09.07.2025, 00:45 ✶
Na każde zmartwienie było miejsce i czas, tak? Na każdą z emocji przeplatającą się przez ich życiorysy. Nie dało się być człowiekiem wiecznie szczęśliwym – powinien zachować takie fantazje na życie, w którym wylosował lepszy zestaw kart – naprawdę próbował zaakceptować wszystko to, czym zalewał go wszechświat, ale momentami nie potrafił. Czarny ptak, któremu ukradł kiedyś imię, był symbolem śmierci i on też nieumyślnie stał się jej mistrzem. Nie miał żadnej kontroli nad tym, co go spotykało – wszystko, co robił zdawało się być efektem wejścia do nurtu istnienia i radzenia sobie z rzeczywistością jakkolwiek tylko mógł, a nie sumą własnych decyzji i pragnień. Istniała tylko jedna rzecz, gdzie dominował – cielesność nie miała przed nim żadnych tajemnic. Wiedział, w jaki sposób oczarować kogoś jednym spojrzeniem. Potrafił zaspokoić nawet najśmielsze pragnienia i... chociaż nie lubił o tym myśleć – zdawał sobie sprawę z kruchości ludzkiego oddechu i był w stanie odebrać go szybciej, niż ktoś orientował się o tym, że za moment nastąpi koniec. Może kapłani mieli rację i to faktycznie była jakaś kara. To, że szczytem jego życia był moment, w którym pierwszy raz wstrzyknął sobie heroinę i permanentnie zniszczył własny mózg, a tam dalej wciąż były rzeczy i wypadało je jakoś przeżyć. To, że miłość wydawała mu się być podobna. Początkowy zastrzyk euforii był nawet lepszy niż trucizny odurzające, ale tak jak heroina unosiła człowieka w górę, a później ściągała go w dół i przygniatała do ziemi, tak miłość... przynosiła mu spełnienie po to, żeby chwilę później każdy dobry moment został zgnieciony na pył i zamknięty na strychu starego domu, gdzie nie dało się go znaleźć. Były uśmiechy i westchnienia, znienawidzone randki przy jedzeniu, ale przynajmniej z nim. Były książki, opowiastki. Było wpatrywanie się w morskie fale i coraz głębsze zrozumienie, dlaczego ludzie woleli mieszkać tutaj niż w śmierdzącym benzyną mieście. A później były kłótnie, groźby, wrzaski. I były zdrady i straty i była drżąca ręka Laurenta i rozgrzana dłoń Bella zaciskająca swoje palce na jego. I to wszystko doprawione wszechogarniającym poczuciem beznadziejności. Nie miał kontroli nad tym, w jaki sposób potoczy się jego życie, ale miał kontrolę nad tym, komu następnemu je zniszczy. Wszystko będzie dobrze – bo w esencji bycia Fleamontem znajdowało się to, że by się dla ciebie wykrwawił, byle spełnić swoją powinność i wszystko będzie źle – bo kiedy ten ogień otulający Londyn zgaśnie, on nadal będzie obok i będzie domagał się uwagi.
Przeklęty wiatr znosił wokół nich coraz więcej pyły i nikt, absolutnie nikt nie jechał tą samą drogą co oni. Nikt nie chciał zbliżyć się do owianej spalenizną i żarem stolicy Anglii.
– Mam lusterko – odpowiedział krótko, darując sobie nieuniknioną myśl, że miał ich więcej niż jedno, ale tylko z tego przekazanego mu dzisiaj w New Forest spodziewał się usłyszeć czyjś głos. – Mam też kolejne przeprosiny za nic. Jesteś z tym nie do podrobienia. – Puścił go na moment, żeby zmienić bieg, ale już zawsze wracał dłonią w to samo miejsce – na udo blondyna. – I ani kurwa trochę nie znam się na miodach. – Zamilkł znów. Ostatni był do wypełniania ciszy w takich warunkach, ale całkiem szybko (jak na niego) wpadł na to, że gadanie o czymś mogło go przynajmniej odrobinę uspokoić. – Możesz mi o tym opowiedzieć. – Nabrał głośno tego zatęchłego powietrza łaskoczącego go w gardło. – O miodach, albo o... tej rodzinie, co chciałeś do nich iść.
Przeklęty wiatr znosił wokół nich coraz więcej pyły i nikt, absolutnie nikt nie jechał tą samą drogą co oni. Nikt nie chciał zbliżyć się do owianej spalenizną i żarem stolicy Anglii.
– Mam lusterko – odpowiedział krótko, darując sobie nieuniknioną myśl, że miał ich więcej niż jedno, ale tylko z tego przekazanego mu dzisiaj w New Forest spodziewał się usłyszeć czyjś głos. – Mam też kolejne przeprosiny za nic. Jesteś z tym nie do podrobienia. – Puścił go na moment, żeby zmienić bieg, ale już zawsze wracał dłonią w to samo miejsce – na udo blondyna. – I ani kurwa trochę nie znam się na miodach. – Zamilkł znów. Ostatni był do wypełniania ciszy w takich warunkach, ale całkiem szybko (jak na niego) wpadł na to, że gadanie o czymś mogło go przynajmniej odrobinę uspokoić. – Możesz mi o tym opowiedzieć. – Nabrał głośno tego zatęchłego powietrza łaskoczącego go w gardło. – O miodach, albo o... tej rodzinie, co chciałeś do nich iść.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.