03.07.2025, 17:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2025, 13:44 przez Hannibal Selwyn.)
Oczywiście, że Hannibal byłby wspaniałym wampirem. Pełnym uroku osobistego, dramatycznym, i na pewno robiącym olśniewającą karierę. Póki co jednak, mógł realizować to wszystko jako człowiek i robił to, w mgnieniu oka wślizgując się w rolę młodego kochanka, uwiedzionego przez krwiopijcę.
Cały rozsądek, cały, uzasadniony przecież, lęk, instynkt nakazujący mu ostrożność, wyleciał przez okno, przegnany surrealistyczną atmosferą tej nocy i tego miejsca. Czy to jakaś magia Sali Wawrzynowej, duch przeszłych katharsis przeżywanych przez widzów, widmo pasji pokoleń artystów? Selwyn tego nie wiedział i nie dbał o to w tej chwili, bo oto jego plié nie zdążyło zakończyć się żadnym malowniczym wyskokiem, ani nawet figlarnym pas de chat, tak pięknie wpisującym się w kocie skojarzenia sprzed chwili, bo starszy mężczyzna kompletnie przejął kontrolę nad przebiegiem tej sceny, jakby zgoda na oddanie swojej krwi była zaproszeniem, którego wedle legendy potrzebował wampir, by wejść - i brać, brać, brać, bo przecież mówią, że raz wpuszczonego, nie tak łatwo było się pozbyć.
Hannibal nie myślał o tym, uwiedziony, omotany i gotów, och, jak bardzo gotów dawać.
Dlatego nie zrobił najmniejszego ruchu, by poprawić koszulę, która zsunęła mu się z kształtnego ramienia. Dlatego pozwolił mu zmienić pozycję, znów na dole, kruchy i śmiertelny, i uległy, uwięziony pod przedwiecznym stworem, głodnym krwi, głodnym jego.
Głowa młodzieńca tym razem ostrożnie, bezpiecznie spotkała się z deskami teatru, a jego włosy rozsypały się wokół, malowniczo, jakby nawet one, indywidualnie odziedziczyły rodowe zdolności. Nie zważał już na ból nabitego wcześniej guza. Patrząc wampirowi prosto w oczy, na leżąco rozpiął ostatnie dwa guziki koszuli i zdjął ją do reszty, pozwalając, by czerwony jedwab zsunął się po skórze i rozlał się na podłodze pod nim i wokół niego, jak krew, którą Gabriel pragnął rozlewać wcześniej. Jedna dłoń opadła omdlewającym gestem blisko ust. Patrz, co chciałeś zabić, zdawał się mówić ten ruch. Druga ręka uniosła się do twarzy Montbela, pogłaskała go po policzku, nie palcami, ale przedramieniem, gdzie błękitne żyły odznaczały się pod skórą.
Nawet teraz, pieszczony chłodnymi ustami i dłońmi, obłaskawiany komplementami, podświadomie, a może właśnie całkiem kontrolowanie, Hannibal przyjął pozycję, w której wszystkie najlepsze tętnice były na widoku - odchylona głowa, odwiedzione udo. Bezczelny. Bezwstydny. I zawsze, zawsze performer.
Już nie skąpił dotyku, pewien, że będzie przyjęty, że kot, kochanek, potwór, czy czymkolwiek postanowiła w tej chwili stać się ta istota, zdecydował się jednak wleźć mu na kolana.
Przesunął dłonią po plecach Gabriela, w górę po materiale koszuli, przez łopatki, kark, aż zanurzył ją w miękkich, długich włosach. Złapał za nie - lustrzane odbicie wcześniejszego wampirzego ataku, tym razem w postaci pieszczoty, śmiesznie nieszkodliwe w ludzkim wykonaniu. Odwrócił głowę w jego stronę i, w ferworze chwili, również złożył pocałunek, gorący, niestaranny, trafiający bardziej w linię włosów, niż w skroń.
- Jeżeli chcesz być potworem, będę całował potwora - wydyszał, goniąc ustami jego wargi, jakby to była naprawdę tylko gra, jakby Gabriel nie był drapieżcą, tylko starszym o dwadzieścia lat kochankiem, który właśnie podzielił się swoimi fantazjami erotycznymi.
Kiedy wampir chwilę później podniósł głowę, Hannibal wykorzystał okazję, by rzucić mu zalotne spojrzenie spod rzęs.
- Bądź delikatny, to mój pierwszy raz - ostrzegł, udając onieśmielonego, tekst tak wyświechtany, a maska niewinnej dziewicy szyta tak grubymi nićmi, że sam roześmiałby się, gdyby był gorszym aktorem. Ale nie, był tak głęboko w roli, że przysiągłby, że poczuł rumieniec na policzkach, kiedy zapytał, trochę urywanie i bez tchu, bo palce Gabriela właśnie odnalazły jego sutek:
- Jak… jak mnie chcesz?
Cały rozsądek, cały, uzasadniony przecież, lęk, instynkt nakazujący mu ostrożność, wyleciał przez okno, przegnany surrealistyczną atmosferą tej nocy i tego miejsca. Czy to jakaś magia Sali Wawrzynowej, duch przeszłych katharsis przeżywanych przez widzów, widmo pasji pokoleń artystów? Selwyn tego nie wiedział i nie dbał o to w tej chwili, bo oto jego plié nie zdążyło zakończyć się żadnym malowniczym wyskokiem, ani nawet figlarnym pas de chat, tak pięknie wpisującym się w kocie skojarzenia sprzed chwili, bo starszy mężczyzna kompletnie przejął kontrolę nad przebiegiem tej sceny, jakby zgoda na oddanie swojej krwi była zaproszeniem, którego wedle legendy potrzebował wampir, by wejść - i brać, brać, brać, bo przecież mówią, że raz wpuszczonego, nie tak łatwo było się pozbyć.
Hannibal nie myślał o tym, uwiedziony, omotany i gotów, och, jak bardzo gotów dawać.
Dlatego nie zrobił najmniejszego ruchu, by poprawić koszulę, która zsunęła mu się z kształtnego ramienia. Dlatego pozwolił mu zmienić pozycję, znów na dole, kruchy i śmiertelny, i uległy, uwięziony pod przedwiecznym stworem, głodnym krwi, głodnym jego.
Głowa młodzieńca tym razem ostrożnie, bezpiecznie spotkała się z deskami teatru, a jego włosy rozsypały się wokół, malowniczo, jakby nawet one, indywidualnie odziedziczyły rodowe zdolności. Nie zważał już na ból nabitego wcześniej guza. Patrząc wampirowi prosto w oczy, na leżąco rozpiął ostatnie dwa guziki koszuli i zdjął ją do reszty, pozwalając, by czerwony jedwab zsunął się po skórze i rozlał się na podłodze pod nim i wokół niego, jak krew, którą Gabriel pragnął rozlewać wcześniej. Jedna dłoń opadła omdlewającym gestem blisko ust. Patrz, co chciałeś zabić, zdawał się mówić ten ruch. Druga ręka uniosła się do twarzy Montbela, pogłaskała go po policzku, nie palcami, ale przedramieniem, gdzie błękitne żyły odznaczały się pod skórą.
Nawet teraz, pieszczony chłodnymi ustami i dłońmi, obłaskawiany komplementami, podświadomie, a może właśnie całkiem kontrolowanie, Hannibal przyjął pozycję, w której wszystkie najlepsze tętnice były na widoku - odchylona głowa, odwiedzione udo. Bezczelny. Bezwstydny. I zawsze, zawsze performer.
Już nie skąpił dotyku, pewien, że będzie przyjęty, że kot, kochanek, potwór, czy czymkolwiek postanowiła w tej chwili stać się ta istota, zdecydował się jednak wleźć mu na kolana.
Przesunął dłonią po plecach Gabriela, w górę po materiale koszuli, przez łopatki, kark, aż zanurzył ją w miękkich, długich włosach. Złapał za nie - lustrzane odbicie wcześniejszego wampirzego ataku, tym razem w postaci pieszczoty, śmiesznie nieszkodliwe w ludzkim wykonaniu. Odwrócił głowę w jego stronę i, w ferworze chwili, również złożył pocałunek, gorący, niestaranny, trafiający bardziej w linię włosów, niż w skroń.
- Jeżeli chcesz być potworem, będę całował potwora - wydyszał, goniąc ustami jego wargi, jakby to była naprawdę tylko gra, jakby Gabriel nie był drapieżcą, tylko starszym o dwadzieścia lat kochankiem, który właśnie podzielił się swoimi fantazjami erotycznymi.
Kiedy wampir chwilę później podniósł głowę, Hannibal wykorzystał okazję, by rzucić mu zalotne spojrzenie spod rzęs.
- Bądź delikatny, to mój pierwszy raz - ostrzegł, udając onieśmielonego, tekst tak wyświechtany, a maska niewinnej dziewicy szyta tak grubymi nićmi, że sam roześmiałby się, gdyby był gorszym aktorem. Ale nie, był tak głęboko w roli, że przysiągłby, że poczuł rumieniec na policzkach, kiedy zapytał, trochę urywanie i bez tchu, bo palce Gabriela właśnie odnalazły jego sutek:
- Jak… jak mnie chcesz?