04.07.2025, 09:13 ✶
Jej serce było bardziej niż martwe.
Stało w miejscu, z taką samą upartością jak jego.
Nie czuł jednak tego braku, nie odbierał tego jako wady — wręcz przeciwnie! Brak tętna, brak szumu krwi, brak wrzącej skóry, był kojącym spokojem, za którym tak tęsknił. Łagodny zapach perfum, szelest czarnej sukni… Była jak Śmierć, która ulitowała się nad tym, co unikał jej zbyt długo. Była Śmiercią, która znalazła czas kilka godzin przed wschodem, żeby dać mu moment ukojenia i rozmowy pozwalającej uciszyć myśli krzyczące na niego tak wiele dni.
Jego życie obfitowało w wiele doświadczeń, wiele przelanej krwi, wiele ciał i rozrywek, którymi próbował zabić nudę. Gdy poprosiła go o wspomnienia sprzed tej całej upadlającej farsy doprowadzającej go do tego stanu, miał trudność, aby wybrać jedno. Sześć ostatnich długich lat poświęcił na rozdrapywanie bardzo krótkiego okresu w swoim życiu, każde miejsce zostało pokazane jemu, każdy znajomy, przyjaciel klient był mu przedstawiony. Każda przestrzeń była skażona, zainfekowana już momentem, w którym wpuścił go wszędzie, w każdy zakamarek teraźniejszości, pozostawiając jednak bardzo konsekwentnie przeszłość za zamkniętymi drzwiami.
Przeszłość, z której Śmierć przyjęła swoją formę przyoblekając ciało młodej wampirzycy, której oczy lśniły mieszaniną ciekawości i pogardy. Najlepszej mieszanki, wewnętrznego kryzysu czyniącego świat interesującym miejscem w znośnym zakresie.
– Poznałem kiedyś pewną wampirzycę – zaczął bardzo cicho, bynajmniej nie zabierając głowy. Palce tylko na moment drgnęły, gdy na skórze odbiły się cudze opuszki, ale zaraz potem jak nadsuszone korzenie sięgnęły ku źródlanej wodzie, nawet jeśli wobec ich wspólnych doświadczeń, wypowiedziana na głos metafora raczej nie spotkałaby się z pozytywnym odbiorem. Nie ujął jej drobnej dłoni, zamiast tego muskał jej skórę jak drogocenną tkaninę, tak szczęśliwy, że bohaterka jego opowieści nie straciła swojej powłoki.
– … a musisz wiedzieć, że nigdy nie lubiłem wampirów. Gdy więc mój krawiec oznajmił mi, jak wyborny projekt sukni szykuje dla niej, gdy pokazał mi materiały i hafty, które niechybnie uczyniłyby z niej królową balu, gdy zdradził pomysł na wykwintną przemianę niewinnej bieli otoczonej złotą nicią w głęboką zieleń winnych krzewów dociążoną szlachetnymi gronami… – palce przesunęły się nieco głębiej, ku nudnej czerni, ku żałobnym kirom, w które musiała być przyobleczona Kostucha. Westchnął.
– Biedak musiał w te pędy modyfikować mój własny strój, tak byłem zawistny o uwagę pcheł na tym głupim przyjątku. Ale te kilka wspólnie spędzonych dni oczekiwania… one były dobre. Były miłe. Były dniami, które wolałbym wspominać częściej w świecie tak odległym od tu i teraz, że aż nierealnym. A gdy przyszła ta noc, ta bardzo… bardzo długa noc… bez wahania oddałem jej swój diadem, bo lśniła pośród tych chwastów niczym najpiękniejsza z magicznych róż. I nawet jeśli była na mnie wtedy tak bardzo zła, pamiętam jak potem skrzętnie wykorzystała to co się stało, dla własnej radości i satysfakcji i był to widok jeszcze piękniejszy.
Umilkł na moment, bezchmurne nocne niebo zaczęło zaciągać się długim cieniem, gasząc blask gwiazd jedna po drugiej. Zawahał się, czy mówić dalej, ale przecież nie miał nic już do stracenia, zostało tak niewiele piasku w jego klepsydrze. Zatopiony w czarnym skrzydle, zatopiony w myślach, we wspomnieniu o tyle dobrym, że pozbawionym współczesnego skażenia.
– Kiedy… ja… czasem wracałem do tego momentu, kiedy tańczyliśmy razem pawanę. Oni. Oni trzymali mnie długo, żeby mieć pewność, że nikt z ludzi nie będzie pamiętał. I wszystko zlewało się w jedno, w szarość murów, w smród szczurzego futra, w chłód wilgotnego kamienia mojego grobowca. Ale gdy było bardzo, bardzo źle, to myślałem o tej melodii. O tym, że dobrze się stało, że ona otworzyła tamte drzwi. I myślałem o tej pawanie, o spokojnej melodii, o niewymuszonym kroku razem. Pomagało mi to zasnąć. Pomagało mi to nie oszaleć do reszty. Chyba nigdy nie miałem okazji jej przeprosić i podziękować za to, że gdzieś, kiedyś zwróciła mi wolność, nawet jeśli musiałem za nią… musiałem potem zapłacić.
Stało w miejscu, z taką samą upartością jak jego.
Nie czuł jednak tego braku, nie odbierał tego jako wady — wręcz przeciwnie! Brak tętna, brak szumu krwi, brak wrzącej skóry, był kojącym spokojem, za którym tak tęsknił. Łagodny zapach perfum, szelest czarnej sukni… Była jak Śmierć, która ulitowała się nad tym, co unikał jej zbyt długo. Była Śmiercią, która znalazła czas kilka godzin przed wschodem, żeby dać mu moment ukojenia i rozmowy pozwalającej uciszyć myśli krzyczące na niego tak wiele dni.
Jego życie obfitowało w wiele doświadczeń, wiele przelanej krwi, wiele ciał i rozrywek, którymi próbował zabić nudę. Gdy poprosiła go o wspomnienia sprzed tej całej upadlającej farsy doprowadzającej go do tego stanu, miał trudność, aby wybrać jedno. Sześć ostatnich długich lat poświęcił na rozdrapywanie bardzo krótkiego okresu w swoim życiu, każde miejsce zostało pokazane jemu, każdy znajomy, przyjaciel klient był mu przedstawiony. Każda przestrzeń była skażona, zainfekowana już momentem, w którym wpuścił go wszędzie, w każdy zakamarek teraźniejszości, pozostawiając jednak bardzo konsekwentnie przeszłość za zamkniętymi drzwiami.
Przeszłość, z której Śmierć przyjęła swoją formę przyoblekając ciało młodej wampirzycy, której oczy lśniły mieszaniną ciekawości i pogardy. Najlepszej mieszanki, wewnętrznego kryzysu czyniącego świat interesującym miejscem w znośnym zakresie.
– Poznałem kiedyś pewną wampirzycę – zaczął bardzo cicho, bynajmniej nie zabierając głowy. Palce tylko na moment drgnęły, gdy na skórze odbiły się cudze opuszki, ale zaraz potem jak nadsuszone korzenie sięgnęły ku źródlanej wodzie, nawet jeśli wobec ich wspólnych doświadczeń, wypowiedziana na głos metafora raczej nie spotkałaby się z pozytywnym odbiorem. Nie ujął jej drobnej dłoni, zamiast tego muskał jej skórę jak drogocenną tkaninę, tak szczęśliwy, że bohaterka jego opowieści nie straciła swojej powłoki.
– … a musisz wiedzieć, że nigdy nie lubiłem wampirów. Gdy więc mój krawiec oznajmił mi, jak wyborny projekt sukni szykuje dla niej, gdy pokazał mi materiały i hafty, które niechybnie uczyniłyby z niej królową balu, gdy zdradził pomysł na wykwintną przemianę niewinnej bieli otoczonej złotą nicią w głęboką zieleń winnych krzewów dociążoną szlachetnymi gronami… – palce przesunęły się nieco głębiej, ku nudnej czerni, ku żałobnym kirom, w które musiała być przyobleczona Kostucha. Westchnął.
– Biedak musiał w te pędy modyfikować mój własny strój, tak byłem zawistny o uwagę pcheł na tym głupim przyjątku. Ale te kilka wspólnie spędzonych dni oczekiwania… one były dobre. Były miłe. Były dniami, które wolałbym wspominać częściej w świecie tak odległym od tu i teraz, że aż nierealnym. A gdy przyszła ta noc, ta bardzo… bardzo długa noc… bez wahania oddałem jej swój diadem, bo lśniła pośród tych chwastów niczym najpiękniejsza z magicznych róż. I nawet jeśli była na mnie wtedy tak bardzo zła, pamiętam jak potem skrzętnie wykorzystała to co się stało, dla własnej radości i satysfakcji i był to widok jeszcze piękniejszy.
Umilkł na moment, bezchmurne nocne niebo zaczęło zaciągać się długim cieniem, gasząc blask gwiazd jedna po drugiej. Zawahał się, czy mówić dalej, ale przecież nie miał nic już do stracenia, zostało tak niewiele piasku w jego klepsydrze. Zatopiony w czarnym skrzydle, zatopiony w myślach, we wspomnieniu o tyle dobrym, że pozbawionym współczesnego skażenia.
– Kiedy… ja… czasem wracałem do tego momentu, kiedy tańczyliśmy razem pawanę. Oni. Oni trzymali mnie długo, żeby mieć pewność, że nikt z ludzi nie będzie pamiętał. I wszystko zlewało się w jedno, w szarość murów, w smród szczurzego futra, w chłód wilgotnego kamienia mojego grobowca. Ale gdy było bardzo, bardzo źle, to myślałem o tej melodii. O tym, że dobrze się stało, że ona otworzyła tamte drzwi. I myślałem o tej pawanie, o spokojnej melodii, o niewymuszonym kroku razem. Pomagało mi to zasnąć. Pomagało mi to nie oszaleć do reszty. Chyba nigdy nie miałem okazji jej przeprosić i podziękować za to, że gdzieś, kiedyś zwróciła mi wolność, nawet jeśli musiałem za nią… musiałem potem zapłacić.