04.07.2025, 02:28 ✶
Viviane od zawsze twierdziła, że w każdym artyście musiała zaistnieć iskra szaleństwa, jeżeli chciał choćby otrzeć się o wybitność. Dægberht się z nią wielokrotnie i otwarcie nie zgodził – nie rozumiał, dlaczego pasjonaci mieli być uznawani za szaleńców, a barwne łączenie ze sobą słów miało być kojarzone z czymś choćby minimalnie negatywnym... A jednak ciężko było nie zauważyć (oczywiście kiedy nie było się głównym zainteresowanym), że w jego przypadku była to najprawdziwsza z prawd.
Było w jego oczach zarówno coś, co przyciągało, jak i coś, co z góry ostrzegało, że ten właśnie człowiek sprowadzi cię na manowce. Niby nie był przygłupi, niby nie kłamał, ale gadał tak, jakby go ktoś zbyt wiele razy uderzył patelnią w sam środek czoła i odpadła mu piąta klepka, a on przez ponad dwadzieścia lat nie zauważył straty. Jeszcze nie Piotruś Pan, z pewnością nie ktoś moralnie przebrzydły, ale każdy nabierał podejrzliwości, kiedy tylko z pełnych warg znikał jednak-nie-permanentny uśmiech. Straciłby wiele, gdyby nie był tak śliczny i wygadany – bo teraz nie wszyscy dostrzegali, jaki z niego potrafił być cudak, a niektórzy nawet potrafili zaprzepaścić dla jego wymysłów i zachcianek tak wiele, że aż ciężko było w to uwierzyć. On też nieszczególnie miał się tutaj czym popisywać – jak mógł wybrać najniebezpieczniejszą opcję, pchał się tam jak ćma do lampy.
– Również dzień dobry – odparł od razu. W innych ustach mogło to zabrzmieć wyjątkowo uszczypliwie, ale Flint uszczypliwy nie był – brzmiał swobodnie, wyraźnie rozbawiony, z nutą ciekawości, jakiej nie dało się uniknąć po zmierzeniu Basiliusa niedyskretnym spojrzeniem. – Dlaczego co? – Zapytał otwarcie, wykonując kilka zadziwiająco zgrabnych ruchów i zawiązując jedną z lin na silny, dobrze wyuczony węzeł. – Trochę dla mnie za wcześnie na metodę sokratejską, zresztą zgubiłem wątek. Nie pamiętam, na czym żeśmy wczoraj skończyli, na pewno o tym co żem wykopał na tej pustyni, cośmy po niej płynęli, jak po morzu, a może to było... Ah nieważne. Skoro się obudziłeś, to mogę zrobić ci herbatę. Nie mam kawy, bo Kapitan strącił puszkę i się stoczyła z pokładu, trochę szkoda, bo naprawdę ładna była, ale w sumie to mam jeszcze takich pięć. Lubisz takie mocne, gorzkie smaki, czy bardziej lekkie, słodkie...?
Niby zaczęło się kiepsko, bo Prewett wyglądał jak truposz – obecny albo przyszły – ale Flint rzadko czuł się onieśmielony i nawet kiedy nie był panem sytuacji, zdawał się przez nawet najbardziej skomplikowane sceny płynąć z gracją morskich fal.
Statek unosił się i opadał, woda szumiała wokół, wzmagający się wiatr napiął mocniej żagiel, a wnikliwe oczy uzdrowiciela, skupione na sylwetce tegoż marynarza, dostrzegały kogoś stojącego na deskach pokładu ze stabilnością godną podziwu. Mógł znajdować się w pułapce, ale Flint był godzien noszonego nazwiska i czuł się tu na tyle swobodnie, aby uczynić jego wczorajsze opowieści jak najbardziej wiarygodnymi. Musiał wiedzieć co robi. Musiał potrafić zawrócić. Musiał mieć w sobie moc dobicia do brzegu bez szwanku.
– Mam coś świetnego na kaca.
Było w jego oczach zarówno coś, co przyciągało, jak i coś, co z góry ostrzegało, że ten właśnie człowiek sprowadzi cię na manowce. Niby nie był przygłupi, niby nie kłamał, ale gadał tak, jakby go ktoś zbyt wiele razy uderzył patelnią w sam środek czoła i odpadła mu piąta klepka, a on przez ponad dwadzieścia lat nie zauważył straty. Jeszcze nie Piotruś Pan, z pewnością nie ktoś moralnie przebrzydły, ale każdy nabierał podejrzliwości, kiedy tylko z pełnych warg znikał jednak-nie-permanentny uśmiech. Straciłby wiele, gdyby nie był tak śliczny i wygadany – bo teraz nie wszyscy dostrzegali, jaki z niego potrafił być cudak, a niektórzy nawet potrafili zaprzepaścić dla jego wymysłów i zachcianek tak wiele, że aż ciężko było w to uwierzyć. On też nieszczególnie miał się tutaj czym popisywać – jak mógł wybrać najniebezpieczniejszą opcję, pchał się tam jak ćma do lampy.
– Również dzień dobry – odparł od razu. W innych ustach mogło to zabrzmieć wyjątkowo uszczypliwie, ale Flint uszczypliwy nie był – brzmiał swobodnie, wyraźnie rozbawiony, z nutą ciekawości, jakiej nie dało się uniknąć po zmierzeniu Basiliusa niedyskretnym spojrzeniem. – Dlaczego co? – Zapytał otwarcie, wykonując kilka zadziwiająco zgrabnych ruchów i zawiązując jedną z lin na silny, dobrze wyuczony węzeł. – Trochę dla mnie za wcześnie na metodę sokratejską, zresztą zgubiłem wątek. Nie pamiętam, na czym żeśmy wczoraj skończyli, na pewno o tym co żem wykopał na tej pustyni, cośmy po niej płynęli, jak po morzu, a może to było... Ah nieważne. Skoro się obudziłeś, to mogę zrobić ci herbatę. Nie mam kawy, bo Kapitan strącił puszkę i się stoczyła z pokładu, trochę szkoda, bo naprawdę ładna była, ale w sumie to mam jeszcze takich pięć. Lubisz takie mocne, gorzkie smaki, czy bardziej lekkie, słodkie...?
Niby zaczęło się kiepsko, bo Prewett wyglądał jak truposz – obecny albo przyszły – ale Flint rzadko czuł się onieśmielony i nawet kiedy nie był panem sytuacji, zdawał się przez nawet najbardziej skomplikowane sceny płynąć z gracją morskich fal.
Statek unosił się i opadał, woda szumiała wokół, wzmagający się wiatr napiął mocniej żagiel, a wnikliwe oczy uzdrowiciela, skupione na sylwetce tegoż marynarza, dostrzegały kogoś stojącego na deskach pokładu ze stabilnością godną podziwu. Mógł znajdować się w pułapce, ale Flint był godzien noszonego nazwiska i czuł się tu na tyle swobodnie, aby uczynić jego wczorajsze opowieści jak najbardziej wiarygodnymi. Musiał wiedzieć co robi. Musiał potrafić zawrócić. Musiał mieć w sobie moc dobicia do brzegu bez szwanku.
– Mam coś świetnego na kaca.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr