią na jego szczęce, o tyle młodszy, o tyle słabszy, ale chwilowo - na górze. Upajające. Niebezpieczne.
Plié.
- Zaproponowałbym kawałek za kawałek - powiedział z uśmiechem, jakby byli kumplami dzielącymi się pizzą i, na bogów, to doprawdy nie było tak bardzo różne, Ty dasz mi spróbować swojego ciała, a ja Tobie - mojego, ale… - Ale istnieje pewne… ryzyko… zęby… krew… No mogę zemdleć, po prostu! - wykrztusił wreszcie, zawstydzony, jak rzadko kiedy, uciekając wzrokiem, ale żywiąc nadzieję, że może Gabriel, jako ten bardziej doświadczony, znajdzie rozwiązanie.