03.07.2025, 13:05 ✶
Oczywiście ABSOLUTNIE nie zamierzała podrapać swojej dobrodziejki. Wbrew tej brawurze, wbrew trikowi, którym ryzykowała w sumie tak wiele, bo przecież teraz z frecim mózgiem zaczęło dopiero do niej dochodzić, że pani Burke mogła poczuć się obrażona tym gestem, wbrew temu - na prawdę jej zależało na odzyskaniu amuletu. Nawet jeśli był bezwartościowy, to dla niej.... cóż, dla niej pozostawał bezcenny.
Dlatego nie trzeba było długo prosić i namawiać, gdy tylko znalazła się na ladzie, przybrała płynnie na powrót swoją ludzką formę. A zatem siedziała teraz, tuż przy złowrogiej blondynce, która szczęśliwie zdawała się rozbawiona. Siedziała nie po tej stronie lady co przed chwilą, ale umówmy się - nikt w obecnej sytuacji nie powinien mieć jej tego za złe, szczególnie żaden właściciel, któremu fajka została na powrót wsunięta między wargi.
– Jestem Keyleth, chociaż wołają na mnie Key. – Klucz, to było na swój sposób zabawne, bo choć fretkowa dziewczyna znikąd znała się na kradzieży, o zamkach wiedziała mniej niż taki na ten przykład kucharz z Rejwachu. Z drugiej strony... szybko się uczyła.– Ale też zdarza się ludziom wołać na mnie Nico. To imię, gdy mam inną twarz niż ta, czy... ta futerkowa. – spróbowała całkiem skromnie spuścić wzrok, mówić o tym w sposób lekki i niezobowiązujący, chociaż o kokieterii nie miała wcale pojęcia i prędzej można ją było oskarżyć, znaczy zachwycić się jej dziecięcym wręcz idealizmem i naiwnością, znaczy prostotą, aniżeli doszukiwać się w jej działaniach dusznego kobiecego seksapealu. Efekt tej udawanej niewinności z pewnością przełamywały bimbające nogi, które zwisały z lady i nie mogły za bardzo się uspokoić. Keyleth denerwowała się, że przesadziła i ta rozmowa kwalifikacyjna skończy się dla niej bardziej niż źle. Nie mogła jeszcze zagrać kartą pana Woody'ego. Właściciel lokalu, który tak jej się podobał, jeszcze w ogóle za bardzo nie ogarniał jej istnienia w czasoprzestrzeni, a co dopiero miałby za nią ręczyć.
Pozostawało czekać na efekt działań, sumę słów, akcji i prośby, która przecież nie mogła być aż takim problemem dla kogoś takiego jak pani Burke.
Dlatego nie trzeba było długo prosić i namawiać, gdy tylko znalazła się na ladzie, przybrała płynnie na powrót swoją ludzką formę. A zatem siedziała teraz, tuż przy złowrogiej blondynce, która szczęśliwie zdawała się rozbawiona. Siedziała nie po tej stronie lady co przed chwilą, ale umówmy się - nikt w obecnej sytuacji nie powinien mieć jej tego za złe, szczególnie żaden właściciel, któremu fajka została na powrót wsunięta między wargi.
– Jestem Keyleth, chociaż wołają na mnie Key. – Klucz, to było na swój sposób zabawne, bo choć fretkowa dziewczyna znikąd znała się na kradzieży, o zamkach wiedziała mniej niż taki na ten przykład kucharz z Rejwachu. Z drugiej strony... szybko się uczyła.– Ale też zdarza się ludziom wołać na mnie Nico. To imię, gdy mam inną twarz niż ta, czy... ta futerkowa. – spróbowała całkiem skromnie spuścić wzrok, mówić o tym w sposób lekki i niezobowiązujący, chociaż o kokieterii nie miała wcale pojęcia i prędzej można ją było oskarżyć, znaczy zachwycić się jej dziecięcym wręcz idealizmem i naiwnością, znaczy prostotą, aniżeli doszukiwać się w jej działaniach dusznego kobiecego seksapealu. Efekt tej udawanej niewinności z pewnością przełamywały bimbające nogi, które zwisały z lady i nie mogły za bardzo się uspokoić. Keyleth denerwowała się, że przesadziła i ta rozmowa kwalifikacyjna skończy się dla niej bardziej niż źle. Nie mogła jeszcze zagrać kartą pana Woody'ego. Właściciel lokalu, który tak jej się podobał, jeszcze w ogóle za bardzo nie ogarniał jej istnienia w czasoprzestrzeni, a co dopiero miałby za nią ręczyć.
Pozostawało czekać na efekt działań, sumę słów, akcji i prośby, która przecież nie mogła być aż takim problemem dla kogoś takiego jak pani Burke.