Tak krótki moment, a palił. Palił żywym ogniem, bardziej bolesnym, niż opadający popiół. Już wiedział, gdzie następnym razem zanurzy się skalpel, rozcinający skórę. Zamówił go dziesięć lat wcześniej, elegancką nasadkę z wymiennymi ostrzami ze stali nierdzewnej, którą trzymał w swoim biurku w Warowni, obok ulubionej talii kart proroczych, zestawu atramentów i dziennika snów, w dolnej szufladzie. Vasilij dotknął go, w dziwnym odruchu, który nie pasował do żadnych z wypowiadanych słów, ani do paraboli emocjonalnych tego spotkania. Tworzenie pieczęci, sigili, nie było takie trudne, gdy znało się runy, dopiero ich zaklinanie, to był proces, po który Morpheus nigdy nie sięgnął. W momencie samego dotyku, w osobnej części mózgu Morpheusa, którą okupował Vakel od lat, nawet o tym nie wiedząc, na stałe, zaczęły tworzyć się linie różnych możliwości. Jak rozciąć i zedrzeć skórę, aby czerwień cienkich pasków utworzyła lekko wypukły, biały wzór tkanki bliznowatej. Ładnie na nim wyglądała, srebrzyła się na nieco ciemniejszej skórze Longbottoma. W jego głowie było to jakieś zdanie, zaklęte i zamknięte w pojedynczym znaku. Nieduży krąg, przecinany do kolejnych run, tworzący orbitę dla czegoś pośrodku, co jeszcze nie skrystalizowało się w nim. Księżyce dookoła planety. Oczywiście pojawiła się też inna myśl, kornik drążący zdrowe drewno, niosący plagę zniszczenia, że to, co ze sobą zrobił, odrzuciłoby Vasilija, gdyby ujrzał jego skórę. Dobrze. Obrzydzenie jest lepsze, niż obojętność.
W tym momencie, w którym spadł popiół, wszelkie impertynanckie słowa przestały trafiać w Morpheusa. Wcześniej nadawały mu męczeński wygląd Świętego Sebastiana, najeżonego złotymi strzałami Apollina, ale wbrew temu, co myślała większość, nie tak umarł. Święty Sebastian, okrzyknięty przez młodzież świętym patronem homoseksualistów, został pobity na śmierć na rozkaz cesarza rzymskiego, a nie od egzekucji strzałami. Jego złoty Apollo mógł wziąć te swoje strzały i wsadzić sobie w części wsteczne.
Tylko jedno go ubodło, bo prawdą było, że Morpheus nigdy nikogo nie uratował. Samego siebie nie potrafił, a wiele razy w zgorzknieniu, wcale nie chciał. Pozwolił Alexandrowi się stoczyć, Ambrosii uwierzyć, że nie jest dość dobra, zabić jej ambicję, Vasilijowi żyć w poczuciu zdrady i cierpienia. Nigdy nikogo nie ocalił. Nigdy nie był bohaterem.
Zupełnie jakby nie docierały do niego słowa Vakela, oznajmił:
— Widziałem Dolinę w ogniu, a nad nią dym, kłębiący się w znak Voldemorta. Czułem cierpienie umierających drzew Greengrassów i spopielone ciała — ciało było jedno, jego własne, ale nie uważał, aby oznaczało rzeczywiście jego osobę. Miał umrzeć tak wiele razy, że zaczynał mieć wrażenie, że ciąży nad nim klątwa i im więcej razy będzie przekonany o swojej śmiertelności, tym bardziej będą cierpieć ci, których ukochał.
— Podobną miała inna jasnowidzka o Londynie. Ogień, Śmierciożercy i cierpienie bez konkretnej twarzy.
Pewna otwartość Morpheusa zniknęła, zamknięte wrota upchniętych w środku czułości do świętego gniewu Vakela. Po prostu zignorował powtórne nagrywanie się z niego. Dotknie go ono dopiero za jakiś czas, gdy głową przestanie pędzić w prawdopodobieństwach i płomieniach.
— Wiesz, gdzie są teraz twoi bliscy? — zapytał, odczuwając narastającą panikę wraz z kolejnymi kilkoma płatkami popiołu, które spadły na posadzę, jak poszarzały śnieg. Teraz on bezwiednie sięgnął po rękę Vasilija, aby ją złapać i pociągnąć go za sobą, we wskazane miejsce tarasu. Nie zamierzał spuścić go z oczu.
Był tylko jeden ogień, który mógł pożreć Vakela Dolohova i był nim on.