03.07.2025, 21:17 ✶
Oparł się o jej bark, a ona zamarła, nie wiedząc sama, czy powinna się odsunąć, czy pozwolić na ten moment bliskości.
– To nic. Nie szkodzi – powiedziała, a jej głos brzmiał nagle ciszej i spokojniej, chociaż w głowie Lucy panowała prawdziwa burza myśli, kiedy walczyły ze sobą dwie postawy, obie wywołujące wyrzuty sumienia.
Jedna z nich słusznie zauważała, że śmierć była najlepszym lekarstwem na ból. Śmierć, wbrew temu co mówili ci śmieszni magimedycy od głowy, zajmując się dziedziną, której i tak nie rozumieli, była jedyną gwarancją na spokój. Bo przecież w innych przypadkach ból mógł powrócić. Mógł uderzyć w najmniej spodziewanym momencie, kiedy już wszyscy naiwnie założyli, że ponownie było się jednostką cieszącą się z życia. Albo gorzej. Mógł się przyczepić na zawsze i nie odzywać się za mocno, ale jednocześnie swoim działaniem tłumić jakiekolwiek pozytywne emocje. Więc chyba powinna pozwolić mu umrzeć, czyż nie? Mogła jedyne co, to upewnić się, że nie umrze sam, schować się samej w cieniu i zaśpiewać mu jakąś piosenkę, gdy słońce ponownie zetknie się z jego skórą. Bo to chyba byłoby hah… nieludzkie, kazać mu cierpieć dalej.
A jednak… A jednak nieważne ile o tym nie myślała, nie tłumiło to jej kolejnych wyrzutów sumienia, tych, które wypominały jej, że życie mogło być dobre, a on nie powinien ginąć tylko dlatego, że jej zgorzkniałość mu na to pozwoli.
Powoli i może nieco niezgrabnie jej dłoń zetknęła się z jego dłonią.
– A jaką masz pewność, że w Limbo, otoczony innymi, którzy stracili życie, ból zniknie? Tu… Tu przynajmniej wiesz, że możesz go uśmiercić. Zamknij na chwilę oczy. Pomyśl o miłym momencie przed tym kiedy go spotkałeś. Nie musi być wybitny. Po prostu… Przyzwoity. – Głos dalej miała delikatny, a mówiła głośno i pewnie, chociaż wypowiadając swoje słowa mogła myśleć tylko o tym, że pierdoliła właśnie trzy po trzy.
– To nic. Nie szkodzi – powiedziała, a jej głos brzmiał nagle ciszej i spokojniej, chociaż w głowie Lucy panowała prawdziwa burza myśli, kiedy walczyły ze sobą dwie postawy, obie wywołujące wyrzuty sumienia.
Jedna z nich słusznie zauważała, że śmierć była najlepszym lekarstwem na ból. Śmierć, wbrew temu co mówili ci śmieszni magimedycy od głowy, zajmując się dziedziną, której i tak nie rozumieli, była jedyną gwarancją na spokój. Bo przecież w innych przypadkach ból mógł powrócić. Mógł uderzyć w najmniej spodziewanym momencie, kiedy już wszyscy naiwnie założyli, że ponownie było się jednostką cieszącą się z życia. Albo gorzej. Mógł się przyczepić na zawsze i nie odzywać się za mocno, ale jednocześnie swoim działaniem tłumić jakiekolwiek pozytywne emocje. Więc chyba powinna pozwolić mu umrzeć, czyż nie? Mogła jedyne co, to upewnić się, że nie umrze sam, schować się samej w cieniu i zaśpiewać mu jakąś piosenkę, gdy słońce ponownie zetknie się z jego skórą. Bo to chyba byłoby hah… nieludzkie, kazać mu cierpieć dalej.
A jednak… A jednak nieważne ile o tym nie myślała, nie tłumiło to jej kolejnych wyrzutów sumienia, tych, które wypominały jej, że życie mogło być dobre, a on nie powinien ginąć tylko dlatego, że jej zgorzkniałość mu na to pozwoli.
Powoli i może nieco niezgrabnie jej dłoń zetknęła się z jego dłonią.
– A jaką masz pewność, że w Limbo, otoczony innymi, którzy stracili życie, ból zniknie? Tu… Tu przynajmniej wiesz, że możesz go uśmiercić. Zamknij na chwilę oczy. Pomyśl o miłym momencie przed tym kiedy go spotkałeś. Nie musi być wybitny. Po prostu… Przyzwoity. – Głos dalej miała delikatny, a mówiła głośno i pewnie, chociaż wypowiadając swoje słowa mogła myśleć tylko o tym, że pierdoliła właśnie trzy po trzy.