07.07.2025, 18:19 ✶
Szkocja zawsze miała kojarzyć się Lorraine z poematami Waltera Scotta, które czytywała w młodości z wypiekami na twarzy. Gdy patrzyła na górskie szczyty, majaczące w oddali, próbowała przypomnieć sobie ustęp z "Pani Jeziora", który zawsze ją wzruszał. Jak to szło, zastanawiała się, próbując zająć swoje myśli poezją, oszukać ciało, odwrócić jego uwagę od nieprzyjemnych sensacji, jakie wciąż odczuwała po podróży świstoklikiem. Ale szkocki wiatr porwał z jej pamięci słowa poematu, przegonił wspomnienia utworów skreślonych ręką Roberta Burnsa, uniósł w dal wierszyki dla dzieci autorstwa Roberta Louisa Stevensona, które czasem czytała małej Fridzie. Gdy wreszcie udało jej się dojść do siebie, pojawił się Elliott.
Skinęła mu głową w podzięce, gdy pomógł jej zdjąć płaszcz. Podszyty wiatrem, jasny płaszcz sprzed kilku, a może i kilkunastu sezonów, co Elliott mógł zauważyć już na pierwszy rzut oka, tak jak i to, że płaszcz sprawiał wrażenie znajomego. W zamyśle wydawał się skrojony na nieco wyższą kobietę niż stojąca przed półwila, o czym świadczyły ślady zręcznych poprawek krawieckich: widocznych, jeżeli wiedziało się, jak należy patrzeć. Elliott wiedział. Nic dziwnego, że płaszcz wydał mu się znajomy. Elliott mógł wreszcie rozpoznać w tym płaszczu własność Eden.
"Jeżeli będziesz potrzebowała miejsca do zatrzymania się..."
– Dziękuję, że tak o mnie dbasz – odpowiedziała cicho półwila, słodycz wdzięczności wybrzmiewająca w jej głosie, gdy spuściła nieśmiało oczy. Nie sprzeciwiła mu się otwarcie, ale oboje przecież dobrze wiedzieli, że Lorraine z zaproszenia Elliotta nie skorzysta. Nie chciała nawet wyobrażać sobie, co takiego musiałoby się stać, aby skorzystała. Co takiego musiałoby się stać, aby porzuciła Nokturn. Tu jest moje miejsce, pisała mu, tu leży moja lojalność. Nokturn był jej przystanią, przybytkiem rodzinnego szczęścia, Nokturn był jej prawdziwym domem. Jakże go nienawidziła. Jakże go kochała. Skłamałaby jednak, mówiąc, że nie poczuła ulgi, gdy mimo to Elliott powtórzył swoją propozycję. Dobrze było wiedzieć, że wciąż istnieje miejsce, dokąd mogłaby uciec, gdyby przyszło jej uciekać.
Oparła na chwilę dłoń na dłoni Elliotta, jak gdyby tym jednym gestem gotowa była wyrazić więcej aniżeli słowami. Gdy uniosła dłoń, srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy zalśnił obok jego srebrnego sygnetu. Wyryto na nim te same symbole, co na pierścionku Lorraine. Tu leży moja lojalność. Oboje nosili symbole swego oddania rodzinie tak, jak gdyby nosili drogocenne klejnoty z królewskiego skarbca. Oboje byli przecież Malfoyami. – Dobrze cię widzieć, Elliottcie. – Na tyle właśnie czułości pozwalano sobie w tej rodzinie. Więcej byłoby niemal potwarzą. Puściła jego dłoń, gdy pokierował ją w stronę wejścia. Zachowywał spokój, ale znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że coś kłębiło się tuż pod powierzchnią pozorów, hucząca kipiel niepewności i zmartwień, która dla kogoś z zewnątrz – kogoś obcego – nie byłaby niczym więcej, jak szemrzącym cicho strumieniem obojętności. Ale Lorraine widziała, jak bardzo Elliott jest niespokojny, zaaferowany wręcz, co znajdowało odzwierciedlenie w jego stroju, zwykle przecież tak nienagannym, jakby dopiero co wyszedł spod igły. Rozumiała jego niepokój, a jednak sama zdawała się... Doskonale opanowana. Jak gdyby wydarzenia Spalonej Nocy wypaliły cały jej strach, całą niepewność. – Pokaż mi, proszę, swoją przystań – powiedziała łagodnie.
Na uwagę o niskim wzroście dziadka tylko się uśmiechnęła.
W jej wspomnieniach Septimus Malfoy był olbrzymem. Jej wspomnienia z wczesnego dzieciństwa były zniekształcone przez czas, zbrukane magią legilimencji, której Miranda używała wbrew woli Lorraine, zanim jeszcze Lorraine mogła rozumieć, czym właściwie jest legilimencja. A mimo że nie tak wiele lat dzieliło ją z Elliottem, wciąż była dzieckiem, gdy dziadek odszedł na łono Matki. Była dzieckiem, które pamiętało tylko jego potężny głos, domagający się, aby zadarła głowę w górę, zanim wziął ją na ręce. Pamiętała jego uśmiech, ale nie jego twarz. Twarz znała tylko z rodzinnych portretów.
Pamiętała jednak pogrzeb.
Pamiętała, jak podeszła z ojcem do trumny, w której spoczęło ciało dziadka. Nie wypuściła ojcowskiej dłoni przez całą ceremonię, nie wypuściła jej i wtedy, gdy pochylał się nad trumną, pokrytą żałobnym kirem. Nigdy wcześniej nie widziała go tak smutnym. Zblazowane znudzenie obecne zawsze na twarzy Armanda ustąpiło wtedy miejsca czemuś na kształt żalu. A może to było tylko wrażenie. Może to sobie wymyśliła, zaplótszy dziecięce rączki wokół ojcowskiej szyi, gdy już skończył się modlić, a może tylko udawać, że się modli. Bo jakiego boga wyznawał kiedykolwiek Armand Malfoy poza sobą samym? Wtedy się nad tym nie zastanawiała. Wtedy było jej po prostu smutno, że dziadek umarł.
– Byliście blisko, prawda? – zagadnęła, z gracją przytrzymując sięgające ziemi, białe suknie, gdy przechodziła przez zaklęte drzwi, puszczona przez kuzyna przodem. Nie był to pierwszy raz, gdy Elliott wspominał dziadka w jej obecności, a w jego głosie zawsze gościła wtedy... Czułość? Może nie czułość, zdecydowała, ale na pewno czuły był sentyment, z którym wypowiadał imię zmarłego.
Skinęła mu głową w podzięce, gdy pomógł jej zdjąć płaszcz. Podszyty wiatrem, jasny płaszcz sprzed kilku, a może i kilkunastu sezonów, co Elliott mógł zauważyć już na pierwszy rzut oka, tak jak i to, że płaszcz sprawiał wrażenie znajomego. W zamyśle wydawał się skrojony na nieco wyższą kobietę niż stojąca przed półwila, o czym świadczyły ślady zręcznych poprawek krawieckich: widocznych, jeżeli wiedziało się, jak należy patrzeć. Elliott wiedział. Nic dziwnego, że płaszcz wydał mu się znajomy. Elliott mógł wreszcie rozpoznać w tym płaszczu własność Eden.
"Jeżeli będziesz potrzebowała miejsca do zatrzymania się..."
– Dziękuję, że tak o mnie dbasz – odpowiedziała cicho półwila, słodycz wdzięczności wybrzmiewająca w jej głosie, gdy spuściła nieśmiało oczy. Nie sprzeciwiła mu się otwarcie, ale oboje przecież dobrze wiedzieli, że Lorraine z zaproszenia Elliotta nie skorzysta. Nie chciała nawet wyobrażać sobie, co takiego musiałoby się stać, aby skorzystała. Co takiego musiałoby się stać, aby porzuciła Nokturn. Tu jest moje miejsce, pisała mu, tu leży moja lojalność. Nokturn był jej przystanią, przybytkiem rodzinnego szczęścia, Nokturn był jej prawdziwym domem. Jakże go nienawidziła. Jakże go kochała. Skłamałaby jednak, mówiąc, że nie poczuła ulgi, gdy mimo to Elliott powtórzył swoją propozycję. Dobrze było wiedzieć, że wciąż istnieje miejsce, dokąd mogłaby uciec, gdyby przyszło jej uciekać.
Oparła na chwilę dłoń na dłoni Elliotta, jak gdyby tym jednym gestem gotowa była wyrazić więcej aniżeli słowami. Gdy uniosła dłoń, srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy zalśnił obok jego srebrnego sygnetu. Wyryto na nim te same symbole, co na pierścionku Lorraine. Tu leży moja lojalność. Oboje nosili symbole swego oddania rodzinie tak, jak gdyby nosili drogocenne klejnoty z królewskiego skarbca. Oboje byli przecież Malfoyami. – Dobrze cię widzieć, Elliottcie. – Na tyle właśnie czułości pozwalano sobie w tej rodzinie. Więcej byłoby niemal potwarzą. Puściła jego dłoń, gdy pokierował ją w stronę wejścia. Zachowywał spokój, ale znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że coś kłębiło się tuż pod powierzchnią pozorów, hucząca kipiel niepewności i zmartwień, która dla kogoś z zewnątrz – kogoś obcego – nie byłaby niczym więcej, jak szemrzącym cicho strumieniem obojętności. Ale Lorraine widziała, jak bardzo Elliott jest niespokojny, zaaferowany wręcz, co znajdowało odzwierciedlenie w jego stroju, zwykle przecież tak nienagannym, jakby dopiero co wyszedł spod igły. Rozumiała jego niepokój, a jednak sama zdawała się... Doskonale opanowana. Jak gdyby wydarzenia Spalonej Nocy wypaliły cały jej strach, całą niepewność. – Pokaż mi, proszę, swoją przystań – powiedziała łagodnie.
Na uwagę o niskim wzroście dziadka tylko się uśmiechnęła.
W jej wspomnieniach Septimus Malfoy był olbrzymem. Jej wspomnienia z wczesnego dzieciństwa były zniekształcone przez czas, zbrukane magią legilimencji, której Miranda używała wbrew woli Lorraine, zanim jeszcze Lorraine mogła rozumieć, czym właściwie jest legilimencja. A mimo że nie tak wiele lat dzieliło ją z Elliottem, wciąż była dzieckiem, gdy dziadek odszedł na łono Matki. Była dzieckiem, które pamiętało tylko jego potężny głos, domagający się, aby zadarła głowę w górę, zanim wziął ją na ręce. Pamiętała jego uśmiech, ale nie jego twarz. Twarz znała tylko z rodzinnych portretów.
Pamiętała jednak pogrzeb.
Pamiętała, jak podeszła z ojcem do trumny, w której spoczęło ciało dziadka. Nie wypuściła ojcowskiej dłoni przez całą ceremonię, nie wypuściła jej i wtedy, gdy pochylał się nad trumną, pokrytą żałobnym kirem. Nigdy wcześniej nie widziała go tak smutnym. Zblazowane znudzenie obecne zawsze na twarzy Armanda ustąpiło wtedy miejsca czemuś na kształt żalu. A może to było tylko wrażenie. Może to sobie wymyśliła, zaplótszy dziecięce rączki wokół ojcowskiej szyi, gdy już skończył się modlić, a może tylko udawać, że się modli. Bo jakiego boga wyznawał kiedykolwiek Armand Malfoy poza sobą samym? Wtedy się nad tym nie zastanawiała. Wtedy było jej po prostu smutno, że dziadek umarł.
– Byliście blisko, prawda? – zagadnęła, z gracją przytrzymując sięgające ziemi, białe suknie, gdy przechodziła przez zaklęte drzwi, puszczona przez kuzyna przodem. Nie był to pierwszy raz, gdy Elliott wspominał dziadka w jej obecności, a w jego głosie zawsze gościła wtedy... Czułość? Może nie czułość, zdecydowała, ale na pewno czuły był sentyment, z którym wypowiadał imię zmarłego.