Odczucie tego, czy jechali szybko, czy może jednak wolno, jakoś nie istniało. Wydawało się, że sunęli wręcz ślamazarnie wolno w porównaniu do tego, jak mogli przesuwać się na abraksanach. Pewnie już dwa razy zdążyliby dotrzeć do Londynu. Okoliczne widoki zasnute szarugą i oślepiające błyski lamp z aut jadących z naprzeciwka nie budowały wrażenia lepszego niż powiększające się napięcie. Nie było dobrze, ale nie miało być. Łatwo ogłupiać samego siebie tekstami, że wszystko będzie dobrze. Potem leci krew, gasną czyjeś oczy - i..?
Na razie krwi nie było. Była tylko droga z niewygodami, przy którym Laurent mógł stwierdzić, że więcej nie chce do tego samochodu wsiadać. Trzęsło, telepało, rzęziło, huczało. Bolała go głowa i nie wiedział, czy to od stresu i napięcia, które nie malało, od tego szumu, czy może wszystko na raz. Cholerna niewygoda siedzenia prowadziła do tego, że trochę się poprawiał. Automatycznie gdzieś w trakcie prostował, a potem sobie uzmysławiał, że wcale prostować się nie musi. Mieszanka "chcę wysiąść" oraz "chcę dojechać jak najszybciej" mieszała się ze sobą. Te duszności - też nie potrafił powiedzieć, czy kaszel, jaki zaczął go męczyć, był wynikiem tego pyłu, czy może czegoś zupełnie innego. Coś przeszkadzało jednak w płucach. Na podobieństwo dymu od ogniska, który raz się dostał do twojego ciała i już nie chciał go opuścić, nie ważne, jak mocno próbowałeś i się starałeś.
Jechali. Mimo wszystko jechali i Laurent spodziewał się zobaczyć czerwoną łunę na horyzoncie, kiedy będą już wystarczająco blisko.
- Postaram się nie robić problemów. - Obiecał na te słowa, bo nie chciał, żeby "spierdalali". Nie chciał, żeby Flynn musiał cokolwiek wybierać, ani nawet nie chciał testować tego, czy to, co teraz mówił, było prawdą, czy tylko pierwszym, co mu ślina na język przyniosła i... ah. Nie, właściwie to wierzył, że rzeczywiście by go stamtąd zabrał. Nie zmieniało to tego, że wcale nie chciał tworzyć takich sytuacji, a tym bardziej zmuszać do wyborów. Jego ogłupienie wszystkimi informacjami i emocjami spijały się we wżerającego się pod skórę kleszcza, który zamiast krwi chciał spijać kolejne zapewnienia o tym, że będzie dobrze. Jego głowa to produkowała - ale chciał to słyszeć. Nie był gotowy na prawdę. Wcale nie chciał żadnej prawdy. Chciał teraz stado słodkich kłamstw i dotyk gorącej dłoni na swojej udzie. Pamięć o śmierci sprzed tygodnia i pamięć o kiepskiej widoczności Flynna w nocy całkowicie uciekły z jego głowy. Jak opowieść Poe, która rozwiewa się wraz z dymem. Ile pozostaje po słodkich, sielankowych popołudniach? Życie daje ci cytryny - no dalej, zrób lemoniadę! A może daje ci je, żeby w końcu dosypać do tej lemoniady arszenik i dać sobie ze wszystkim spokój.
- Masz lusterko? W razie czego będę swoje miał ciągle pod ręką... - zakaszlał znowu - Przepraszam. Zaraz mi przejdzie. - Uderzył się parę razy w klatkę piersiową, gdzie czuł to mizernie bijące serce. - Tak sobie pomyślałem, że skończył się już sezon dla pszczelarzy, będę musiał kupić dla ciebie zapas słoików miodu... jadłeś kiedyś ten gryczany? Ma bardziej intensywny smak, ale może wolisz jednak ten lipowy, jest słodszy...