03.07.2025, 12:54 ✶
Czasami tak było, że kradziona tożsamość stawała się silniejsza, niż jej własna. Nie miała co prawda problemu z rozróżnieniem siebie od... siebie, ale rzeczywiście można było zauważyć, że w zależności od tego jaką twarz miała Nico, tak potrafiła mieć osobowość... nieco inną.
Nico marynarz był lekkoduchem i absolutnie chciał przecież, by wszyscy dobrze wokół niego się czuli (nie żeby Keyleth nie miała takich marzeń i aspiracji, o nie!). Zobaczył ten dyskomfort Eliasa, zobaczył jak ucieka wzrokiem w stronę zdewastowanego zakładu i aż nim potrząsnął (oczywiście w przyjacielski i niegroźny sposób).
– Och dajże spokój! Przecież chodzi mi o to, że wybornie, że Ty żyjesz, że jesteś cały! Tak się cieszę! Jesteś dobrą duszą i to miasto, cóż... nie wiem jak dla innych, ale dla mnie straciłoby wiele, gdyby wiesz, gdyby Ciebie w nim zabrakło! – uśmiech nie schodził z jego twarzy, dłoń powędrowała ku włosom, które zostały ochoczo zmierzwione, naruszając wszelkie zasady poszanowania przestrzeni osobistej. Z drugiej strony, czyż skali nie wyznaczał popiół z niebios palący wszystko i wszystkich? Nico pozostawał ślepy i głuchy na to, że tego typu gesty byłyby niemile widziane. Gdyby weszła do tego zakładu te kilka dni temu Nico absolwentką Hogwartu, ta interakcja zapewne wyglądałaby zupełnie inaczej. Ale tak się nie stało...
Na wzmiankę o świniach podparł się pod boki i chrumknął próbując (tylko troszkę, troszeńkę desperacko) rozśmieszyć kolegę. Zaraz potem jednak dodał jowialnie:
– Ja i sprzątanie? Mój drogi urodziłem się z miotłą w ręku! – rozpostarł ręce jak sztukmistrz magik iluzjonista, jakby gotów do czarowania, ale szybko, szybciutko przypomniał sobie że ups - przecież różdżka jest do tego działania niezbędna. Szybko więc wyciągnął swoje hebańkowe cudo. – Rozkazuj mi, razem szybciej się z tym na pewno uporamy.
Nico marynarz był lekkoduchem i absolutnie chciał przecież, by wszyscy dobrze wokół niego się czuli (nie żeby Keyleth nie miała takich marzeń i aspiracji, o nie!). Zobaczył ten dyskomfort Eliasa, zobaczył jak ucieka wzrokiem w stronę zdewastowanego zakładu i aż nim potrząsnął (oczywiście w przyjacielski i niegroźny sposób).
– Och dajże spokój! Przecież chodzi mi o to, że wybornie, że Ty żyjesz, że jesteś cały! Tak się cieszę! Jesteś dobrą duszą i to miasto, cóż... nie wiem jak dla innych, ale dla mnie straciłoby wiele, gdyby wiesz, gdyby Ciebie w nim zabrakło! – uśmiech nie schodził z jego twarzy, dłoń powędrowała ku włosom, które zostały ochoczo zmierzwione, naruszając wszelkie zasady poszanowania przestrzeni osobistej. Z drugiej strony, czyż skali nie wyznaczał popiół z niebios palący wszystko i wszystkich? Nico pozostawał ślepy i głuchy na to, że tego typu gesty byłyby niemile widziane. Gdyby weszła do tego zakładu te kilka dni temu Nico absolwentką Hogwartu, ta interakcja zapewne wyglądałaby zupełnie inaczej. Ale tak się nie stało...
Na wzmiankę o świniach podparł się pod boki i chrumknął próbując (tylko troszkę, troszeńkę desperacko) rozśmieszyć kolegę. Zaraz potem jednak dodał jowialnie:
– Ja i sprzątanie? Mój drogi urodziłem się z miotłą w ręku! – rozpostarł ręce jak sztukmistrz magik iluzjonista, jakby gotów do czarowania, ale szybko, szybciutko przypomniał sobie że ups - przecież różdżka jest do tego działania niezbędna. Szybko więc wyciągnął swoje hebańkowe cudo. – Rozkazuj mi, razem szybciej się z tym na pewno uporamy.