Głos nie należał do Anthonego – zdecydowanie nie. Akcent również był zupełnie nie taki, a słowa, które spłynęły z ust nieznajomego wszystko zresztą wyjaśniały: to nie był jej wuj. A ona popełniła fatalną pomyłkę!
Może by się zarumieniła, gdyby nie była nauczona jak radzić sobie z takimi sytuacjami. Victoria zamarła na drobną chwilę, w której jej mózg kalkulował i szukał najlepszej odpowiedzi w tej sytuacji i być może trwałoby to nieco dłużej, gdyby nie ukłon hrabiego.
– Najmocniej przepraszam, panie Montbel – odpowiedziała szybko, kierując na mężczyznę całą swoją uwagę. W tej chwili ogród czy róże przestały być takie ważne. – Półcień sprawił mi figla – nie musiała tłumaczyć, że wzięła go za kogoś innego, to było oczywiste w tej sytuacji. – Victoria Lestrange, bardzo miło mi pana poznać – przedstawiła się, i zawahawszy tylko na moment (w końcu doskonale pamiętała jak bardzo zimno jej ciała jest niekomfortowe dla innych) wyciągając dłoń w charakterystycznym geście pozwalającym na ucałowanie rączki panienki. Gdyby nie ukłon Gabriela, jego wyciągnięta dłoń, być może inaczej by się zachowała – jednak jego maniery wręcz krzyczały, że to osoba obyta z salonami. Z szlachecką czystą krwią. – Tak, można powiedzieć, że właścicielką. Na pewno jedną z właścicieli – nazwisko jegomościa krzyczało jej o Francji – i może sama nie władała językiem, to jednak w młodości pobierała podstawowe nauki, w końcu Lestrange nierozerwalnie było z Francją związani. Nigdy jednak nie skupiła się na tym, by języka się nauczyć i móc płynnie w nim porozumiewać. Co jednak się za nazwiskiem nieznajomego kryło to to, że zwyczajnie mógł nie wiedzieć nic o ogrodzie Maida Vale. Takie były jej szybkie wnioski. Mógł też nie wiedzieć o niej: o sławie, którą zyskała, o przypadłości jej ciała (i… duszy? A na pewno umysłu). – Ogrodem opiekuje się moja rodzina – doprecyzowała i delikatny uśmiech wygiął jej pełne, czerwone wargi. – Część z tych kwiatów na pewno – jej dzieci… pomagała przy kwiatach odkąd pamiętała. A główna zarządczy i ogrodów, gdy to czarnoróżane szaleństwo wykiełkowało, wręcz czekała aż Victoria się zjawi i zobaczy co jest grane. – Czarne róże akurat nie. Oprowadzić pana? Co prawda pora dnia być może nie sprzyja, ale wiele z tych kwiatów jeszcze nie śpi – niektóre już zamknęły swoje kielichy, wiele dopiero było w trakcie, ale były też takie, które tylko czekało na światło księżyca. Tego miały jednak nie zaznać, skoro chmury dymu jeszcze unosiły się, przesłaniając niebo. Widziała, jak nieznajomy z ciekawością zerkał na kwiaty – a w ramach przeprosin za swoją pomyłkę… dlaczego mu nie pokazać tych ogrodów?