13.02.2023, 00:24 ✶
Nie miałaby nic przeciwko, jakby Sauriel znowu sypał jak z rękawa swoimi ciekawostkami wiedzy bezużytecznej choć może faktycznie niekoniecznie tutaj gdzie stali, przy bukiecie kwiatów i przeprosinach, skoro gdzieś tam w tle czekały na nią eliksiry, które wesoło bulgotały w kociołkach. Ale tam – czemu nie? Victoria uważała, że Rookwood potrafi bardzo ciekawie opowiadać, zresztą… lubiła go słuchać bądź co bądź, choć może trudno było w to uwierzyć biorąc pod uwagę ich początki.
- Na wojnę? – powtórzyła za nim i pokręciła głową z niedowierzaniem. Jaką znowu wojnę. Niby mówiło się, że na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone, ale mówić tu o miłości było zdecydowanym przerostem formy i w ogóle wszystkiego – wszak znali się ledwo ile… cztery miesiące. Z czego pierwsze dwa i pół było nienawistnie milczące, więc to zostawiało nas z półtorej miesiąca sytuacji, w której rozmawiali ze sobą normalnie i coraz chętniej. A to dokładnie tyle, co nic, tak naprawdę – ten czas. No bo też widywali się ledwie na kilka godzin maksymalnie, raczej nie więcej niż raz, góóóóra dwa razy w tygodniu. Albo w ogóle raz na dwa. - Koło wojny to nawet nie leżało – stwierdziła po prostu i westchnęła, leciutko rozbawiona, starając się mimo wszystko odsunąć na bok ten smutek, który chwilę wcześniej zagościł w jej sercu. Smutek, przykrość…
Isabella tylko kiwnęła głową, wszak chwilę wcześniej witała Sauriela w drzwiach zamiast skrzatki i odprowadzała ich wzrokiem, aż jej zniknęli.
- Chroniczna bezsenność – odpowiedziała, nie patrząc na niego za bardzo, kiedy tak zaczął dotykać wszystko co mu się napatoczyło pod rękę. Wydawało jej się, że już mu to mówiła, na – była tego wręcz pewna, ale po prostu powtórzyła, uznawszy, że wtedy pewnie miał to totalnie w dupie, bo mało go obchodziło co się z nią dzieje. - Często się budzę. Śnią mi się głupoty, albo w ogóle nie mogę zasnąć i jak prześpię dwie godziny to jest cud – nie mówiąc już o tym co się działo, jeśli przychodziło jej spać nie w swoim łóżku – o dramat. Wiedziała, że gdy przeniesie się z tego domu do nowego to na początku to będzie dla niej prawdziwa katorga, nim jakieś łóżko nie uzna za swoje i będzie w stanie tam zasnąć. - Jakiś czas można tak pociągnąć, ale mało to zdrowe, więc… czasami muszę sobie pomóc eliksirem jeśli nic innego nie zadziała – mogłaby kiedyś spróbować kadzideł nasennych, podobno też były dobre. Victoria bardzo się bała, że się kiedyś tak przyzwyczai do eliksirów nasennych, że przestaną działać. - Och… ciekawe. Może to jakiś krewny tamtej czarownicy? – bardzo to spektakularne, tak wchodzić w ogień i nie umierać od niego, prawda? A taki wampir odporny na słońce…? Jak maszynka do zabijania, której nic nie powstrzyma. - Więc masz dwóch ojców? – zażartowała sobie teraz, bo nie trudno zauważyć, że wyrwało mu się o ojcu, a zaraz się poprawił. Zaczęła się teraz zastanawiać, czy wcześniej mówiąc ojciec mówił o nim… bo jakoś automatycznie sądziła, że o Eyrku. I znowu to wróciło, pytanie kiedy został przemieniony. Jak. Dlaczego.
- To musi być tylko krew? Ludzka? A co ze zwierzęcą? Może da się jakimś cudem osiągnąć sztuczną. Wydawało mi się kiedyś, że któraś cukiernia reklamowała krwawe lizaki, ale wtedy mało się tym interesowałam – ostrzegała go, że ma milion myśli na sekundę i prawdę mówiąc to było ku temu naprawdę blisko. Współczuła mu, tego że musiał odczuwać ten ciągły głód. - Uspokajające, hmmm… to brzmi jak jakiś trop… – Victoria wyraźnie się zamyśliła, kiedy tak stała nad kociołkiem, przerywając na moment mieszanie. - Przepraszam. Podchodzę do tego bardzo naukowo, choć żaden ze mnie wynalazca, po prostu bardzo wiele rzeczy mnie ciekawi. I zwyczajnie chciałabym ci pomóc – może jej kuzyn, William, miałby jakiś pomysł jak, heh, ugryźć temat. - Nie myśl sobie, że ci się narzucam, w sensie mam nadzieję, że tak tego nie odbierasz – ostrzegała go też, że ma mnóstwo pytań. Tylko nie każde nadawało się na to, by je wypowiedzieć na głos.
- Na wojnę? – powtórzyła za nim i pokręciła głową z niedowierzaniem. Jaką znowu wojnę. Niby mówiło się, że na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone, ale mówić tu o miłości było zdecydowanym przerostem formy i w ogóle wszystkiego – wszak znali się ledwo ile… cztery miesiące. Z czego pierwsze dwa i pół było nienawistnie milczące, więc to zostawiało nas z półtorej miesiąca sytuacji, w której rozmawiali ze sobą normalnie i coraz chętniej. A to dokładnie tyle, co nic, tak naprawdę – ten czas. No bo też widywali się ledwie na kilka godzin maksymalnie, raczej nie więcej niż raz, góóóóra dwa razy w tygodniu. Albo w ogóle raz na dwa. - Koło wojny to nawet nie leżało – stwierdziła po prostu i westchnęła, leciutko rozbawiona, starając się mimo wszystko odsunąć na bok ten smutek, który chwilę wcześniej zagościł w jej sercu. Smutek, przykrość…
Isabella tylko kiwnęła głową, wszak chwilę wcześniej witała Sauriela w drzwiach zamiast skrzatki i odprowadzała ich wzrokiem, aż jej zniknęli.
- Chroniczna bezsenność – odpowiedziała, nie patrząc na niego za bardzo, kiedy tak zaczął dotykać wszystko co mu się napatoczyło pod rękę. Wydawało jej się, że już mu to mówiła, na – była tego wręcz pewna, ale po prostu powtórzyła, uznawszy, że wtedy pewnie miał to totalnie w dupie, bo mało go obchodziło co się z nią dzieje. - Często się budzę. Śnią mi się głupoty, albo w ogóle nie mogę zasnąć i jak prześpię dwie godziny to jest cud – nie mówiąc już o tym co się działo, jeśli przychodziło jej spać nie w swoim łóżku – o dramat. Wiedziała, że gdy przeniesie się z tego domu do nowego to na początku to będzie dla niej prawdziwa katorga, nim jakieś łóżko nie uzna za swoje i będzie w stanie tam zasnąć. - Jakiś czas można tak pociągnąć, ale mało to zdrowe, więc… czasami muszę sobie pomóc eliksirem jeśli nic innego nie zadziała – mogłaby kiedyś spróbować kadzideł nasennych, podobno też były dobre. Victoria bardzo się bała, że się kiedyś tak przyzwyczai do eliksirów nasennych, że przestaną działać. - Och… ciekawe. Może to jakiś krewny tamtej czarownicy? – bardzo to spektakularne, tak wchodzić w ogień i nie umierać od niego, prawda? A taki wampir odporny na słońce…? Jak maszynka do zabijania, której nic nie powstrzyma. - Więc masz dwóch ojców? – zażartowała sobie teraz, bo nie trudno zauważyć, że wyrwało mu się o ojcu, a zaraz się poprawił. Zaczęła się teraz zastanawiać, czy wcześniej mówiąc ojciec mówił o nim… bo jakoś automatycznie sądziła, że o Eyrku. I znowu to wróciło, pytanie kiedy został przemieniony. Jak. Dlaczego.
- To musi być tylko krew? Ludzka? A co ze zwierzęcą? Może da się jakimś cudem osiągnąć sztuczną. Wydawało mi się kiedyś, że któraś cukiernia reklamowała krwawe lizaki, ale wtedy mało się tym interesowałam – ostrzegała go, że ma milion myśli na sekundę i prawdę mówiąc to było ku temu naprawdę blisko. Współczuła mu, tego że musiał odczuwać ten ciągły głód. - Uspokajające, hmmm… to brzmi jak jakiś trop… – Victoria wyraźnie się zamyśliła, kiedy tak stała nad kociołkiem, przerywając na moment mieszanie. - Przepraszam. Podchodzę do tego bardzo naukowo, choć żaden ze mnie wynalazca, po prostu bardzo wiele rzeczy mnie ciekawi. I zwyczajnie chciałabym ci pomóc – może jej kuzyn, William, miałby jakiś pomysł jak, heh, ugryźć temat. - Nie myśl sobie, że ci się narzucam, w sensie mam nadzieję, że tak tego nie odbierasz – ostrzegała go też, że ma mnóstwo pytań. Tylko nie każde nadawało się na to, by je wypowiedzieć na głos.